Przeciw estetyzacji i banalizacji zła

Wskazówki dojazdu Strona internetowa

Przeciw estetyzacji i banalizacji zła Strona programu „Wymazywanie”, realizowanego przez Fundację Polska 2100

NAZA - tak w izraelskim wojsku określa się cywilów, którzy prawdopodobnie zginą w ataku militarnym. To również tytuł fil...
15/09/2026

NAZA - tak w izraelskim wojsku określa się cywilów, którzy prawdopodobnie zginą w ataku militarnym. To również tytuł filmu dokumentalnego, który otrzymał Nagrodę Specjalną Jury 83. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. Obraz został wpisany na listę konkursową w ostatnim momencie, a jego treść utrzymywano w ścisłej tajemnicy ze względów bezpieczeństwa.

Widzowie festiwalu zobaczyli raport z dziennikarskiego śledztwa opartego na rozmowach z przedstawicielami izraelskiej armii i funkcjonariuszami wywiadu. Anonimowi sygnaliści opowiedzieli o mechanizmach prowadzenia wojny w Strefie Gazy, a w szczególności o systemie „Lavender”. To zaawansowane narzędzie, oparte na algorytmach i sztucznej inteligencji, można by porównać do cyfrowej fabryki śmierci, pomagało bowiem wskazywać potencjalne cele ataków, a nie były nimi zdigitalizowane dane, lecz ludzie – palestyńscy cywile, kobiety i dzieci, którzy ginęli w swoich domach.

Dokument oczywiście wzbudził kontrowersje. Władze Izraela zareagowały stanowczym potępieniem twórców, stawiając granice wolności słowa. Krytyka władzy została uznana za zdradę państwa. Minister kultury i sportu Miki Zohar wezwał do odebrania Yuvalowi Abrahamowi i Rachel Szor izraelskiego obywatelstwa. Podkreślił również, że oboje, działając na szkodę własnego państwa, szukają poklasku wśród antysemitów. O globalnym antysemityzmie twórców mówi również premier Izraela, Beniamin Netanjahu.

Laureaci weneckiego festiwalu stają się wrogami narodu.
A jednak publiczność festiwalowa zareagowała żywiołowo, rekordowo wręcz, honorując twórców aplauzem, który potrwał 24 i pół minuty. To najdłuższe owacje na stojąco w całej historii festiwalu.
Taki aplauz jest miarą uznania, współczucia, zrozumienia, wyrazem sprzeciwu wobec trwającej i raportowanej niesprawiedliwości. Czy w istocie?

Kiedy Włodymyr Zełenski 21 grudnia 2022 roku, podczas pierwszej podróży zagranicznej, w jaką udał się od momentu otwartej inwazji Rosji na Ukrainę, wszedł do amerykańskiego kongresu, towarzyszyły mu owacje, a oklaski trwały około 3 minut. Następnie, w trakcie jego wystąpienia, przerywano mu brawami jeszcze ponad dziesięć razy. „To dla mnie za dużo” – stwierdził wtedy Zełenski.

Jest coś podniosłego, wzruszającego, wspólnotowego w geście tłumnych owacji, lecz co za tym idzie? Dzisiaj kwestia Ukrainy podzieliła skrajnie niegdysiejszych zwolenników jej niepodległości. Aplauz wybrzmiał, reakcje i postawy społeczeństwa uległy zmianie, choć wojna wciąż trwa, a na ukraińskie miasta nadal spadają bomby.
Owacje w Wenecji trwały blisko pół godziny. Czy kiedy ucichnie ich echo, na Palestynę przestaną spadać bomby?
Owacje jako reakcja, manifest, akt cywilnej odwagi. Tyle jesteśmy w stanie zrobić. Dopóki nie opadną emocje, nie pojawi się kolejny gorący temat.
Owacje, emocjonalne katharsis, oczyszczenie – z poczucia winy?
Piłat ręce umył. Dzisiaj rękami się klaszcze, żeby na wszelki wypadek mieć czyste sumienie.

Autorka: Luiza Krolczuk

Zdjęcie: REUTERS / Yves Herman

Z początkiem września Bękarty wojny, szósty film Quentina Tarantino, skończy siedemnaście lat. Od premiery filmu najczęś...
04/09/2026

Z początkiem września Bękarty wojny, szósty film Quentina Tarantino, skończy siedemnaście lat. Od premiery filmu najczęściej wychwalanym elementem fabuły Bękartów jest antagonista tytułowej jednostki żydowskich komandosów, oficer SS Hans Landa, elokwentny taktyk i bezwzględny łowca Żydów. Bohater wykreowany przez Christopha Waltza, niezmiennie uznawany jest za jednego z najbardziej magnetycznych i tajemniczych czarnych charakterów amerykańskiego kina głównego nurtu. W polskim dyskursie krytyczno-filmowym przede wszystkim docenia się sposób, w jaki Landa dystansuje się od jakiejkolwiek ideologii – w tym nazistowskiej. Polowanie na ukrywających się Żydów nie jest dla Landy manifestem antysemickich poglądów, tylko okazją do wyjątkowego wyzwania intelektualnego. Z kolei impulsem do decyzji o współpracy z Armią Stanów Zjednoczonych, podjętej pod koniec wojny, staje się ogólna sytuacja, zwiastująca rychły upadek Trzeciej Rzeszy, dlatego też Landa przymyka oko na misję Bękartów, dążących do wyeliminowania Hitlera i najważniejszych reprezentantów niemieckiego dowództwa, chce bowiem wyłącznie ratować własną skórę.

