14/05/2026
Przeczytaj .. do końca ..
Tam, gdzie jest moje serce
Od zawsze kochałam psy.
Nie wiem nawet, czy da się to jakoś ładnie wytłumaczyć. Nie wiem, czy był taki jeden moment, jedna data, jeden pies, jedna chwila, po której można powiedzieć: „o, tu się zaczęło”.
Chyba nie.
One po prostu zawsze były gdzieś we mnie.
Psy.
Ich zapach.
Ich ciężar przy nodze.
Ich oczy.
Ich upór.
Ich bieda.
Ich radość z rzeczy, których człowiek czasem nawet nie zauważa.
I ta dziwna, niezrozumiała dla wielu ludzi pewność, że z psem nie da się być trochę.
Albo jesteś.
Albo cię nie ma.
Był taki czas, kiedy mieszkałam w Połbiółkowie.
Miałam już wtedy sporą gromadę zwierząt. Psy, koty, codzienność rozciągniętą między miskami, lekami, sprzątaniem, drogami, telefonami i pracą.
Bo wtedy jeszcze pracowałam zawodowo jako trener i konsultant. Jeździłam po Polsce, szkoliłam ludzi z zarządzania, negocjacji, sprzedaży. Pracowałam z handlowcami, kadrą menedżerską, zespołami.
To była dobra, konkretna praca. Taka, którą wiele osób nazwałoby sukcesem.
Szkolenia zajmowały mi kilka, czasem kilkanaście dni w miesiącu, a resztę czasu mogłam być z nimi.
Z psami.
Wtedy wydawało się, że może da się tak żyć.
Jedną nogą w świecie ludzi, sal szkoleniowych, dokumentów, faktur, flipchartów i dobrze płatnej pracy.
Drugą nogą w świecie psów, kotów, błota, leków, sierści, ratowania i tego dziwnego poczucia, że właśnie tam oddycham naprawdę.
Tylko że nie da się długo stać w rozkroku nad rwącą rzeką.
Przez chwilę człowiek myśli, że da radę.
Że jest silny.
Że utrzyma równowagę.
Że jedną ręką będzie trzymał swoje „normalne życie”, a drugą będzie wyciągał z nieszczęścia kolejne zwierzę.
Ale przychodzi taki moment, kiedy woda pod spodem robi się za szybka.
I wiesz, że jeśli nie wybierzesz brzegu, to po prostu wpadniesz.
U mnie ten moment miał imię.
Katarzyna Campari Gabor-Kantorowicz.
Tak.
To było imię godne tej suki.
Bo to nie była żadna Kasieńka z kokardką.
To była s**a z charakterem większym niż niejeden człowiek, którego w życiu spotkałam. S**a z Palucha. Niechodząca. W bardzo ciężkim stanie. Taka, która miała przed sobą właściwie dwie drogi: eutanazję albo kogoś, kto powie: dobra, chodź, spróbujemy.
No więc powiedziałam.
Chodź, spróbujemy.
Kasia gryzła wszystkich.
Miała zęby jak rekin.
Naprawdę.
Jak człowiek położył palce nie tam, gdzie trzeba, trzaskała nimi tak, że od razu przypominał sobie wszystkie modlitwy, nawet jeśli nie był wierzący.
Długo uczyła się mnie.
Długo uczyła się, że ręka nie zawsze znaczy ból.
Długo uczyła się, że można komuś zaufać na tyle, żeby pozwolić sobie pomóc.
A pomocy potrzebowała ogromnej.
Miała problem z kręgosłupem. Przestała chodzić. Trzeba było ręcznie opróżniać jej pęcherz. Masować ją. Stawiać na łapy. Pomagać jej wracać do ciała, które ją zawiodło.
Zdecydowałam się na operację kręgosłupa.
Kasię operował doktor Olkowski w Auxilium.
I wtedy właśnie życie postanowiło sprawdzić, czy ja naprawdę wiem, po której stronie tej rzeki chcę stać.
Bo miałam zakontraktowane szkolenie w Augustowie.
Zima.
Śnieg.
Daleko.
Praca, której nie mogłam tak po prostu odpuścić, bo miałam na utrzymaniu nie tylko psy i koty, ale też dziecko.
A w domu świeżo po operacji Kasia.
I kot w bardzo ciężkim stanie, z cukrzycą, któremu trzeba było robić krzywą cukrową, mierzyć, zapisywać, pilnować, dobierać dawkę tak, żeby nie posypał się jeszcze bardziej.
Więc co zrobiłam?
Zabrałam ich ze sobą.
Kasię.
Kota.
Cały ten mój mały, chory, wymagający, ukochany szpital na czterech łapach.
Pamiętam ten wyjazd.
Ciężka zima.
Ciemno.
Auto.
Droga.
Śnieg.
I ja, która niby jadę prowadzić szkolenie dla ludzi, a tak naprawdę jadę z całym sercem na tylnym siedzeniu.
Prowadziłam szkolenie.
A w każdej przerwie biegłam do nich.
Do Kasi — masować, postawić na łapy, wynieść, sprawdzić, pomóc.
Do kota — zmierzyć cukier, zapisać, podać, pilnować.
Między jednym flipchartem a drugim była Kasia.
Między jedną grupą ludzi a drugą był kot.
