19/08/2026
Zgodnie z definicją zamieszczoną przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych na stronie internetowej gov.pl „Policja to umundurowana i uzbrojona formacja służąca społeczeństwu i przeznaczona do ochrony bezpieczeństwa ludzi oraz do utrzymywania porządku publicznego”. Czy zatem eksponowane publicznie treści rasistowskie są materiałem wchodzącym w zakres działań policji?
Oto, co wynika z relacji pani Jolanty z Pionek (powiat Radomski), która skontaktowała się z nami poruszona sytuacją, z jaką zetknęła się 18 lipca. Wracając z zakupów, zobaczyła na słupie ogłoszeniowym w okolicy szkoły podstawowej plakat, którego treść oceniła jako rasistowską i nawołującą do nienawiści na tle narodowościowym (zdjęcie w załączeniu). Postanowiła zgłosić się z tym na policję, a następnie opowiedziała nam o wszystkim.
Udałam się na komisariat policji w Pionkach, na ul. Leśnej, aby zgłosić propagowanie treści rasistowskich. Pokazałam dyżurnemu policjantowi zdjęcie, które wcześniej zrobiłam. Dyżurny, zanim przystąpił do jakichkolwiek czynności, upewnił się, czy rzeczywiście uważam tę treść za rasistowską, zdziwiłam się, bo było to dla mnie oczywiste.
- Czyli policjant chciał się upewnić, że ocenia pani te treści jako jednoznaczne, dla niego nie były takie?
Nie, dla niego nie było to oczywiste. Zaczął szukać informacji w Internecie i powiedział mi, że widniejące na plakatach hasło „Be Smart, Stay Apart” pochodzi z czasów kampanii zdrowotnej prowadzonej w okresie pandemii. Zwróciłam uwagę, że na plakacie widać białe i czarne buźki i nie jest to kampania zdrowotna. Przywołałam również termin apartheid, aby przybliżyć znaczenie angielskiego słowa „apart”.
- Czy dyżurny policjant wiedział, czym jest apartheid?
Nic nie odpowiedział. Do pokoju wszedł inny policjant, obaj zaczęli się zastanawiać nad znaczeniem plakatu. Znowu padły słowa, że to jest kampania zdrowotna. Policjant dyżurny, chcąc rozwiązać mój problem, stwierdził, że plakat można zerwać. Dopytał, czy jest dobrze przyklejony. Odpowiedziałam, że wyglądał na dobrze przyklejony i podkreśliłam, że wisi na słupie przy szkole. Wtedy usłyszałam pytanie: „Jakie to ma znaczenie?”, a moja odpowiedź, że tam są dzieci spotkała się z komentarzem: „Dzieci są wszędzie”.
- Jak się pani poczuła? Czy przypuszczała pani, że taka będzie reakcja na komisariacie?
Czułam się dziwnie. Byłam zdziwiona, że muszę tłumaczyć policji oczywistości. Myślałam, że zgłoszę sprawę i będę mogła wrócić do swoich planów na sobotę. Widziałam, że policjant chce mi pomóc, tyle że nie wiedział jak. Poprosił mnie, abym zaczekała na dzielnicowego, który przyjechał po kilku minutach. Przeszłam z nim do jego pokoju. Dzielnicowy obejrzał zdjęcie i wyszukał informacje w Internecie, po czym stwierdził, że plakat może nawiązywać do kampanii społecznej dotyczącej zachowania dystansu w czasie pandemii koronawirusa ("Be Smart, Stay Apart"). Nie zgodziłam się z tą interpretacją, zwracając uwagę na czarne i białe buźki oraz pozostałe elementy plakatu, które w mojej ocenie spójnie tworzyły przekaz rasistowski.
- Czyli dzielnicowy odpowiedział pani tak samo jak dyżurny policjant?
Tak. Zaczęłam się zastanawiać, jak oni wyszukują informacje w Internecie, że wychodzi im to samo. Poprosiłam, aby wpisał w Internecie „autonom.pl”.
- Dlaczego zasugerowała mu pani tę domenę?
