27/05/2026
Przeczytaj historię Mamy Podopiecznej Fundacji Serce Dziecka! 🩷
Byłam już mamą dwóch nastolatek, gdy w wieku 38 lat zaszłam w ciążę po raz trzeci. Dojrzała ciąża, dużo świadomości, planów i marzeń – ale też spokój, że już wszystko potrafię, wszystko wiem. Życie jednak nie pyta o gotowość i o to jakie masz plany.
W 22 tc usłyszałam wyrok. Wada serca - przerwanie łuku aorty. Poważna. Tak poważna, że lekarze wprost powiedzieli, że dziecko po urodzeniu może nie przeżyć. Nie wiem, jak oddycha się z takim ciężarem – bo wtedy każdy mój oddech był przerwany płaczem. Ale zamiast się załamać, zaczęliśmy walczyć. Wszystko zostało zaplanowane: poród w Łodzi w CZMP, natychmiastowa operacja, najlepsi specjaliści. Każda minuta po porodzie miała znaczenie.
Tylko że Hania miała swój plan.
Poród rozpoczął się nagle, w domu, 300 km od Łodzi. Karetka wiozła mnie na sygnale, ale 300 kilometrów to było za dużo. Urodziłam w Warszawie bo puls dziecka zanikał i nie było czasu żeby wydłużać poród. Moja córeczka przyszła na świat w DSK WUM a nie w Matce Polce w Łodzi gdzie wszystko było zaplanowane. Pamiętam, jak patrzyłam na inkubator – moje dziecko zamknięte pod plastikiem, podpięte do kabli, tak maleńkie, bezbronne, a ja nie mogłam jej nawet przytulić. Tylko głaskanie – dwie godziny dziennie w czasie odwiedzin. Dwie godziny matczynego dotyku, który miał wystarczyć na cały dzień. W 12 dobie życia Hania przeszła pierwszą operację serca. Siedem godzin czekania. Siedem godzin, w których świat zamarł. W których liczyłam każdą minutę, oddech za oddechem, nie mogąc złapać własnego.
Potem miesiąc w szpitalu. Problemy z jedzeniem, sonda, maleńkie ciało, które tak bardzo chciało żyć. Wróciłyśmy do domu na chwilę, ale tylko po to, by znów trafić na oddział. Kolejne tygodnie, kolejne obawy, kolejne dni między nadzieją a rozpaczą. W sumie – pół roku właściwie bez wyjścia ze szpitala.
Druga operacja, w szóstym miesiącu życia, miała być tą ostatnią. Taką, po której miałyśmy nareszcie odetchnąć. Ale los znów wystawił naszą siłę na próbę – po kolejnych sześciu miesiącach znów czekała nas sala operacyjna. I znów strach. Znów to pytanie: „czy wszystko się uda?”. Znów ten znajomy ból w klatce piersiowej, który zna tylko matka czekająca pod drzwiami bloku operacyjnego.
Dziś – dzięki ogromnemu wysiłkowi, cierpliwości, codziennej rehabilitacji i leczeniu – jesteśmy tutaj. Razem. Silniejsze. Chociaż niepewne jutra.
Hania to żywe srebro. Gdy ktoś patrzy na nią, nie widzi choroby. Nie widać w niej operacji, drenów, kabli, sond. Widać tylko radość, siłę i ogrom życia. I chociaż lekarze wciąż mówią różnie, ja wiem jedno – jej serce bije, a moje bije razem z nim.
Moje życie się zmieniło. Moje serce się zmieniło. Stało się bardziej kruche, ale i silniejsze niż kiedykolwiek. Nauczyłam się walczyć, ufać intuicji, znosić bezsilność i czerpać siłę z najdrobniejszych rzeczy. Każdy dzień z Hanią jest cudem – nie tym wielkim i spektakularnym, ale tym codziennym, który nosi się w oczach dziecka, w jego śmiechu, w jego krokach, których miało nie być.
Jestem mamą Hani. Dziewczynki z wrodzoną wadą serca. Dziewczynki, która pokazała mi, czym jest ogromne pragnienie życia, siła dziecka i jak cieszyć się z tego co masz tu i teraz.