13/06/2026
Pożegnanie Wiesia "Drzewo" Drzewieckiego 🖤
Drogi Wiesiu... Drogi „Drzewo”...
Są ludzie, którzy zostawiają po sobie obrazy. Są tacy, którzy zostawiają wspomnienia. A Ty należałeś do tych nielicznych, którzy zostawiają jedno i drugie — i jeszcze śmiech, który nie chce ucichnąć.
Byłeś scenografem, malarzem, rysownikiem, czarodziejem kreski. Potrafiłeś jednym pociągnięciem ołówka stworzyć świat, który później żył własnym życiem na scenie.
Nigdy nie zapomnę naszej pracy nad „Fotografem”. Godzinami próbowałem tłumaczyć Ci, co właściwie ma znaleźć się na obrazach. Słuchałeś cierpliwie, po czym mówiłeś swoim charakterystycznym głosem:
„Bodo, ja z tego nic nie kumam. Ty mi to zagraj, a ja to namaluję.”
I nagle, w pracowni Lecha Twardowskiego, zaczynała się magia.
Powstawał Goryl. Powstawała Marilyn Monroe. Powstawał Charlie Chaplin., Wilk Morski. Obrazy pozornie proste, a jednak pełne tajemnicy. Potem setki razy bawiły publiczność, wywoływały zdumienie, śmiech i zachwyt. A po spektaklach ludzie ze zdziwieniem oglądali te pozornie proste obrazy, nie mogąc pojąć, jak na scenie nabierały tyle życia, magii i wdzięku. My wiedzieliśmy, że to była cząstka Twojego talentu.
Zresztą trudno byłoby zamknąć Cię w jednym teatrze. Byłeś etatowym scenografem Romana Kołakowskiego w Teatrze Poezji, współpracowałeś z Teatrem Kalong, Kliniką Lalek, Przeglądem Piosenki Aktorskiej i wieloma innymi artystycznymi szaleństwami. Gdzie pojawiał się Wiesiek „Drzewo”, tam wcześniej czy później pojawiała się jakaś niezwykła scenografia, zaskakujący pomysł albo grupa ludzi przekonanych, że niemożliwe właśnie stało się możliwe.
Byłeś także królem bankietów.
Nie wiem, czy istnieje drugi artysta, który potrafił przekonać dyrektora teatru, żeby został jego osobistym kierowcą podczas całonocnych wypraw od lokalu do lokalu. A Tobie się to udawało z taką naturalnością, jakby było zapisane w regulaminie pracy teatru.
I człowiek jechał.
A Ty rozmawiałeś, żartowałeś, poznawałeś ludzi, zarażałeś energią.
Bo miałeś niezwykły dar — ludzie po prostu lubili być obok Ciebie.
Pewnego dnia dowiedzieliśmy się, że ćwiczysz grę na kontrabasie. Nie bardzo wiedzieliśmy, czy to nowa pasja, czy kolejny z Twoich artystycznych pomysłów.
Niedługo potem, po wyjątkowo stresującej imprezie teatralnej w Polanicy, poszliśmy że Ś.P. Markiem Oliwą do lokalu, żeby trochę odetchnąć. Tam czekała na nas niespodzianka: gitara, pianino i kontrabas.
Usiedliśmy przy nich jak amatorzy, którzy chcą po prostu pobrzdąkać dla własnej przyjemności. Ty oczywiście od razu zająłeś miejsce przy kontrabasie.
I wtedy wydarzyło się coś bardzo „drzewowego”.
Zaczęliśmy improwizować. Potem jeszcze trochę. I jeszcze trochę.
Ku naszemu zdumieniu wzbudziliśmy entuzjazm równie mocno zrelaksowanych współbiesiadników. Pojawiły się brawa, okrzyki i prośby o dalszy koncert. Najtrudniej było przekonać publiczność, że generalnie nie jesteśmy muzykami.
Nikt nie chciał nam uwierzyć.
A Ty siedziałeś przy swoim kontrabasie, jakbyś od lat kończył każdy wieczór takim koncertem. A potem, już po wszystkim, chichotałeś jak rozbawiony chłopiec:
„Bodo... Maruś... ja nic nie kumam...”
Miałeś jeszcze jeden talent, o którym niewielu wie.
Byłeś mistrzem castingu.
Kiedy dwa tygodnie przed premierą brakowało aktora, a my byliśmy bliscy rozpaczy, Ty pojawiałeś się z tajemniczym uśmiechem i mówiłeś:
„Spokojnie. Mam człowieka.”
I rzeczywiście miałeś.
Nie wiadomo skąd, nie wiadomo kiedy, ale zawsze znajdował się ktoś właściwy.
Tak jakbyś posiadał własny artystyczny radar.
To Ty przekonałeś mnie także do stworzenia wielkiej lalkowej opowieści o błogosławionym Czesławie i obronie Wrocławia przed najazdem Tatarów. Widziałeś teatr tam, gdzie inni widzieli tylko pomysł. Widziałeś obrazy tam, gdzie inni widzieli puste kartki.
To było coś więcej niż przedstawienie. To była wielka lalkowa epopeja o patronie naszego miasta, opowiedziana z rozmachem, wyobraźnią i dziecięcą radością tworzenia. Marzyłeś o teatrze lalkowym i przez jakiś czas wspólnie budowaliśmy ten świat.
A potem przyszła choroba.
I musiałeś odłożyć to marzenie.
Ale marzenia prawdziwych artystów nie umierają.
One tylko zmieniają scenę.
Wiesz, Wiesiu...
Zauważyłem przez lata coś niezwykłego.
Kiedy w artystycznym światku padało hasło „Drzewo”, twarze ludzi od razu się rozjaśniały.
Jedni przypominali sobie Twoje rysunki.
Inni wspólne spektakle.
Jeszcze inni bankiety, rozmowy i nocne wędrówki.
Ale wszyscy się uśmiechali.
To chyba najpiękniejsza recenzja, jaką człowiek może dostać za swoje życie.
Dlatego dziś nie żegnam Cię słowami rozpaczy.
Wolę wyobrazić sobie, że gdzieś po drugiej stronie kurtyny urządzasz właśnie swój wymarzony teatr plastyczny.
Taki teatr, w którym scenografia zawsze jest gotowa na czas.
Farby nigdy nie zasychają.
Pomysły nigdy się nie kończą.
A aktorzy — co szczególnie Cię ucieszy — nie mają humorów, nie spóźniają się na próby i ani trochę nie przeszkadzają scenografowi w pracy.
Wierzę też, że kiedyś znów spotkamy się przy tej wielkiej premierze, której Autor napisał dla każdego z nas rolę.
A wtedy usłyszę:
„Bodo, ja dalej nic nie kumam. Ty mi to zagraj, a ja to namaluję.”
Dziękujemy Ci, Wiesiu.
Za talent.
Za przyjaźń.
Za śmiech.
Za obrazy.
Za marzenia.
I za światło, które zostawiłeś w ludziach.
Do zobaczenia, Drzewo.
Kurtyna opadła tylko na chwilę.
Do zobaczenia po drugiej stronie kurtyny, Wiesiu.
W imieniu Sceny Teatru Na Bruku
oraz własnym
Bogdan Michalewski
Pogrzeb Środa,15.00 , Cmentarz Grabiszynski 🖤