20/08/2026
Polecamy lekturę, bo też wiemy, że niektóre osoby publiczne nazywają nas zakulisowo hejterami
🗞️Zapytałeś, na co idą twoje pieniądze? Jesteś „samorządowym stalkerem”❓
Najpierw Ośno Lubuskie, potem Piaseczno, a teraz Tarczyn.
W sierpniowym numerze „Wiadomości Tarczyńskich”, biuletynu wydawanego za pieniądze mieszkańców, ukazał się tekst o „samorządowych stalkerach”. Podpisała go Kinga Komorowska z Referatu Współpracy i Komunikacji Społecznej.
Wśród opisanych „mechanizmów nękania” znalazły się seryjne wnioski o informację publiczną, skargi do organów nadzoru czy publikowanie zarzutów wobec władz w mediach społecznościowych. Obok – art. 190a Kodeksu karnego i informacja o karze za stalking.
I tu mamy problem.🤨
Nie dlatego, że stalking nie istnieje. Istnieje, jest przestępstwem i potrafi być bardzo dotkliwy. Urzędnicy też mają prawo do ochrony przed uporczywym nękaniem, groźbami czy naruszaniem ich prywatności.
Tylko czym innym jest realny stalking, a czym innym wrzucanie do jednego tekstu o stalkingu zachowań, które są normalnymi narzędziami kontroli społecznej.
Bo mieszkańcy mają prawo pytać. Mają prawo pisać do wojewody, składać skargi, nagrywać jawne posiedzenia, analizować dokumenty i krytykować władzę. Także często i uporczywie.
„Wiadomości Tarczyńskie” są gminnym biuletynem finansowanym z publicznych pieniędzy.
Mieszkaniec może po takiej lekturze pomyśleć, że skoro składam kolejny wniosek, piszę kolejną skargę do wojewody albo publikuję krytyczny tekst o burmistrzu, to może rzeczywiście robię coś niewłaściwego? Może przekraczam jakąś granicę?
Owszem, autor zaznacza, że „samo korzystanie z prawa do informacji publicznej nie jest oczywiście stalkingiem”.
Tyle że kilka akapitów wcześniej i później czytamy o „mechanizmach nękania”, a obok mamy Kodeks karny i informację o grożącej karze.
Można każde z tych zdań analizować osobno. Tylko że zwykły czytelnik raczej tego nie zrobi. Przeczyta całość. I zapamięta „samorządowego stalkera”.
Nie pierwszy raz widzimy podobny sposób reagowania na mieszkańców, którzy zadają władzy pytania.
W kwietniu 2025 roku burmistrz Ośna Lubuskiego Stanisław Kozłowski opublikował film rozpoczynający akcję „STOP HEJTEROM”. Pokazał stos dokumentów i poinformował, że właśnie podpisuje decyzję o odmowie udostępnienia informacji publicznej jednej z mieszkanek.
Chodziło o Alicja Matwiejczuk
Pytała m.in. o wydawanie publicznych pieniędzy, stan lokalnych jezior i funkcjonowanie gminnej spółki.
Czyli dokładnie o takie sprawy, o które mieszkańcy mają prawo pytać.
Wtedy bardzo mocno wybrzmiało zdanie, które najwyraźniej nadal trzeba powtarzać:
❗Pytanie nie jest hejtem❗
Można nie lubić mieszkańca, który pyta.
Ale od tego wniosek o informację publiczną nie staje się hejtem.
Potem Piaseczno
Kilka miesięcy później podobną sytuację mieliśmy u siebie.
W sierpniu 2025 roku wiceburmistrz Piaseczna Hanna Kułakowska-Michalak nazwała nas hejterami.
Chodziło o naszą działalność, krytykę, pytania i patrzenie lokalnej władzy na ręce.
Można się z nami nie zgadzać. Można uważać, że przesadzamy. Można odpowiedzieć na nasz artykuł, pokazać dokumenty, wskazać błędy, zażądać sprostowania. To wszystko jest normalnym elementem publicznej debaty.
Ale krytyka władzy nie staje się hejtem tylko dlatego, że władzy jest z nią niewygodnie.
Teraz Tarczyn. I słowo jest już znacznie mocniejsze.
W Tarczynie mamy już „samorządowego stalkera”.
A tuż obok w tekście art. 190a Kodeksu karnego.
I właśnie to jest w całej tej historii najbardziej niepokojące. Zmieniają się miejscowości i określenia, ale schemat pozostaje podobny. Zamiast skupić się na tym, o co mieszkaniec pyta, zaczynamy skupiać się na tym, że pyta za często, pisze za dużo, skarży się do kolejnych instytucji, nagrywa, publikuje.
Czyli problemem przestaje być odpowiedź na pytanie. Problemem zaczyna być pytający.