Archetyp, w który wpisuje się postać graną przez Waltza, nie jest niczym rzadkim w kinie rozrywkowym. Wystarczy zwrócić uwagę na antagonistów filmów Poszukiwacze zaginionej Arki oraz Indiana Jones i ostatnia krucjata. Rene Belloq (Paul Freeman), Walter Donovan (Julian Glover) i Elsa Schneider (Alison Doody) to charyzmatyczni ludzie nauki, którzy współpracują z nazistami, aby osiągnąć upragnione cele. Belloq, francuski archeolog, chce odnaleźć Arkę Przymierza, żeby spełnić jedną ze swoich wielu ambicji; Donovan, poszukując Graala, pragnie stać się nieśmiertelny; natomiast zafascynowana kielichem Chrystusa Schneider traktuje artefakt jako swoją naukową obsesję. Każda z tych postaci podkreśli wielokrotnie Jonesowi, że nie wspiera nazistowskiej retoryki, a cel uświęci środki. Belloq i Donovan są nawet gotowi przechytrzyć Hitlera i ukraść zdobyte artefakty, żeby zatrzymać je wyłącznie dla siebie. „Hitler może być władcą świata, ale nigdy nie zabierze go ze sobą do grobu. Będę pić swoje zdrowie jeszcze długo po tym, gdy wykituje.” – śmieje się Donovan.

Różnica w podejściu Indiany Jonesa i jego rywali do faszystów jest bardzo dobrze spuentowana w rozmowie Indy’ego z Elsą – kiedy ona zwraca uwagę, że oboje pragnęli Graala i oboje zrobiliby wszystko, żeby go zdobyć, nienawidzący nazistów Jones z rozgoryczeniem odpowiada, że Elsa jest w wielkim błędzie. Nikt z tamtej trójki nie rezygnuje z wybranej przez siebie ścieżki. W finale obu filmów każdy przegrywa w konfrontacji z upragnionymi artefaktami, zostaje przez nie wręcz przechytrzony. Po otwarciu Arki Belloq razem z resztą nazistów ulega brutalnej śmierci zadanej przez tajemniczą moc ukrytą w skrzyni – Jones przeżywa. Donovan, wypijając wodę ze złego kielicha, umiera, a Schneider, zaślepiona pięknem prawdziwego Graala, wpada do przepaści bez dna – Jones wraz z ojcem przeżywają. Najbardziej wymowną jest scena śmierci Donovana w Ostatniej krucjacie. Jego ciało rozpada się w pył, a jedyny charakterystyczny przedmiot, jaki pozostaje przy jego zwłokach, i który mógłby pomóc w ich identyfikacji, to niewielki emblemat ze swastyką.
Oba filmy wykazują, że każdy współpracownik Hitlera, świadomie przymykający oko na nazistowską ideologię w imię dóbr materialnych, powinien zostać ukarany tak samo jak i każdy w pełni zaangażowany politycznie nazista. Deklarowane przez tych bohaterów odcięcie od ideologii faszystowskiej nie ma w ostatecznym rozrachunku żadnego znaczenia.

„Kiedy przybędziesz na swoją wysepkę, pewnie zdejmiesz swój mundur SS? Tego nie zniosę (…) Gdyby to ode mnie zależało, nosiłbyś mundur do końca swojego życia. (…) Zostawię ci więc coś, czego nie zdejmiesz.” Pułkownik Aldo Raine (Brad Pitt) wypowiada te słowa do Landy i chwilę później wycina nożem na czole Austriaka nazistowski symbol – kwintesencję jego istnienia.

Ani Spielberg, ani Tarantino nie estetyzują swoich charyzmatycznych złoczyńców, tylko demaskują ich pretensjonalność. Nie należy zatem darzyć Landy fascynacją. Obaj reżyserzy wydają wobec faszystowskich współpracowników jednoznaczny osąd, udowadniając, że po odarciu ich z pozorów, po ściągnięciu z nich płaszczyka wyrafinowanych motywacji, pozostaje tylko faszystowska swastyka, symbol zła.

