03/03/2026
Wyobraźmy sobie scenę: dorosły mężczyzna podchodzi do kobiety na ulicy i zaczyna obwąchiwać jej ręce, ramiona, łydki, a nawet okolice krocza. Brzmi absurdalnie? Obrzydliwie? Oczywiście. Takie zachowanie zostałoby natychmiast uznane za napaść, naruszenie nietykalności osobistej i przekroczenie wszelkich granic intymności. Policja, sąd, konsekwencje — to byłoby oczywiste.
Dlaczego więc, gdy dokładnie to samo robi pies, nagle mamy udawać, że to „urocze”, „naturalne” albo „on tylko się wita”?
Dla wielu ludzi to nie jest zabawne. To nie jest słodkie. To jest naruszenie ich przestrzeni osobistej. Są osoby po traumach związanych z atakiem psa. Są dzieci, które się boją. Są dorośli, którzy zwyczajnie nie życzą sobie, by obce zwierzę dotykało ich nosem. I mają do tego pełne prawo.
Tymczasem część właścicieli reaguje w przewidywalny sposób: „On nic nie zrobi”, „On tylko wącha”, „On jest przyjazny”. Tyle że problem nie polega na intencjach psa. Problem polega na braku zgody człowieka.
W przestrzeni publicznej obowiązują zasady. Jeśli mówimy o poszanowaniu granic, o świadomej zgodzie, o prawie do nietykalności — to te zasady powinny dotyczyć wszystkich, także właścicieli zwierząt. Pies nie jest zwolniony z norm społecznych tylko dlatego, że jest psem. A odpowiedzialność za jego zachowanie zawsze spoczywa na opiekunie.
Często słyszymy, że psy są inteligentne, że rozumieją emocje, że mają niezwykłą więź z właścicielem. Skoro tak, to może czas przestać traktować brak kontroli jako coś naturalnego. Może czas wziąć odpowiedzialność za to, że „mój pies tak ma” nie jest usprawiedliwieniem dla naruszania czyjejś przestrzeni.
Przestrzeń publiczna nie jest wybiegiem dla zwierząt. Jest wspólna. A wspólna przestrzeń wymaga szacunku — także wobec tych, którzy nie chcą uczestniczyć w czyjejś miłości do psa.