„Zalewanie urzędu pismami”
To jedno z określeń użytych w tarczyńskim materiale.
Są też „instytucjonalne osaczanie”, „śledzenie aktywności i obecności”, „prowokowanie i rejestrowanie reakcji”, „selektywne kadrowanie rzeczywistości” czy „produkowanie pozoru społecznego poparcia”.
Brzmi groźnie.
Tylko spróbujmy opisać część tych samych czynności bez emocjonalnych określeń.
Kilka wniosków o informację publiczną. Skarga do wojewody albo RIO. Nagranie jawnej sesji rady. Publikacja dokumentu otrzymanego z urzędu. Petycja. Zebranie podpisów mieszkańców.
I nagle wygląda to trochę inaczej.
Oczywiście granice istnieją. Można kogoś naprawdę nękać, grozić mu, naruszać jego prywatność. Takie zachowania należy oceniać na podstawie konkretnych okoliczności.
Tylko że od oceny, czy doszło do przestępstwa, mamy policję, prokuraturę i sąd.
Nie potrzebujemy do tego dodatkowej, stworzonej przez urząd kategorii „samorządowego stalkera”, do której można zmieścić najbardziej aktywnych i najbardziej dociekliwych mieszkańców.
Sprawdziliśmy więc, ile było tych wniosków
I tu robi się naprawdę ciekawie.
Dzięki monitoringowi „Wnioski o informację w 2025” Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska wiemy, ile wniosków o informację publiczną wpłynęło do Urzędu Miejskiego w Tarczynie w całym 2025 roku.
81.
Osiemdziesiąt jeden.
To średnio niespełna siedem wniosków miesięcznie.
Co więcej, mediana dla instytucji objętych monitoringiem Watchdoga wynosiła 85 wniosków rocznie.
Tarczyn ze swoimi 81 wnioskami znajduje się więc właściwie w okolicach typowego wyniku.
I teraz wróćmy do sformułowania z gminnego biuletynu: „zalewanie urzędu pismami”.
Czy 81 wniosków przez cały rok to „zalewanie”?
To pytanie zostawiamy czytelnikom.
Może zamiast walczyć z wnioskami, warto publikować więcej?
Jeżeli mieszkańcy rzeczywiście wielokrotnie pytają o te same rzeczy, rozwiązanie jest dość proste.
Sprawdzić, o co pytają.
Jeżeli są to umowy, faktury, rejestry, wyniki kontroli, protokoły czy inne powtarzające się informacje – można je publikować w BIP.
Nie zlikwiduje to wszystkich wniosków. I nie ma takiej potrzeby.
Ale może sprawić, że części z nich mieszkańcy po prostu nie będą musieli składać.
Warto też pamiętać o proporcjach
Urząd ma budżet, prawników, stronę internetową, oficjalne profile w mediach społecznościowych i własny biuletyn.
Mieszkaniec ma wniosek, skargę, prawo wejścia na sesję rady i telefon z kamerą.
I właśnie dlatego szczególna odpowiedzialność spoczywa na tej stronie, która dysponuje instytucjonalnym aparatem komunikacji i finansuje go z pieniędzy publicznych.
Urzędnik oczywiście ma prawo do ochrony przed groźbami, naruszaniem prywatności i rzeczywistym uporczywym nękaniem. Jeżeli dochodzi do przestępstwa, są odpowiednie procedury.
Tylko nie mylmy tego z kontrolą społeczną. Nawet wtedy, kiedy jest intensywna. Nawet wtedy, kiedy jest irytująca.
Mamy więc kilka pytań do władz Tarczyna
Czy gmina podtrzymuje treść materiału i sposób, w jaki przedstawiono w nim problem?
Czy artykuł powstał w związku z konkretnymi przypadkami?
Czy mieszkańcy, którzy poczuli się nim napiętnowani, będą mogli odpowiedzieć na łamach tego samego biuletynu?
I przede wszystkim, skoro wiemy już, że w całym 2025 roku do urzędu wpłynęło 81 wniosków o informację publiczną, to na podstawie jakich danych urząd zdecydował się pisać o „zalewaniu urzędu pismami” w artykule zatytułowanym „Samorządowy stalker. Gdy kontrola władzy staje się obsesją”?
Pytanie nie jest hejtem
Mieszkaniec nie może grozić urzędnikowi, prześladować go czy naruszać jego prywatności. To oczywiste.
Ale może być dociekliwy.
Może złożyć wniosek. Potem następny. Może napisać skargę do wojewody. Może przyjść na sesję, nagrać ją, przeczytać dokumenty i napisać w internecie, co o nich myśli.
Może być dla władzy bardzo niewygodny.
Na tym między innymi polega kontrola społeczna.
Sieć Obywatelska - Watchdog Polska
🩷