Autor: Jakub Wyganowski

Źródła:
• Filmowi przeciwnicy, którym życzyliśmy wygranej, https://www.youtube.com/watch?v=pp2suVNI7EA& (data dostępu: 26 sierpnia 2026)
• Złoczyńcy, którzy mieli rację, https://www.youtube.com/watch?v=lor17UkHO7c& (data dostępu: 26 sierpnia 2026)

Jakub Wyganowski, rocznik 2002. Absolwent kierunków Filmoznawstwo i wiedza o mediach audiowizualnych oraz Media audiowizualne i kultura cyfrowa Uniwersytetu Łódzkiego. W obszar jego zainteresowań wchodzi szczególnie amerykańskie kino epickie, serie filmowe i niemieckie kino nieme.

Zdjęcie: René Belloq (Paul Freeman) w filmie Poszukiwacze zaginionej Arki (Raiders of the Lost Ark, 1981), reż. Steven Spielberg. © 1981 Lucasfilm Ltd. Źródło: Lucasfilm.com. Wykorzystano na prawie cytatu.

W związku z naszą publikacją (z 19 sierpnia 2026) „Czy policja potrafi reagować na mowę nienawiści? Przypadek z Pionek” ...
01/09/2026

W związku z naszą publikacją (z 19 sierpnia 2026) „Czy policja potrafi reagować na mowę nienawiści? Przypadek z Pionek” i pytaniami skierowanymi do Komendy Miejskiej Policji w Radomiu, w dniu 28 sierpnia 2026 r. otrzymaliśmy odpowiedź od Rzeczniczki Prasowej KMP w Radomiu. Poniżej pełna treść odpowiedzi policji.

Dzień dobry,
Poniżej przesyłam odpowiedzi na zadane przez Pana pytania.

1. Czy Komisariat Policji w Pionkach potwierdza, że 18 lipca miało miejsce opisane w materiale zgłoszenie?

18 lipca 2026r do Komisariatu Policji w Pionkach przyszła kobieta, która poinformowała o plakatach. Policjanci chcieli wykonać ze zgłaszającą czynności-przyjąć zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa i przesłuchać w charakterze świadka, jednak ta odmówiła w nich udziału.

2. Czy w związku z informacją o opisanym plakacie Policja podjęła jakiekolwiek czynności? Jeśli tak – jakie?

Pomimo, że kobieta nie złożyła zawiadomienia, funkcjonariusze Komisariatu Policji w Pionkach jeszcze tego samego dnia pojechali we wskazane przez zgłaszającą miejsce tj. ul. Niepodległości 3, gdzie potwierdzili, że na słupie ogłoszeniowym wiszą plakaty o treściach wskazanych przez zgłaszająca, udokumentowali ten fakt i wykonali oględziny tych plakatów.
Takie same plakaty policjanci zauważyli także na ul. Konopnickiej 4 oraz Alei Jana Pawła II 17 w Pionkach.
W związku z możliwością popełnienia przestępstwa polegającego na publicznym eksponowaniu plakatów, których treść może wskazywać na charakter rasistowski oraz nawoływanie do nienawiści na tle narodowościowym w Wydziale Dochodzeniowo-Śledczym Komendy Miejskiej Policji w Radomiu, pod nadzorem prokuratury, prowadzone jest dochodzenie z art. 256par.1 kk.

3. Czy w przypadku uzyskania przez Policję informacji o publicznym eksponowaniu treści mogących nawoływać do nienawiści na tle rasowym lub narodowościowym podjęcie czynności uzależnione jest od złożenia formalnego zeznania przez osobę zgłaszającą?
Podjęcie czynności przez Policję nie jest uzależnione od złożenia formalnego zeznania przez osobę, która przekazała informację o publicznym eksponowaniu treści mogących nawoływać do nienawiści na tle rasowym, narodowościowym czy etnicznym. Jeżeli Policja uzyska wiarygodną informację o publicznym eksponowaniu treści mogących wypełnić znamiona art.256 par.1 k.k., podejmują czynności z urzędu. Charakter i zakres takich czynności wynikają z oceny uzyskanej informacji i materiału dowodowego.

4. Jak zgodnie z obowiązującymi procedurami powinien postąpić funkcjonariusz, któremu obywatel zgłasza możliwość publicznego rozpowszechniania tego rodzaju treści?

· informacja od obywatela
· ustalenie okoliczności
· weryfikacja
· zabezpieczenie materiału
· ocena prawna
· dalsze czynności w trybie kodeksu postępowania karnego

5. Czy funkcjonariusze Komisariatu Policji w Pionkach są szkoleni w zakresie rozpoznawania i właściwego reagowania na przestępstwa motywowane uprzedzeniami, w tym nawoływanie do nienawiści na tle rasowym lub narodowościowym?

Funkcjonariusze Komisariatu Policji w Pionkach, podobnie jak policjanci w innych jednostkach, są szkoleni w zakresie rozpoznawania, kwalifikowania i prawidłowego reagowania na przestępstwa z nienawiści. Szkolenia takie obejmują m.in. prawne aspekty takich czynów, właściwą reakcję na zgłoszenie, sposób zabezpieczenia materiału dowodowego, postępowanie z pokrzywdzonym.

