21/05/2026
Strasznie mnie bawi ten nowoczesny, fajnopolski rytuał: siedzisz sobie wygodnie w knajpie, w sobotnie popołudnie, coś tam popijasz, scrollujesz rolki, posty i co chwilę umieszczasz śmieszki i puste komentarze, bo akurat mignęła ci treść o „Solidarności”. No wiecie, klasyka gatunku – styropian, związki zawodowe, wąsaci panowie z fabryki, blokowanie warszafki i odwieczne, pełne wyższości pytanie: „A po co to komu w XXI wieku?”. To urocze, jak bardzo współczesny „śmieszek” lubi udawać kogoś wyżej, uważać się za wolnego, nowoczesnego Europejczyka i jednocześnie z absolutną, niemal religijną rzetelnością korzystać z każdego pojedynczego przywileju, który ci rzekomo zacofani ludzie – często z narażeniem własnej kariery zawodowej, a nawet życia – dla niego wywalczyli.
Najbardziej fascynujące jest jednak to, jak bezmyślnie ci wszyscy kpiarze i hejterzy stają się bezwolnymi ofiarami topornej narracji lobby pracodawców i liberalnych sił politycznych. Te grupy od dziesięcioleci pompują miliony w budowanie czarnego, karykaturalnego obrazu związków zawodowych. Dlaczego? Bo silny związek zawodowy to jedyny realny bat na silną korporacyjną samowolkę i wszelkie mniejsze januszexy. Liberalna propaganda latami pierze mózgi pracownikom, wmawiając im, że organizowanie się to obciach i relikt przeszłości. Cel był i jest prosty: osłabić związki, rozbić solidarność między ludźmi i sprawić, by każdy pracownik stał sam, bezbronny wobec pracodawcy. Rozbitym, samotnym i przekonanym o własnej „wyjątkowości” pracownikiem manipuluje się najłatwiej – można go wtedy wyciskać jak cytrynę, ciąć mu koszty i dokładać obowiązków, a on zamiast walczyć o swoje, będzie jeszcze często produkował w sieci memy z tych, którzy jako jedyni mogliby go obronić. To genialny w swojej perfidii mechanizm: sprawić, by ofiara wyśmiewała swojego jedynego obrońcę, ku uciesze tych, którzy na jej wyzysku zarabiają miliony. 🤭🤣
Gdyby przeciętnemu internetowemu heheszkowi zabrać na jeden dzień wszystko to, co zawdzięcza Solidarności, jego idealny świat ległby w gruzach w jakieś trzy sekundy. Obudziłby się w dziewiętnastowiecznym folwarku, zdezorientowany i przerażony. Zacznijmy od tego, że ten twój cudowny, wolny weekend, w który tak chętnie regenerujesz siły po ciężkim tygodniu w pracy, nie wziął się z kosmosu ani z dobrego serca prezesa. Wolne soboty to nie jest naturalny stan fizjologiczny człowieka – to konkretny, wyszarpany komunie postulat, bez którego dzisiaj w każdą sobotę meldowałbyś się rano na stanowisku pracy. Podobnie zresztą jak gwarantowane jedenaście godzin nieprzerwanego odpoczynku między zmianami. Myślisz, że to standard korporacyjny? Nie, to prawo, dzięki któremu twój szef nie może ci legalnie kazać wracać do pracy bladym świtem, jeśli wyszedłeś z niej o północy. Nawet te legendarne, piętnaście minut płatnej przerwy na zjedzenie kanapki to nie jest benefit dodawany do pakietu powitalnego przez dział HR, tylko twardy zapis z Kodeksu Pracy, za który ktoś kiedyś musiał iść na zwarcie z systemem.
Najpiękniejsza hipokryzja objawia się jednak przy kasie. Wyjątkowo zabawnie ogląda się młodych, dynamicznych buntowników, którzy drwią ze związkowego betonu, odbierając jednocześnie przelew z pensją czystą od podatku dochodowego. Ten twój zerowy PIT do dwudziestego szóstego roku życia nie powstał dlatego, że politycy nagle doznali olśnienia i pokochali młodzież. To był twardy warunek oficjalnej umowy programowej, którą „Solidarność” stanowczo wbiła na agendę, żeby ułatwić wam start w dorosłość. Z tej samej stajni pochodzi znaczne podniesienie kwoty wolnej od podatku do trzydziestu tysięcy złotych, o które związek gardłował przez całe dekady, zanim jakikolwiek polityk odważył się publicznie o tym mówić. A jeśli nie pracujesz na etacie, tylko na zleceniu i nie dostajesz już upokarzających czterech złotych za godzinę na „śmieciówce”, to też nie jest zasługa niewidzialnej ręki rynku, tylko efekt twardego powiązania minimalnej stawki godzinowej z płacą minimalną, wymuszonego przez tych samych związkowców w dwa tysiące siedemnastym roku.
Ten festiwal niewdzięczności trwa zresztą na każdym kroku. Młode, postępowe matki (tatusiowie już też) chętnie korzystają z rocznych, płatnych urlopów rodzicielskich, zapominając, że pełnopłatna ochrona macierzyństwa to słynny osiemnasty postulat z Gdańska, bez którego dzisiaj po porodzie mogłyby co najwyżej pomarzyć o powrocie na stanowisko.
Wszyscy chętnie przytulamy „wczasy pod gruszą”, bony na święta i zapomogi z funduszu socjalnego, choć pracodawcy od lat dziewięćdziesiątych próbowali ten fundusz całkowicie zaorać i tylko twarde „nie” ze strony Solidarności uratowało te pieniądze dla waszych portfeli. Co więcej, kwota odpisu na ZFŚS stale rośnie. O prawie do legalnego strajku, wolności słowa, braku cenzury i paszporcie leżącym bezpiecznie w szufladzie zamiast na komendzie milicji nawet nie wspominam – bez obalenia tamtego monopolu przez ruch solidarnościowy, wasza dzisiejsza wolność ograniczałaby się do szeptania dowcipów w zaciszu własnej kuchni.
Największy paradoks polega na tym, że te wszystkie kodeksowe zdobycze, z których tak bezrefleksyjnie korzystacie, to zaledwie absolutne minimum. Nie sposób wymienić wszystkiego w jednym poście. Prawdziwe cuda dzieją się tam, gdzie ludzie nie udają mądrzejszych od reszty, tylko potrafią się skrzyknąć, założyć silną organizację związkową i w setkach lub tysiącach członków dyktować warunki gry. W takich firmach, dzięki Zakładowym Układom Zbiorowym, pracownicy wywalczają dodatkowe dni płatnego urlopu, prywatną opiekę medyczną, ubezpiecznie finansowane w całości przez firmę i wyższe odprawy oraz jubileusze, o których wy – wolni, niezależni i samotni w swoich negocjacjach z korporacją – możecie sobie co najwyżej poczytać na forum i ponarzekać, że w waszej firmie tego nie ma. Więc śmiejcie się dalej, produkujcie kolejne memy i wrzucajcie bezmyślne komentarze. Tylko pamiętajcie, żeby jutro rano przyjść do pracy punktualnie, wziąć swoją piętnastominutową płatną przerwę i broń Boże nie zostawać po godzinach bez dodatkowego wynagrodzenia i dodatku za nocki. W końcu to wszystko wam się po prostu należy, prawda?
Szkoda tylko, że wasza odwaga kończy się na ekranie smartfona, a na sprawdzanie, dzięki komu to wszystko macie, brakuje już i chęci, i elementarnej przyzwoitości. 🤣🤭
RC"s"