31/08/2022
Opadł już kurz wspaniałej uroczystości odsłonięcia pięknego Pomnika Chwały Kawalerii i Artylerii Konnej na polach Bitwy pod Komarowem. Kończy się dzień 31 sierpnia, w który na cześć komarowskiej victorii ustanowiono Święto Kawalerii Polskiej.
Godzi się adekwatnie ten piękny dzień pożegnać.
Pochylmy się więc na moment nad wspomnieniami jednego z uczestników tamtych wydarzeń, który niejako na obrzeżach bitwy, nie biorąc udziału w sławnych komarowskich szarżach pisał o ówczesnych walkach (licznych szarżach wojny 1920) nieco inaczej, niż inni autorzy i uczestnicy wojny polsko-bolszewickiej..
„Słowo na temat szarży: opisywali ją liczni autorzy, (…), a o 1920 roku najwięcej pisali: po polsku, mój kolega Kornel Krzeczunowicz (rotmistrz 8 pułku ułanów), po rosyjsku zaś Babel (Konarmia) i Szołochow (Cichy Don). Najbliższe rzeczywistości są chyba opisy Szołochowa. Natomiast zarówno Babel, jak i Krzeczunowicz malują takie obrazy, jakich mi się nigdy nie udało zobaczyć. Opisują mianowicie przypadki zderzenia się w cwale – nawet w zwartych szykach – dwóch jednostek kawalerii i wynikającą z tego indywidualną walkę na białą broń, prowadzoną w tłoku i zamieszaniu do chwili, gdy jedna strona brała górę. Babel wymyślił do tego jakieś „wielkie milczenie rąbaniny” (cytowane nawet w filmie o Armii Konnej).
Albo więc Kornel i Babel (toutes proportions gardees) mieli szczęście, a ja go nie miałem, albo też odwrotnie, ale nigdy w życiu nie oglądałem podobnej sceny. Szarżowało się z reguły w szykach luźnych przeciwko szykom luźnym i nie przypominam sobie przypadku, aby się dwie ławy zwarły i walczyły wręcz.
Najczęściej zdarzało się tak, jak w zabawie uprawianej przez młodych Amerykanów (…), kiedy dwa samochody jadą ku sobie pełnym gazem, a przegrywa ten, który pierwszy skręcił w bok.
W ostatecznym wyniku – albo nie dochodził atakujący, powstrzymany ogniem (głównie) taczanek, albo – tak było najczęściej – nie wytrzymywała ława atakowana i w obliczu grożącego zderzenia zawracała konie i wycofywała się pod osłonę swoich karabinów maszynowych lub (i) maski terenowej. Atakujący rąbali wtedy tylko nielicznych, którzy z jakiegoś powodu pozostali z tyłu. Do rzeczywistej rąbaniny dochodziło w razie udanego zaskoczenia przeciwnika przeważającą siłą (…). Co innego w szarży przeciwko piechocie: jak się dojechało do tyraliery i przejechało przez nią, to sprawa była wygrana. Ci piechurzy, którzy nie rzucili broni, ginęli od lancy czy szabli, a ucieczka – jak wiadomo – także „kończyła się szpetnie” (…)”*.
Oczywiście, opis powyższy w niczym nie umniejsza opisom np. bitwy pod Komarowem autorstwa rtm. Krzeczunowicza i innych autorów. Wskazuje jedynie jak różnie może wyglądać wojna oczami różnych ludzi, z których każdy odczuwa inaczej, ma różne doświadczenia.
Jak bardzo chciałbym każdemu z nich uścisnąć dłoń.
Podziękować za wspaniałą służbę Ojczyźnie i ku chwale kawalerii!
*Za: Franciszek Skibiński, Ułańska młodość 1917 – 1939, Warszawa 1999, s.119-120.