6. Czy po zapoznaniu się z przedstawioną w naszym materiale relacją komenda ocenia sposób obsługi zgłaszającej jako prawidłowy? Jeżeli tak –prosimy o wyjaśnienie, jakie procedury były w tym przypadku realizowane. Jeżeli nie – czy zostaną podjęte działania wyjaśniające lub organizacyjne?

W związku z upublicznioną relacją kobiety, zawierającą jej subiektywne odczucia, sprawdzamy okoliczności i przebieg zgłoszenia w komisariacie.

Z poważaniem
Rzecznik Prasowy
KMP w Radomiu

Zgodnie z definicją zamieszczoną przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych na stronie internetowej gov.pl „Policja to umundu...
19/08/2026

Zgodnie z definicją zamieszczoną przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych na stronie internetowej gov.pl „Policja to umundurowana i uzbrojona formacja służąca społeczeństwu i przeznaczona do ochrony bezpieczeństwa ludzi oraz do utrzymywania porządku publicznego”. Czy zatem eksponowane publicznie treści rasistowskie są materiałem wchodzącym w zakres działań policji?

Oto, co wynika z relacji pani Jolanty z Pionek (powiat Radomski), która skontaktowała się z nami poruszona sytuacją, z jaką zetknęła się 18 lipca. Wracając z zakupów, zobaczyła na słupie ogłoszeniowym w okolicy szkoły podstawowej plakat, którego treść oceniła jako rasistowską i nawołującą do nienawiści na tle narodowościowym (zdjęcie w załączeniu). Postanowiła zgłosić się z tym na policję, a następnie opowiedziała nam o wszystkim.

Udałam się na komisariat policji w Pionkach, na ul. Leśnej, aby zgłosić propagowanie treści rasistowskich. Pokazałam dyżurnemu policjantowi zdjęcie, które wcześniej zrobiłam. Dyżurny, zanim przystąpił do jakichkolwiek czynności, upewnił się, czy rzeczywiście uważam tę treść za rasistowską, zdziwiłam się, bo było to dla mnie oczywiste.

- Czyli policjant chciał się upewnić, że ocenia pani te treści jako jednoznaczne, dla niego nie były takie?

Nie, dla niego nie było to oczywiste. Zaczął szukać informacji w Internecie i powiedział mi, że widniejące na plakatach hasło „Be Smart, Stay Apart” pochodzi z czasów kampanii zdrowotnej prowadzonej w okresie pandemii. Zwróciłam uwagę, że na plakacie widać białe i czarne buźki i nie jest to kampania zdrowotna. Przywołałam również termin apartheid, aby przybliżyć znaczenie angielskiego słowa „apart”.

- Czy dyżurny policjant wiedział, czym jest apartheid?

Nic nie odpowiedział. Do pokoju wszedł inny policjant, obaj zaczęli się zastanawiać nad znaczeniem plakatu. Znowu padły słowa, że to jest kampania zdrowotna. Policjant dyżurny, chcąc rozwiązać mój problem, stwierdził, że plakat można zerwać. Dopytał, czy jest dobrze przyklejony. Odpowiedziałam, że wyglądał na dobrze przyklejony i podkreśliłam, że wisi na słupie przy szkole. Wtedy usłyszałam pytanie: „Jakie to ma znaczenie?”, a moja odpowiedź, że tam są dzieci spotkała się z komentarzem: „Dzieci są wszędzie”.

- Jak się pani poczuła? Czy przypuszczała pani, że taka będzie reakcja na komisariacie?

Czułam się dziwnie. Byłam zdziwiona, że muszę tłumaczyć policji oczywistości. Myślałam, że zgłoszę sprawę i będę mogła wrócić do swoich planów na sobotę. Widziałam, że policjant chce mi pomóc, tyle że nie wiedział jak. Poprosił mnie, abym zaczekała na dzielnicowego, który przyjechał po kilku minutach. Przeszłam z nim do jego pokoju. Dzielnicowy obejrzał zdjęcie i wyszukał informacje w Internecie, po czym stwierdził, że plakat może nawiązywać do kampanii społecznej dotyczącej zachowania dystansu w czasie pandemii koronawirusa ("Be Smart, Stay Apart"). Nie zgodziłam się z tą interpretacją, zwracając uwagę na czarne i białe buźki oraz pozostałe elementy plakatu, które w mojej ocenie spójnie tworzyły przekaz rasistowski.

- Czyli dzielnicowy odpowiedział pani tak samo jak dyżurny policjant?

Tak. Zaczęłam się zastanawiać, jak oni wyszukują informacje w Internecie, że wychodzi im to samo. Poprosiłam, aby wpisał w Internecie „autonom.pl”.