Ten adres widniał na plakacie. Sama, zanim poszłam na policję, sprawdziłam, co to za domena. Wtedy dopiero policjant zobaczył, że mamy do czynienia z autonomicznymi nacjonalistami. Zapytał, czy chcę złożyć zeznanie – potwierdziłam. Podałam imię i nazwisko, PESEL i miejsce zamieszkania. Okazało się, że muszę czekać na kolejnego funkcjonariusza, a konkretnie funkcjonariuszkę, która miała spisać zeznanie. Czekając, rozmawiałam z dzielnicowym. Opowiedziałam mu o przebiegu rozmowy z dyżurnym, który wspomniał, że policja może pojechać i zerwać plakat. Dzielnicowy zaprzeczył takiej możliwości, wyjaśnił że słup jest publiczny i każdy może na nim coś powiesić. Dopytałam więc, czy burmistrz miasta może zdjąć taką treść, skoro nosi ona znamiona rasistowskie. Okazało się, że ani policja, ani burmistrz nie mają takich uprawnień i że niezbędny byłby nakaz prokuratury. Zapytałam, czy gdybym powiesiła plakat z napisem „Zabić Krystynę”, to czy też nie mogliby go usunąć.
- Rozumiem, że była pani coraz bardziej podenerwowana.
Jeszcze wtedy nie byłam podenerwowana. Byłam po prostu zadziwiona absurdalnością sytuacji. Pan dzielnicowy był miły. Wyjaśnił mi, że gdyby pogróżka dotyczyła Krystyny, usunięcie plakatu też byłoby możliwe dopiero wtedy, gdyby do policji zgłosiły się trzy Krystyny, sygnalizując, że czują się zagrożone oraz złożyłyby zawiadomienia – dopiero wtedy uruchamiana jest procedura, a decyzję o zdjęciu treści podejmuje prokuratura. Policjant powiadomił mnie, że policja lub burmistrz mogliby zostać pozwani przez autora plakatu za zniszczenie jego mienia. Jesteśmy w Unii Europejskiej i obowiązują nas zasady. Czułam, że moje oczy robią się wielkie ze zdziwienia.
- Czyli policja nie może podejmować z urzędu działań zapobiegających szerzeniu nienawiści na tle rasowym?
Dla mnie było oczywistym, że wystarczy moje powiadomienie, że takie treści pojawiły się w miejscu publicznym. Pierwszy raz coś takiego zobaczyłam na słupie ogłoszeniowym, a często czytam na nich informacje. Nie oczekuję, że policja jeździ po mieście i sprawdza, co jest na słupach. Dlatego to zgłosiłam. Rozmowa z dzielnicowym była przyjemna i swobodna, on sam sprawiał wrażenie sympatycznego. Zaznaczyłam, że w Pionkach przybywa osób o innym kolorze skóry i że to właśnie troska o ich bezpieczeństwo skłoniła mnie do zgłoszenia sprawy. Oczekiwanie na panią policjantkę wydłużało się – rozmawialiśmy o życiu w Warszawie i Pionkach.
- Czy to oznacza, że po raz trzeci musiała pani opowiedzieć o całej sprawie i jej szczegółach?
Gdy pani policjantka przyszła, zaprosiła mnie do innego pomieszczenia. Szła szybko, zostawiając mnie w tyle. Wydało mi się to dość dziwne, że muszę ją gonić. Obejrzała się tylko na chwilę, więc jej odpowiedziałam z daleka, że idę. Weszłyśmy do pokoju. Poprosiła, abym nie zamykała drzwi. Ustawiła krzesło dla mnie w odległości około metra od biurka, przez co poczułam się, jakbym była podejrzana. Pomyślałam, że takie są procedury i usiadłam.
- Spora zmiana, jeszcze chwilę wcześniej prowadziła pani rozmowę z dzielnicowym w miłej, jak sama pani powtórzyła, atmosferze.
Tak. To mnie bardzo uderzyło. Wydaje mi się, że policjantka nawet się nie przedstawiła. Od razu przystąpiła do swoich czynności. Coś robiła na komputerze. Za chwilę dała mi do podpisania jakieś oświadczenie. Dokument był napisany drobnym drukiem, częściowo na szarym tle, co czyniło go dla mnie nieczytelnym; nie miałam przy sobie okularów, ponieważ nie spodziewałam się tylu formalności. Poprosiłam, aby moje dane nie trafiły do organizacji odpowiedzialnej za rozwieszanie takich treści.
