23/05/2025
Kobieta. Rzeczownik rodzaju żeńskiego, ale przecież nie tylko rzeczownik. Raczej rzecz. Osobnik. Podmiot, co to był przedmiotem. Kiedy mówimy "kobieta", język już nas oszukał, sprzedał w tanią narrację, zapakował w celofan jak kiełbasę w dyskoncie - gotową do konsumpcji, gotową do sądu, gotową do oceny, ważenia, a jakże, zawsze ważenia – bo ciało kobiety to towar, a słowo "kobieta" to jego etykieta. W języku zaklęta jest władza, a ta władza – przeważnie męska, ostra jak przecinek i głucha jak kropka – wyznacza, co mówimy, a jeszcze bardziej, co myślimy, zanim w ogóle zdążymy pomyśleć, bo język nas wyprzedza, wybiega przed nas jak pies przed panem, tropiąc stare szlaki patriarchatu.
Język, jak męski paszport, przechodzi przez granice kobiecej tożsamości bez kontroli. Niby niewinny, a kolonialny aż piszczy. To właśnie przez język kobieta zostaje skolonizowana – nie przez bagnet, nie przez armadę, ale przez niewinne słowa, przez zdrobnienia, przez zmiękczenia, przez te wszystkie „-eczki”, „-unie”, „-isie”, jakby kobiecość była czymś niepełnym, niedorosłym, domowym, kuchennym, godnym uwielbienia tylko pod warunkiem, że zmieści się w dłoni jak porcelanowa figurka, która ma błyszczeć, ale broń Boże nie mówić. "Dziewczynka" – mówi język, a zaraz potem "kobitka", "żonka", "panienka". Albo gorzej: "dz**ka", "s**a", "szmata". Od sacrum do profanum jednym językowym ruchem.
Nie ma ucieczki. Kobieta w języku to cień samej siebie, odbity przez gramatyczne lustro, które nigdy nie pokazuje prawdy, tylko to, co kultura chce widzieć. I tak kobieta staje się nie tyle kimś, co czymś – „ta”, „ona”, „jej” – odmieniana przez wszystkie przypadki, przez wszystkie uprzedzenia. A przecież język to nie lustro, tylko młot. Młot, którym rzeźbi się rzeczywistość, który formuje percepcję jak glinę, ubija ją, ugniata, aż się dopasuje do formy: patriarchalnej, kolonialnej, wykoślawionej jak kręgosłup po latach noszenia cudzych oczekiwań.
Kiedy mężczyzna mówi „kobieta”, nie mówi o niej, mówi o sobie – o tym, jak ją widzi, jak ją chce, jak ją ustawia w szeregu, jak ją umieszcza w narracji, która nigdy nie jest jej. A kobieta, próbując mówić o sobie, musi korzystać z języka, który jej nie należy, który ją zdradza przy każdej próbie – jak kochanek, który mówi, że kocha, ale patrzy innym oczami. Próbujesz opisać swój ból – dostajesz histerię. Próbujesz opisać swoją siłę – dostajesz babochłopa. Próbujesz mówić własnym głosem – a słyszysz echo cudzych słów.
Bo język to system. System przemocy. Niby neutralny, ale jak system sądowniczy – sprawiedliwy tylko z pozoru. Tam, gdzie mężczyzna jest domyślny, kobieta musi się dookreślić, dopełnić, dopowiedzieć. „Pisarka” – a czemu nie „pisarz”? „Lekarka” – a czemu nie „lekarz”? Bo forma żeńska to nie tylko gramatyka, to redukcja, to etykietka, to zmniejszenie rangi, jakby kobieta była tylko wersją demo, przedsmakiem czegoś pełniejszego, ważniejszego, męskiego.
Ale to nie tylko o nazwy chodzi. Chodzi o cały dyskurs, o całe pole semantyczne, o sposób, w jaki mówimy o ciele, o seksualności, o starzeniu się, o bólu, o gniewie. Wszystko to w języku kobiety zostaje oswojone, ujarzmione, podcięte jak włosy w klasztorze. Ból kobiety staje się melodramatem. Gniew kobiety staje się śmieszny. Seksualność kobiety staje się albo towarem, albo zagrożeniem. Starzenie się kobiety staje się klęską. Wszystko przez język – ten pieprzony kolonizator w garniturze, co wchodzi do ciała bez pytania i urządza się tam na dobre.
Ciało kobiety – opowiedziane przez język – przestaje być ciałem, staje się sceną. Sceną dla męskich fantazji, lęków, projekcji. Kobieta w języku nie istnieje dla siebie. Jest postacią drugoplanową we własnym życiu. Dopóki nie przejmie języka. Dopóki nie zacznie go dekonstruować, przewracać, rozbijać na kawałki, tworzyć neologizmów, zaklinać rzeczywistość na nowo. Nie chodzi tylko o to, żeby mówić inaczej. Chodzi o to, żeby myśleć inaczej. Bo język kształtuje myśl, a myśl kształtuje świat. I jeśli język jest męski, to i świat będzie męski – brutalny, prosty, czarno-biały. Kobieta w takim świecie to gość. Niewygodny gość. Zbędny dodatek.
Dlatego kobieta musi zostać barbarzyńcą. Musi spalić słownik. Zrobić językowi krzywdę. Zranić go jak on ranił ją przez stulecia. Nie przez agresję – przez dekonstrukcję. Przez grę. Przez ironię. Przez tworzenie. Musi mówić jakby pisała krwią. Musi zawłaszczyć język jak mężczyźni zawłaszczali jej ciało. I nie przepraszać. Nie prosić o zgodę. Nie tłumaczyć. Bo każda kobieta, która mówi własnym głosem, jest rewolucją. I każda rewolucja zaczyna się od języka. Od jego pęknięcia. Od jego brudu. Od jego bólu. Od jego hałasu.
Nie będzie nowej kobiety bez nowego języka. Języka, który nie skolonizuje, tylko otworzy. Języka, który nie redukuje, tylko rozszerza. Języka, który nie ocenia, tylko słucha. Języka, który nie mówi za, ale z. Języka, który nie dzieli świata na podbitych i podbijających. Tylko tak można odzyskać podmiotowość. Tylko tak można odzyskać siebie. Bo kobieta nie potrzebuje, by ktoś jej dał głos. Ona ma głos. Trzeba tylko zdjąć z niego kaganiec gramatyki, stereotypu, historii. I zacząć krzyczeć. Albo szeptać. Ale swoim językiem. Swoim, nie cudzym. Nawet jeśli ten język będzie połamany, kwaśny, pokręcony. Bo tylko taki język ma dziś sens. Tylko taki język jest wolny.