- Dlaczego zasugerowała mu pani tę domenę?

Ten adres widniał na plakacie. Sama, zanim poszłam na policję, sprawdziłam, co to za domena. Wtedy dopiero policjant zobaczył, że mamy do czynienia z autonomicznymi nacjonalistami. Zapytał, czy chcę złożyć zeznanie – potwierdziłam. Podałam imię i nazwisko, PESEL i miejsce zamieszkania. Okazało się, że muszę czekać na kolejnego funkcjonariusza, a konkretnie funkcjonariuszkę, która miała spisać zeznanie. Czekając, rozmawiałam z dzielnicowym. Opowiedziałam mu o przebiegu rozmowy z dyżurnym, który wspomniał, że policja może pojechać i zerwać plakat. Dzielnicowy zaprzeczył takiej możliwości, wyjaśnił że słup jest publiczny i każdy może na nim coś powiesić. Dopytałam więc, czy burmistrz miasta może zdjąć taką treść, skoro nosi ona znamiona rasistowskie. Okazało się, że ani policja, ani burmistrz nie mają takich uprawnień i że niezbędny byłby nakaz prokuratury. Zapytałam, czy gdybym powiesiła plakat z napisem „Zabić Krystynę”, to czy też nie mogliby go usunąć.

- Rozumiem, że była pani coraz bardziej podenerwowana.

Jeszcze wtedy nie byłam podenerwowana. Byłam po prostu zadziwiona absurdalnością sytuacji. Pan dzielnicowy był miły. Wyjaśnił mi, że gdyby pogróżka dotyczyła Krystyny, usunięcie plakatu też byłoby możliwe dopiero wtedy, gdyby do policji zgłosiły się trzy Krystyny, sygnalizując, że czują się zagrożone oraz złożyłyby zawiadomienia – dopiero wtedy uruchamiana jest procedura, a decyzję o zdjęciu treści podejmuje prokuratura. Policjant powiadomił mnie, że policja lub burmistrz mogliby zostać pozwani przez autora plakatu za zniszczenie jego mienia. Jesteśmy w Unii Europejskiej i obowiązują nas zasady. Czułam, że moje oczy robią się wielkie ze zdziwienia.

- Czyli policja nie może podejmować z urzędu działań zapobiegających szerzeniu nienawiści na tle rasowym?

Dla mnie było oczywistym, że wystarczy moje powiadomienie, że takie treści pojawiły się w miejscu publicznym. Pierwszy raz coś takiego zobaczyłam na słupie ogłoszeniowym, a często czytam na nich informacje. Nie oczekuję, że policja jeździ po mieście i sprawdza, co jest na słupach. Dlatego to zgłosiłam. Rozmowa z dzielnicowym była przyjemna i swobodna, on sam sprawiał wrażenie sympatycznego. Zaznaczyłam, że w Pionkach przybywa osób o innym kolorze skóry i że to właśnie troska o ich bezpieczeństwo skłoniła mnie do zgłoszenia sprawy. Oczekiwanie na panią policjantkę wydłużało się – rozmawialiśmy o życiu w Warszawie i Pionkach.

- Czy to oznacza, że po raz trzeci musiała pani opowiedzieć o całej sprawie i jej szczegółach?

Gdy pani policjantka przyszła, zaprosiła mnie do innego pomieszczenia. Szła szybko, zostawiając mnie w tyle. Wydało mi się to dość dziwne, że muszę ją gonić. Obejrzała się tylko na chwilę, więc jej odpowiedziałam z daleka, że idę. Weszłyśmy do pokoju. Poprosiła, abym nie zamykała drzwi. Ustawiła krzesło dla mnie w odległości około metra od biurka, przez co poczułam się, jakbym była podejrzana. Pomyślałam, że takie są procedury i usiadłam.

- Spora zmiana, jeszcze chwilę wcześniej prowadziła pani rozmowę z dzielnicowym w miłej, jak sama pani powtórzyła, atmosferze.

Tak. To mnie bardzo uderzyło. Wydaje mi się, że policjantka nawet się nie przedstawiła. Od razu przystąpiła do swoich czynności. Coś robiła na komputerze. Za chwilę dała mi do podpisania jakieś oświadczenie. Dokument był napisany drobnym drukiem, częściowo na szarym tle, co czyniło go dla mnie nieczytelnym; nie miałam przy sobie okularów, ponieważ nie spodziewałam się tylu formalności. Poprosiłam, aby moje dane nie trafiły do organizacji odpowiedzialnej za rozwieszanie takich treści.

- Dlaczego?

Obawiałam się, że może to być organizacja o skrajnym charakterze.

- Sądzi pani, że mogłyby panią spotkać jakieś nieprzyjemności?