Między jednym zawodowym „muszę” a drugim było coś, co we mnie coraz głośniej mówiło:
Iwona, wybierz.
Nie można całe życie mieć ciastka i jeść ciastka.
Nie można być wszędzie.
Nie można robić wszystkiego.
Nie można udawać, że serce da się podzielić na równe części, jak dokumenty w segregatorze.
Wracałam z tego szkolenia w śnieżycy.
Późne popołudnie.
Droga zasypana.
Zmęczenie takie, które siedzi już nie w głowie, tylko w kościach.
I wtedy już wiedziałam.
Nie „zastanawiałam się”.
Nie „rozważałam”.
Nie „analizowałam plusy i minusy”.
Wiedziałam.
Są takie decyzje, które w człowieku dojrzewają długo, po cichu, pod skórą. A potem nagle wychodzą na powierzchnię i wyglądają, jakby zostały podjęte w jednej sekundzie.
Ale one nie są z jednej sekundy.
One są z miesięcy.
Z lat.
Z każdego psa, którego się podniosło z ziemi.
Z każdego kota, którego się karmiło łyżeczką.
Z każdej nocy, kiedy człowiek siedział obok chorego zwierzęcia i wiedział, że już nie jest gościem w tym świecie.
Że należy właśnie tam.
Następnego dnia pojechałam do biura.
Aleje Jerozolimskie.
Dokumenty ze szkolenia.
Oceny.
Rozliczenia.
Cały ten świat, który jeszcze chwilę wcześniej był moją pracą.
Weszłam do gabinetu dyrektora.
Położyłam dokumenty.
Usiadłam.
I powiedziałam, że rezygnuję.
Pamiętam jego oczy.
To było takie spojrzenie człowieka, który przez chwilę nie rozumie, czy dobrze usłyszał.
„Jak to pani rezygnuje?”
Rezygnuję.
„Od kiedy?”
Od teraz.
Powiedział mi, że mam zakontraktowane kolejne szkolenia.
Że są umowy.
Że może być kara.
Że tak się po prostu nie robi.
A ja wiedziałam, że właśnie tak muszę zrobić.
Bo są chwile, kiedy człowiek nie wybiera tego, co wygodne.
Wybiera to, bez czego nie umie już być sobą.
Zapytał mnie o powód.
Powiedziałam, że postanowiłam zajmować się psami.
Że to jest moja droga.
Moja historia.
Moja misja.
Że tam jest moje serce.
A tam, gdzie jest moje serce, jestem ja.
Zostawiłam rezygnację.
Wstałam.
Wyszłam.
Liczyłam się z tym, że będzie kara. Że stracę pieniądze. Że zapłacę za tę decyzję bardzo konkretnie, bardzo po ludzku, bardzo boleśnie.
Ale decyzja już była podjęta.
Następnego dnia zadzwonił dyrektor.
Powiedział, że pierwszy raz spotkał się z czymś takim.
Że nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że ktoś może zachować się w ten sposób. Tak po prostu przyjść, położyć dokumenty i powiedzieć: rezygnuję, bo idę za psami.
Powiedział, że nie będzie żadnej kary umownej.
I życzył mi szczęścia.
Pamiętam, że usiadłam wtedy w domu i pomyślałam:
nie mam pracy.
nie mam jeszcze fundacji.
nie mam pieniędzy.
Ale mam czas.
A czas oznaczał wtedy wszystko.
Czas, żeby poukładać życie tak, żeby moja codzienność była tam, gdzie moje serce.
I chyba właśnie tak podejmuję najważniejsze decyzje.
Nie przez półśrodki.
Nie przez wieczne ważenie, czy mi się opłaca.
Nie przez kalkulowanie, czy będzie wygodnie.
U mnie najpierw długo mówi serce.
Czasem krzyczy.
Czasem szarpie za rękaw.
Czasem nie daje spać.
A potem przychodzi taki moment, kiedy już nie da się udawać, że się go nie słyszy.
I wtedy idę.
Nie zawsze mądrze według świata.
Ale zawsze prawdziwie według siebie.
I to jest mój mały wstęp.
Wstęp do tego, o czym będę chciała Wam powiedzieć.
Bo dziś w nocy znowu usłyszałam w sobie ten sam głos.
Ten sam, który kiedyś kazał mi wyjść z bezpiecznej pracy i pójść za psami.
Tym razem nie mówił o początku.
Mówił o decyzji, która boli.
O decyzji, która nie przyszła z braku miłości.
Tylko właśnie z miłości.
Z troski.
Z odpowiedzialności.
Z tego samego miejsca, z którego kiedyś zaczęła się cała moja droga do zwierząt.
Są decyzje, które człowiek podejmuje nie dlatego, że przestaje kochać.
Tylko dlatego, że kocha za bardzo, żeby dalej udawać, że wszystko da się dźwigać tak samo.
I o tym Wam opowiem.
Nie dziś w pośpiechu.
Nie jednym zdaniem.
Nie z krzyku.
Opowiem Wam wtedy, kiedy będę umiała położyć przed Wami tę decyzję tak uczciwie, jak kiedyś położyłam na biurku rezygnację.
Bo tamtego dnia wybrałam psy.
A dziś znowu muszę wybrać tak, żeby ich nie zawieść.