30/05/2026
Ten rok? Cudowny. Po prostu, cholera, „rok marzeń”.
Najpierw przez kilka tygodni moja głowa postanowiła urządzić sobie festiwal bólu – tak potężnego, że do dziś szanowni lekarze nie mają pojęcia, o co właściwie chodziło. No bo po co ograniczać się do jednej jasnej diagnozy, skoro lista moich schorzeń daje tak niesamowite pole do popisu i nieskończony wachlarz opcji? Przecież nuda w dokumentacji medycznej to najgorsze, co może człowieka spotkać, prawda?
Gdy ból głowy łaskawie nieco odpuścił – pewnie tylko po to, żeby dać mi chwilę na złapanie oddechu przed kolejnym uderzeniem – do akcji wkroczyło kolano. Żeby nie było za łatwo. Od kilku tygodni walczę z nim każdego dnia i wygląda na to, że zbliża się moment na kolejną „atrakcję” sezonu: decyzję o operacji. Po spędzeniu cudownego, pasjonującego czasu na oddziale dziennym, właśnie pakuję kilogramy dokumentacji i zapisuję się do poradni ortopedycznej w Otwocku. Mam głęboką nadzieję, że tamtejszy ortopeda spojrzy na to moje nieszczęsne kolano i w końcu zrobi coś, co zadziała, bo moja cierpliwość właśnie zalicza spektakularne dno.
I teraz absolutny hit, czyli coś, co pewnie wielu z Was podświadomie zastanawia: „Monika, o czym ty w ogóle mówisz? Przecież jesteś sparaliżowana od pasa w dół, nie czujesz nóg, więc jakim cudem boli cię kolano?!”.
No właśnie, niespodzianka! Anatomia porażonego ciała to potrafi człowieka zaskoczyć. To nie jest zwykły, „cywilizany” ból, który można załatwić ibupromem po obiedzie. Nie czuję precyzyjnie miejsca, nie wiem, dokąd promieniuje – czuję po prostu wielką, pulsującą, rozrywającą, bolącą przestrzeń. I mam pełną, cholerną świadomość jednego: skoro ten ból potrafi przebić się przez moje martwe, porażone nerwy i z pełnym impetem dotrzeć do mózgu, to zdrowy człowiek prawdopodobnie zwijałby się z wrzasku na podłodze i nie wytrzymałby tego nawet przez pięć minut. Ironia losu w najczystszej, najbardziej złośliwej postaci – nie móc chodzić, a czuć ból, który rozrywa ci nogę. Genialne.
To wszystko sprawiło, że ostatnie miesiące po prostu przeczołgały mnie psychicznie i fizycznie. Bywały dni, kiedy potwornie potrzebowałam pomocy, ale wiecie, co robiłam? Milczałam. Dlaczego? Bo włączał mi się mój własny, genialny mechanizm toksycznego poczucia winy: „Jak możesz w ogóle pisnąć o swoich problemach, Monika, skoro wokół dzieją się takie tragedie? Zamknij się”.
Bo wystarczy włączyć internet i zobaczyć, co się dzieje. Łatwogang robi właśnie dwie potężne akcje:
• Zbiórkę dla dzieciaków z fundacji Cancer Fighters, które każdego dnia stają oko w oko z rakiem, strachem i śmiercią.
• Wsparcie dla trzech chłopców ze śmiertelną dystrofią mięśniową Duchenne’a (DMD) – chorobą, która bezczelnie, kawałek po kawałku, odbiera im siły i życie.
Patrzysz na coś takiego i automatycznie czujesz się malutka. Myślisz: „Dobra, zwiń ten swój wózek, nie zawracaj ludziom głowy, inni mają prawdziwe piekło”. Przecież moja walka i tak nigdy nie będzie o pełne zdrowie. Z przepukliną oponowo-rdzeniową, wodogłowiem, zespołem Arnolda-Chiariego i padaczką na stałe podpisałam cyrograf o „współistnienie”. Ja tu nie walczę o maratony. Walczę „tylko” o życie z mniejszym bólem, o nędzne resztki niezależności i o to, by w tym wszystkim nie stracić resztek ludzkiej godności. A to wszystko kosztuje miesięcznie tyle, że normalny człowiek łapie się za głowę i sprawdza, czy to nie pomyłka w rachunku.
I choć ten ciężar momentami fizycznie mnie przygniatał, to przez to całe cierpienie dookoła po prostu wstydziłam się otworzyć usta.
Ale wiecie co? Uczę się. Bardzo opornie, z oporami materii, ale jednak: cierpienia nie da się licytować na punkty w jakimś chorym teleturnieju. To, że ktoś przechodzi przez absolutne, niewyobrażalne piekło, nie sprawia, że mój własny plecak z kamieniami nagle robi się lekki jak piórko. Każdy z nas niesie swój ciężar i proszenie o pomoc to nie egoizm. To po prostu bycie człowiekiem. Nie jestem tylko „ciekawym przypadkiem medycznym” z podręcznika – jestem młodą kobietą, mam swoje marzenia i potężną, cholernie upartą chęć, żeby z tego życia uszczknąć coś dla siebie, zanim reszta zdrowia powie mi „do widzenia”.
Cud w tym całym bagnie!
Niedawno pisałam do Was z krzykiem o pomoc w zebraniu środków na intensywny turnus rehabilitacyjny. I stało się coś niesamowitego – dzięki Waszym wielkim sercom zbiórka na ten konkretny cel została zakończona! Pojadę na turnus. Zyskam szansę, by chociaż na chwilę dać w kość temu potwornemu bólowi. Nie mam słów, by wyrazić swoją wdzięczność – daliście mi gigantyczny zastrzyk realnej nadziei.
Jednak moja codzienna rzeczywistość nie znika magicznie wraz z końcem jednej zbiórki. Mój „pakt o współistnienie” z chorobami trwa w najlepsze, a koszty stałego leczenia, drogich konsultacji u specjalistów (jak ta nadchodząca w Otwocku), leków oraz codziennej, nieprzerwanej rehabilitacji po prostu co miesiąc bezczelnie czyszczą moje konto do zera.
Dlatego, choć ten najważniejszy, październikowy krok mamy już z głowy, ogromnie i z całego serca proszę Was o dalsze wsparcie w mojej codziennej, tej cichej walce. Każda złotówka pozwala mi trzymać się pionu, zachować niezależność i godność, które te choróbska tak bardzo próbują mi odebrać.
Dziękuję każdemu, kto wspiera wielkie akcje Łatwoganga – robicie dla tych dzieciaków kosmiczne rzeczy. I dziękuję tym, którzy w tym całym szumie potrafią dostrzec moją cichszą, ale równie ważną walkę i zostają ze mną na co dzień.
Pomożecie mi przetrwać resztę tego „roku marzeń”?
Jak można mnie wesprzeć?
• Przekaż darowiznę przelewem:
◦ Numer konta: 85 1160 2202 0000 0001 9214 1142
◦ Tytuł przelewu: 232 Monika Mosór
• Przelew BLIK na telefon:
◦ Numer telefonu: 692 093 760
◦ Tytuł: 232 Monika Mosór
(Wszystkie wpłaty i rozliczenia realizowane są subkontem w Fundacji Serca dla Maluszka).