Tak, mnie lub moich bliskich. Niestety, usłyszałam, że w protokole musi znaleźć się moje imię i nazwisko, ale po chwili policjantka dodała, że moje dane mogą zostać zanonimizowane, jeśli ktoś z zewnątrz będzie miał wgląd do akt sprawy. Zanim jednak policjantka powiedziała o anonimizacji danych, poczułam ogromny dyskomfort. Chciałam poinformować o plakacie o rasistowskich treściach, a została wciągnięta w sprawę, która trafi do prokuratury. Nie czułam, że policja chce mnie chronić w tej sytuacji. Moje zawiadomienie okazało się być warunkiem podjęcia przez nich działania.

- Czy potem przyjęcie zgłoszenia przebiegło już bez problemu?

Nie, atmosfera zrobiła się nieprzyjemna. Powiedziałam, że tekst na dokumentach, które mi podano, jest dla mnie nieczytelny, że nie jestem w stanie przeczytać takiego małego druku. Nie miałam przy sobie okularów. Policjantka zaczęła powiększać czcionkę na ekranie i zapytała, czy taka jest odpowiednia. Chciała mi wydrukować powiększony dokument. Szkoda, że policja nie jest przygotowana do kontaktu z osobami słabiej widzącymi. Policjantka powiększała i pytała „Taka? Taka?”. To było tak nieprzyjemne uczucie.

- Dlaczego? Czy powodował to ton policjantki, czy ogólne jej nastawienie do pani?

Czułam się naciskana. Policjantka powiększała czcionkę tak długo, aż ta stała się dla mnie widoczna, ale ja czułam się niepewnie bez okularów. Powiedziałam, że wrócę wieczorem z okularami i spokojnie spiszemy zeznanie, ale nie słuchała mojej propozycji. Sposób prowadzenia rozmowy powodował u mnie coraz większy dyskomfort. Rozmowa stawała się bardzo nieprzyjemna. Nie sądziłam też, że będzie trwała tak długo. Nikt mnie nie poinformował, ile czasu zajmie cała procedura ani jak ona wygląda. Byłam tam już prawie godzinę, a musiałam jeszcze zrobić zakupy i obiad rodzinie, jestem odpowiedzialna za osoby, którymi się opiekuję, o czym poinformowałam policjantkę, ale dla policjantki to nie miało znaczenia.

- Z tego, co pani opowiada, wykazała pani więcej zainteresowania tą sprawą niż ktokolwiek inny. Jak się pani z tym czuła?

W pewnym momencie to naprawdę już zwątpiłam w swoje działanie. Proszę sobie wyobrazić osobę, która zauważa plakat. Spieszy się, żeby zrobić zakupy, a mimo to zatrzymuje się i robi zdjęcie. Chce jakoś zareagować, bo nie godzi się na rasistowskie treści. Musi znaleźć odwagę, żeby pójść na komisariat i wpada w jakiś absurd. Wkrótce do naszej rozmowy dołączył kolejny policjant. Nie wiem, kim był – nie przedstawił się. Pani policjantka poinformowała mnie, że oni pracują do 22.00 i powinnam przyjść o 20.00. Zapytałam, ile trwa sama procedura, powiedziano mi, że godzinę, więc zaproponowałam, że przyjdę o 20:30. Miałam plany na popołudnie i wczesny wieczór. Usłyszałam, że muszę przyjść wcześniej, ponieważ funkcjonariusze muszą pojechać ze mną na miejsce, by wspólnie zweryfikować słup i musi być wtedy jeszcze widno. Zdziwiłam się, bo już dwóm policjantom pokazywałam zdjęcie i podałam lokalizację. Poza tym mamy przecież oświetlenie uliczne.

- Czy odniosła pani wrażenie, że jest zniechęcana?

Reakcja, z którą się spotkałam, sprawiała, że czułam, jakbym przyszła z jakąś drobnostką. Nie widziałam zrozumienia Do tej pory nie pojmuję, dlaczego policja miała problem z interpretacją tych plakatów. Naprawdę. Rozumiem, że nie muszą wiedzieć wszystkiego. Ale trzy osoby patrzyły na te plakaty i miały problem z interpretacją.

- Jak zakończyła się sprawa?

Zmęczona tym wszystkim zdecydowałam się zrezygnować ze składania zeznania i wstałam, aby jak najszybciej opuścić ten pokój. Poinformowałam, że zgłoszę tę sprawę do odpowiedniej fundacji. Wybiegł za mną policjant, który był z nami w pokoju, okazało się, że nie wolno mi samej opuścić pokoju. Wypuszczając mnie z komisariatu, rzucił „My chcieliśmy przyjąć pani zeznania”. Byłam bardzo rozczarowana, o czym powiadomiłam dyżurnego policjanta. Gdy już byłam na ulicy, dogonił mnie policjant, który mnie wypuścił z komisariatu, i poprosił, żebym wróciła, ponieważ nie mają moich danych. Odpowiedziałam, że dane (imię, nazwisko, PESEL) zostawiłam już wcześniej dzielnicowemu. Policjant próbował dodzwonić się do dzielnicowego bez skutku i ponownie poprosił, żebym wróciła – odmówiłam, tłumacząc, że dane już przekazałam i nie mam więcej czasu.