- Dlaczego?
Obawiałam się, że może to być organizacja o skrajnym charakterze.
- Sądzi pani, że mogłyby panią spotkać jakieś nieprzyjemności?
Tak, mnie lub moich bliskich. Niestety, usłyszałam, że w protokole musi znaleźć się moje imię i nazwisko, ale po chwili policjantka dodała, że moje dane mogą zostać zanonimizowane, jeśli ktoś z zewnątrz będzie miał wgląd do akt sprawy. Zanim jednak policjantka powiedziała o anonimizacji danych, poczułam ogromny dyskomfort. Chciałam poinformować o plakacie o rasistowskich treściach, a została wciągnięta w sprawę, która trafi do prokuratury. Nie czułam, że policja chce mnie chronić w tej sytuacji. Moje zawiadomienie okazało się być warunkiem podjęcia przez nich działania.
- Czy potem przyjęcie zgłoszenia przebiegło już bez problemu?
Nie, atmosfera zrobiła się nieprzyjemna. Powiedziałam, że tekst na dokumentach, które mi podano, jest dla mnie nieczytelny, że nie jestem w stanie przeczytać takiego małego druku. Nie miałam przy sobie okularów. Policjantka zaczęła powiększać czcionkę na ekranie i zapytała, czy taka jest odpowiednia. Chciała mi wydrukować powiększony dokument. Szkoda, że policja nie jest przygotowana do kontaktu z osobami słabiej widzącymi. Policjantka powiększała i pytała „Taka? Taka?”. To było tak nieprzyjemne uczucie.
- Dlaczego? Czy powodował to ton policjantki, czy ogólne jej nastawienie do pani?
Czułam się naciskana. Policjantka powiększała czcionkę tak długo, aż ta stała się dla mnie widoczna, ale ja czułam się niepewnie bez okularów. Powiedziałam, że wrócę wieczorem z okularami i spokojnie spiszemy zeznanie, ale nie słuchała mojej propozycji. Sposób prowadzenia rozmowy powodował u mnie coraz większy dyskomfort. Rozmowa stawała się bardzo nieprzyjemna. Nie sądziłam też, że będzie trwała tak długo. Nikt mnie nie poinformował, ile czasu zajmie cała procedura ani jak ona wygląda. Byłam tam już prawie godzinę, a musiałam jeszcze zrobić zakupy i obiad rodzinie, jestem odpowiedzialna za osoby, którymi się opiekuję, o czym poinformowałam policjantkę, ale dla policjantki to nie miało znaczenia.
- Z tego, co pani opowiada, wykazała pani więcej zainteresowania tą sprawą niż ktokolwiek inny. Jak się pani z tym czuła?
W pewnym momencie to naprawdę już zwątpiłam w swoje działanie. Proszę sobie wyobrazić osobę, która zauważa plakat. Spieszy się, żeby zrobić zakupy, a mimo to zatrzymuje się i robi zdjęcie. Chce jakoś zareagować, bo nie godzi się na rasistowskie treści. Musi znaleźć odwagę, żeby pójść na komisariat i wpada w jakiś absurd. Wkrótce do naszej rozmowy dołączył kolejny policjant. Nie wiem, kim był – nie przedstawił się. Pani policjantka poinformowała mnie, że oni pracują do 22.00 i powinnam przyjść o 20.00. Zapytałam, ile trwa sama procedura, powiedziano mi, że godzinę, więc zaproponowałam, że przyjdę o 20:30. Miałam plany na popołudnie i wczesny wieczór. Usłyszałam, że muszę przyjść wcześniej, ponieważ funkcjonariusze muszą pojechać ze mną na miejsce, by wspólnie zweryfikować słup i musi być wtedy jeszcze widno. Zdziwiłam się, bo już dwóm policjantom pokazywałam zdjęcie i podałam lokalizację. Poza tym mamy przecież oświetlenie uliczne.
- Czy odniosła pani wrażenie, że jest zniechęcana?
Reakcja, z którą się spotkałam, sprawiała, że czułam, jakbym przyszła z jakąś drobnostką. Nie widziałam zrozumienia Do tej pory nie pojmuję, dlaczego policja miała problem z interpretacją tych plakatów. Naprawdę. Rozumiem, że nie muszą wiedzieć wszystkiego. Ale trzy osoby patrzyły na te plakaty i miały problem z interpretacją.
- Jak zakończyła się sprawa?
Zmęczona tym wszystkim zdecydowałam się zrezygnować ze składania zeznania i wstałam, aby jak najszybciej opuścić ten pokój. Poinformowałam, że zgłoszę tę sprawę do odpowiedniej fundacji. Wybiegł za mną policjant, który był z nami w pokoju, okazało się, że nie wolno mi samej opuścić pokoju. Wypuszczając mnie z komisariatu, rzucił „My chcieliśmy przyjąć pani zeznania”. Byłam bardzo rozczarowana, o czym powiadomiłam dyżurnego policjanta. Gdy już byłam na ulicy, dogonił mnie policjant, który mnie wypuścił z komisariatu, i poprosił, żebym wróciła, ponieważ nie mają moich danych. Odpowiedziałam, że dane (imię, nazwisko, PESEL) zostawiłam już wcześniej dzielnicowemu. Policjant próbował dodzwonić się do dzielnicowego bez skutku i ponownie poprosił, żebym wróciła – odmówiłam, tłumacząc, że dane już przekazałam i nie mam więcej czasu.
- Cztery osoby zaangażowane w rozmowy z panią, chaos organizacyjny i niezłożone zeznanie – oto co wyłania się z tego długiego opisu.
Wizyta, która w moim założeniu miała być krótkim zgłoszeniem obserwacji, przerodziła się w około godzinną, emocjonalnie trudną procedurę, nie przypuszczałam, że moja ocena treści plakatu zostanie podważona, że będę musiała argumentować coś, co uważam za oczywiste. Ostatecznie zrezygnowałam ze złożenia formalnego zeznania i postanowiłam opowiedzieć o całej sytuacji państwu, licząc na wsparcie i radę, jak skutecznie załatwić sprawę. Koło 16.00 tego samego dnia spotkałam burmistrza Pionek. Wiedział już o plakacie. Powiedziałam mu, że byłam na policji i nic nie załatwiłam. Nie był zaskoczony. Powiedział, że zajmie się tą sprawą w poniedziałek.
- Czy wie pani o podjętych jakichkolwiek działaniach?
W niedzielę zauważyłam, że ktoś próbował zerwać plakat, z marnym skutkiem, niestety był zbyt mocno przyklejony. We wtorek – jak byłam w okolicy słupa ogłoszeniowego – zobaczyłam, że pojawiły się na tym plakacie plakaty miejskie. Część z nich była zerwana.
- Czy zerwane były stare plakaty, o treściach rasistowskich, czy te nowe, miejskie, którymi, jak rozumiem, usiłowano zakleić kontrowersyjne treści?
Wyglądało to jak „wojna” plakatowa – ktoś próbował zerwać plakaty rasistowskie, ktoś próbował je zakleić innymi plakatami, ktoś zerwał część plakatów miejskich, odsłaniając te rasistowskie. Zastanowiło mnie, dlaczego te rasistowskie plakaty nie pojawiły się na innych słupach ogłoszeniowych. Jest ich kilka w Pionkach, a one były właśnie na słupie przy szkole.
- Dziękujemy za rozmowę.
Z panią Jolantą (imię i nazwisko do wiadomości redakcji) rozmawiał Piotr Czyżewski.
Od redakcji: Zwróciliśmy się do Komendy Miejskiej Policji w Radomiu z prośbą o odniesienie się do opisanej w wywiadzie sytuacji oraz odpowiedź na pytania dotyczące sposobu postępowania w przypadku zgłoszeń odnoszących się do treści mogących nawoływać do nienawiści na tle rasowym lub narodowościowym. Po otrzymaniu odpowiedzi opublikujemy stanowisko policji.