- Cztery osoby zaangażowane w rozmowy z panią, chaos organizacyjny i niezłożone zeznanie – oto co wyłania się z tego długiego opisu.

Wizyta, która w moim założeniu miała być krótkim zgłoszeniem obserwacji, przerodziła się w około godzinną, emocjonalnie trudną procedurę, nie przypuszczałam, że moja ocena treści plakatu zostanie podważona, że będę musiała argumentować coś, co uważam za oczywiste. Ostatecznie zrezygnowałam ze złożenia formalnego zeznania i postanowiłam opowiedzieć o całej sytuacji państwu, licząc na wsparcie i radę, jak skutecznie załatwić sprawę. Koło 16.00 tego samego dnia spotkałam burmistrza Pionek. Wiedział już o plakacie. Powiedziałam mu, że byłam na policji i nic nie załatwiłam. Nie był zaskoczony. Powiedział, że zajmie się tą sprawą w poniedziałek.

- Czy wie pani o podjętych jakichkolwiek działaniach?

W niedzielę zauważyłam, że ktoś próbował zerwać plakat, z marnym skutkiem, niestety był zbyt mocno przyklejony. We wtorek – jak byłam w okolicy słupa ogłoszeniowego – zobaczyłam, że pojawiły się na tym plakacie plakaty miejskie. Część z nich była zerwana.

- Czy zerwane były stare plakaty, o treściach rasistowskich, czy te nowe, miejskie, którymi, jak rozumiem, usiłowano zakleić kontrowersyjne treści?

Wyglądało to jak „wojna” plakatowa – ktoś próbował zerwać plakaty rasistowskie, ktoś próbował je zakleić innymi plakatami, ktoś zerwał część plakatów miejskich, odsłaniając te rasistowskie. Zastanowiło mnie, dlaczego te rasistowskie plakaty nie pojawiły się na innych słupach ogłoszeniowych. Jest ich kilka w Pionkach, a one były właśnie na słupie przy szkole.

- Dziękujemy za rozmowę.

Z panią Jolantą (imię i nazwisko do wiadomości redakcji) rozmawiał Piotr Czyżewski.

Od redakcji: Zwróciliśmy się do Komendy Miejskiej Policji w Radomiu z prośbą o odniesienie się do opisanej w wywiadzie sytuacji oraz odpowiedź na pytania dotyczące sposobu postępowania w przypadku zgłoszeń odnoszących się do treści mogących nawoływać do nienawiści na tle rasowym lub narodowościowym. Po otrzymaniu odpowiedzi opublikujemy stanowisko policji.

Zapraszamy wybitne postacie z kręgu sztuki, nauki, filozofii, mediów i polityki do rozmowy o zjawisku estetyzacji i bana...
13/06/2026

Zapraszamy wybitne postacie z kręgu sztuki, nauki, filozofii, mediów i polityki do rozmowy o zjawisku estetyzacji i banalizacji zła oraz jego skutków w szeroko pojętej przestrzeni publicznej. Odpowiedział nam Robert Górski (tekst autoryzowany):

1. Jak zasada, aby w sztuce nie estetyzować i nie banalizować zła, ma się do idei wolności twórczej?

Wolność twórcza tak jak każda wolność nie oznacza, że można wszystko. Tak jak w dziedzinie, którą ja uprawiam, opartą na śmiechu – nie śmiejemy, nie powinniśmy się śmiać ze wszystkiego i wszystko obśmiewać. Śmiech ma różne funkcje – jest jedyną bronią bezbronnych, jest oswajaniem strachu, jest rozrywką, ale może też być wyrazem pogardy czy glejtem legitymizującym zło. I to nie tylko Zło, to pisane wielką literą, ideologię przemocy i nienawiści, ale też to zło małoliterowe, codzienne. Jak choćby skecze czy reklamy promujące alkohol, bycie pijanym, jako coś jednoznacznie pozytywnego.
Myślę, że niebanalizowanie zła nie jest ograniczeniem wolności twórczej, ale właśnie jej obroną.

2. Dlaczego atrakcyjność estetyczna dzieł zwalnia czasami twórcę z odpowiedzialności za ukryty w nich złowrogi przekaz?

No właśnie sądzę, że nie zwalnia. Musimy być odpowiedzialni za słowa, które wypowiadamy – dotyczy to nie tylko artystów, ale każdego człowieka. Jeśli potrafisz więcej niż inni, to i twoja odpowiedzialność jest większa.

3. Co może przynieść dyskusja o potencjalnych społecznych skutkach banalizacji i estetyzacji zła w sztuce?

Ważne, żeby o tym pamiętać, bo - jak mówił Marian Turski - Oświęcim nie wziął się znikąd. Najpierw pojawiły się złe słowa, a te, systematycznie oswajane, zaczęły zamieniać się w czyny. Słowa rzucone w tłum to ziarna. Trzeba przyglądać się tym złym, zanim wyrośnie z nich nienawiść.

Autor: Robert Górski

Robert Górski, ur. 1971, absolwent filologii polskiej, lider Kabaretu Moralnego Niepokoju, autor tekstów satyrycznych, w tym serialu „Ucho prezesa”. Nikomu nie jest winien pieniędzy (trwale).

Autorka zdjęcia: Karolina Nyczka

Jedną z finalistek 17. edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego jest Emily Carrington, autorka książki „Nasz mały sekr...
02/06/2026

Jedną z finalistek 17. edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego jest Emily Carrington, autorka książki „Nasz mały sekret” - autobiograficznej wypowiedzi, będącej przejmującym świadectwem ofiary molestowania. Książka otrzymała formę komiksu, graficznego pamiętnika prowadzonego przez piętnastoletnią Emily, która mieszka ze swoim ojcem w dość trudnych warunkach, a najbardziej doskwiera jej chłód. Pewnego dnia przyjaciel rodziny proponuje, że udzieli dziewczynie chociaż trochę wygodniejszego schronienia, po czym narzuca pakt milczenia przypieczętowany odrażającym małym sekretem.

Autorka poruszającymi do głębi rysunkami opowiada o raniącym ciało i duszę doświadczeniu. Grafika jest prosta, jak notatki robione na gorąco. Słowa oprawcy nie zostały wpisane w typowe dymki – wlewają się na kartkę czarnymi plamami. Treść i forma wstrząsają czytelnikiem.

Emily postanowiła wyjawić sekret, mając pięćdziesiąt lat. Ile odwagi musi w sobie zmobilizować ofiara, żeby złożyć tak otwarte, powszechne świadectwo, a wcześniej – ile bólu musi w sobie opanować, żeby ująć temat na tyle spójnie, żeby stworzyć z tego logiczną wypowiedź? Odwagi tej trzeba nie tylko po to, żeby zmierzyć się z własną przeszłością, jest równie niezbędna, aby ocaleć pod naporem ocen, wyrażających często ostracyzm i przeróżne zarzuty, chociażby insynuujące interesowność czy chęć zdobycia popularności (to typowe reakcje, które obserwuję za każdym razem, gdy ktokolwiek, czy to znany, czy nie, postanawia głośno opowiedzieć o swojej niesprawiedliwości).

I kiedy ofiary uwalniają swoją determinację, żeby zabrać publicznie głos lub udzielić go innym twórcom, którzy następnie czy to w formule filmu, książki, reportażu czy jakiejkolwiek innej artystycznej formie wyrazu składają raport o stanie rzeczy, alarmują i uruchamiają społeczne dyskusje, kampanie, pewna grupa, co zatrważające – kobiet, korzysta z okazji i zanim kampanie przyniosą założony cel (a przecież tego chcemy, czyż nie?), zanim społeczeństwo przyjmie wiedzę w sposób praktyczny, postanawiają skomercjalizować zło i jeszcze na ostatnią chwilę wmówić kobietom, że tak naprawdę przemoc i molestowanie są ich skrytym marzeniem, romantyczną fantazją osadzoną w realiach słonecznej Sycylii lub francuskich posiadłości. A potem, bazując na swoim wytworze, budują wokół siebie wizerunek osoby sukcesu – a jeśli to jest zbyt trudne – to chociażby bogu-ducha-winnej autorki skrzywdzonej przez zazdrosne youtuberki, pokrętnie nadbudowując wzniosłą teorię do żałosnej praktyki.

Lecz wystarczy o nich. Ktoś kiedyś powiedział, że żeby odróżnić fałszywe monety od prawdziwej, nie trzeba studiować wszystkich falsyfikatów, wystarczy dokładnie poznać oryginał. W myśl tej zasady nie wyjaśnię, do kogo nawiązałam w refleksji, za to zachęcam, żeby sięgnąć po Emily Carrington, „Nasz mały sekret” (Our Little Secret), przeł. Wojciech Jędrak, Wydawnictwo timof comics.

Autorka posta: Luiza Krolczuk

Emily Carrington - kanadyjska ilustratorka i pisarka. Tworzyła ilustracje dla Orca Books. Znalazła się na liście nominowanych do nagrody CBC Poetry w 2017 roku. Obecnie mieszka na Gulf Islands, gdzie uprawia własne jedzenie i pracuje nad kolejnym komiksem podejmującym temat bezdomności.

Zdjęcie: archiwum prywatne Emily Carrington

Adres

Ulica Nowy Świat 33 Lok . 13
Warsaw
00-029

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Przeciw estetyzacji i banalizacji zła opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij