21/11/2025
warto przeczytać i przemyśleć
BEZ PRZEDSZKOLA
Długo na ten temat milczałam i myślałam, że tak już pozostanie, ale jednak zdecydowałam się napisać ten felieton - chyba najdłuższy w mojej karierze - głównie po to, żeby niektórzy wreszcie się ode mnie odczepili. (Wiem, że obserwuje tę stronę bardzo wielu moich znajomych i członków rodziny, mimo że się do tego nie przyznają 😉).
Choć zdaję sobie sprawę, że włożę kij w mrowisko i pewnie znów odejdzie stąd jakaś część oburzonych obserwujących, to jednak zaryzykuję, bo to blog osobisty o wolności i wychodzeniu poza ramy i schematy, a podejmowany dzisiaj temat jest dla mnie ważny i od jakiegoś czasu bardzo żywy, bo właściwie na co dzień się z nim mierzę, próbując tłumaczyć swój punkt widzenia ludziom, którzy dopytują, dlaczego mój syn nie chodzi do przedszkola. I dlaczego nigdy do niego nie pójdzie.
Julian ma obecnie 4,5 roku, i gdziekolwiek się nie ruszymy (a wyjeżdżamy gdzieś razem dosyć często), mogę być niemal pewna, że zagadujący do niego dorośli zadadzą mu to pytanie: „Chodzisz już do przedszkola?”
Kluczowe jest tutaj słowo JUŻ - tak jakby to przedszkole miało prędzej czy później nastąpić.
Pół biedy gdyby na tym temat się kończył, ale gdy Julek odpowiada, że ma cztery lata i nie chodzi do przedszkola, to pada oczywiście zdumione pytanie: „A dlaczego?”, a potem najczęściej pojawiają się dobre rady, przykłady i zachęty, że przecież to takie rozwijające dla dzieci, socjalizujące... No i zaczyna się tłumaczenie mi, jak tam dzieci dużo się uczą, jak zaczynają dobrze jeść, jakie robią się „grzeczne” i że dzieci na początku nie chcą chodzić do przedszkola i płaczą, ale trzeba to „przetrwać”, a gdy się już przyzwyczają, to im się tam spodoba.
Halo. Czy ja prosiłam o jakąkolwiek radę?
No to teraz ja Wam dam w podzięce nieproszony felieton. 😉
Czasy tak się zmieniły, że większość ludzi nawet nie bierze pod uwagę, że dziecko mogłoby w ogóle nie chodzić do żłobka ani przedszkola. Stało się to tak normalne i oczywiste jak uczęszczanie do podstawówki. Jak jakiś kolejny niezbędny i niemal obowiązkowy etap edukacji.
A przecież ja nie chodziłam do żłobka ani przedszkola. I zapewne większość osób czytających teraz ten tekst też nigdy nie była w takich placówkach. I nadal (na szczęście) nie jest to żadnym prawnym obowiązkiem.
Zastanawiam się, czy świat oszalał, czy to ja oszalałam, bo mam dość radykalne poglądy w tej kwestii, ale od razu zaznaczę, że nie oceniam krytycznie matek, które decydują się na przedszkole dla swoich dzieci.
Myślę, że duże znaczenie mają tu przekonania, intencje i działanie w tak zwanej dobrej wierze.
Bo co innego, jeśli dziecko idzie do przedszkola, dlatego że jego mama samotnie je wychowuje i nie widzi innego wyjścia niż szybki powrót do pracy, bo inaczej nie poradzi sobie finansowo.
Albo jeśli kobieta ma ze swoim mężem/partnerem różne zobowiązania czy zadłużenia i jego pensja nie wystarcza na podstawowe rodzinne potrzeby, więc kobieta czuje silną presję, żeby dokładać się do domowego budżetu.
Albo jeśli kobieta nie może liczyć na żadną realną pomoc ani wsparcie ze strony rodziny i bliskich znajomych.
Albo jeśli kobieta ma problemy zdrowotne, depresję, nie radzi sobie z emocjami, ma częste i silne wybuchy złości i czuje, że lepiej będzie, gdy jej dzieckiem zajmą się przez pół dnia inni, niż gdyby ona miała z bezsilności często na dziecko krzyczeć, ciągle płakać czy też na długie godziny zamykać się przed nim w pokoju.
Albo jeśli kobieta ma pełne, stuprocentowe przekonanie, że przedszkole jest ważne dla dobrego rozwoju dziecka; wierzy, że dzięki temu będzie silniejsze; że dziecko potrzebuje od jak najmłodszych lat nauki samodzielności, jak najwcześniejszej umiejętności czytania, pisania czy liczenia, znajomości angielskiego, życia poza domem, częstego kontaktu i zabawy z rówieśnikami, nauki radzenia sobie w trudnych, stresujących sytuacjach, dzielenia się z innymi, współpracy, ustępowania, wykonywania poleceń dorosłych itp.
Jeśli matka naprawdę wierzy, że robi to nie tylko dla siebie, ale też dla dobra dziecka i ma w związku z tym wewnętrzny spokój i luz - to jest to dla mnie bardziej zrozumiałe (choć nie muszę rozumieć, żeby akceptować coś takim, jakie jest). I jest to nieco inny przypadek niż mój.
Bo ja - po pierwsze - jestem w takiej życiowej i finansowej sytuacji, że nie muszę wracać do pracy na etacie, po drugie - czuję się na razie psychicznie i fizycznie na siłach, żeby opiekować się dzieckiem przez większą część doby (choć bywa czasem mega trudno), po trzecie - mój partner bardzo mnie wspiera i zdaje sobie sprawę, jak ważna jest rola ojca, więc aktywnie uczestniczy w wychowywaniu syna, mimo że codziennie dużo pracuje poza domem. A po czwarte i najważniejsze - na podstawie wiedzy, którą zdobywam w tym temacie od kilku lat, doszłam do przekonania - do mojej własnej głębokiej pewności - że żłobek czy przedszkole w większości przypadków niesie ze sobą zdecydowanie więcej szkody niż pożytku.
Więc gdybym pomimo tej swojej wiedzy, świadomości, intuicji, wiary i znajomości własnego syna, wysłała go do przedszkola, to byłoby jak złożenie go w ofierze dla własnej wygody; jak poświęcenie jakiejś części jego zdrowia psychicznego i fizycznego tylko po to, żebym ja mogła mieć więcej spokoju i odpoczynku.
Oczywiście zgadzam się z tym, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Mój odpoczynek jest bardzo ważny - a więc organizuję sobie czas w taki sposób, żeby móc odpocząć (np. uczę się odpuszczania wielu rzeczy i przykładowo podczas drzemek dziecka nie zabieram się za sprzątanie, zmywanie czy gotowanie, tylko w wygodnym fotelu czytam książkę i piję kawę, a gdy chcę iść do kina, na spotkanie lub spacer, narzeczony zostaje z synem; z kolei niedawno odważyłam się poprosić o pomoc szwagierkę, którą syn bardzo lubi, i zgodziła się spędzać z nim jeden, niecały dzień w tygodniu, a ja mogę wtedy pisać, będąc wciąż „pod ręką”, bo w sąsiednim domu).
Jako dorosła, dojrzała osoba mam zdecydowanie więcej zasobów, kompetencji i narzędzi, by radzić sobie ze swoimi emocjami. Małe dziecko dopiero się tego uczy i ja jestem po to, by mu pomagać, wspierać go i kontenerować jego emocje.
Dokładanie mu nowych, trudnych emocji w nowym środowisku bez rodziców i oddawanie opieki nad nim obcym ludziom, byłoby w moim przypadku bardzo egoistyczne i bardzo mijałoby się z wzięciem pełnej odpowiedzialności za moją decyzję o świadomym, bliskościowym macierzyństwie.
Jaka jest MOJA opinia o przedszkolu?
Podkreślam - MOJA subiektywna opinia, oparta na przeczytanej literaturze, wysłuchanych historiach, obserwowanych sytuacjach i własnym doświadczeniu:
Że tak naprawdę w większości przypadków przedszkole mocno stresuje i traumatyzuje dzieci - głównie ze względu na przedwczesną rozłąkę z mamą - ale nie tylko.
Że przedszkole, tak jak i później szkoła, jest placówką tresury społecznej, która uczy posłuszeństwa, grzeczności, robienia tego, co wszyscy, w tym samym czasie, co wszyscy i bycia takim, jak wszyscy; niewyróżniania się, bycia ocenianym, nagradzanym lub karanym za dobre lub złe zachowanie, nieufania swoim potrzebom lub negowania ich, pytania „autorytetów” o zgodę - nawet na wyjście do toalety...
Że dzieci w przedszkolu chorują bardzo często NIE dlatego, że tam jest „skupisko zarazków”, tylko dlatego, że ciągle mają w sobie jakieś wewnętrzne, emocjonalne konflikty, bo się stresują, tłumią złość, boją się, tęsknią.
Nawet jeśli z czasem bardzo polubiły zabawę z innymi, polubiły panie przedszkolanki i nawiązały pierwsze przyjaźnie, to często w sercu i w podświadomości pozostaje głęboka rana (odrzucenia/ porzucenia/ zdrady...) Pojawia się zawód względem rodziców (nie zawsze widoczny na zewnątrz), których dziecko w pierwszych latach życia biologicznie potrzebuje mieć blisko siebie, więc zaczyna kompensować sobie brak rodziców relacjami z innymi dziećmi czy opiekunami. Często występuje utrata zaufania do rodziców, osłabienie więzi, wycofanie, rezygnacja, zamrożenie, nagła duża samodzielność spowodowana poczuciem braku innego wyjścia; braku oparcia i wsparcia od rodziców w trudnych momentach przeżywanych w przedszkolu. Dziecko po jakimś czasie zaczyna potulnie chodzić do tej placówki, bo zostało w pewien sposób złamane.
Według mojej wiedzy popartej badaniami, dla dziecka do mniej więcej 6-7 roku życia MAMA jest całym światem i wszechświatem. Ono nie potrzebuje wtedy do szczęścia i rozwoju niczego więcej poza obecnością, bliskością i uważnością mamy.
Dopiero w wieku około 7 lat dziecko przechodzi bardziej pod męskie skrzydła ojca (pamiętacie dawne słowiańskie postrzyżyny?) Dopiero wtedy budzi się w nim naturalna potrzeba częstszego wychodzenia do świata i intensywnego eksplorowania go; poznawania innych ludzi, nawiązywania kontaktów i relacji.
Nie ma sensu tego przyspieszać. Natura jest bardzo mądra i wszystko ma w niej swój czas. Dziecko, które nie chodzi do przedszkola, ale uczestniczy w normalnym, codziennym życiu i dostaje miłość i uwagę rodziców (oraz zdrowe granice), nie stanie się „nieprzystosowane” społecznie.
To, że mój syn nie chodzi do przedszkola, nie oznacza, że siedzi zamknięty w domu i nie ma kontaktu z innymi. Często gdzieś razem jeździmy. Odwiedzamy znajomych, rodzinę, chodzimy do restauracji, do kina, do lasu, na występy teatralne, do sklepów, na place zabaw, sale zabaw, zwiedzamy różne polskie miasta i miasteczka, muzea, wystawy, parki.
Brak przedszkola nie oznacza trzymania pod kloszem.
Są dziesiątki innych sposobów na fundowanie dziecku (pod okiem rodzica) przygód, nowych doświadczeń, wyzwań, edukacji i interakcji z ludźmi - ludźmi w różnym wieku (czy my jako dorośli spotykamy się i rozmawiamy tylko ze swoimi rówieśnikami?)
Moja mama nie posłała mnie do żłobka ani przedszkola i nie zapewniała mi zbyt wielu zastępczych atrakcji. Nie miała prawa jazdy ani żadnych osób do pomocy (tata pracował jako kierowca ciężarówek i ciągle wyjeżdżał), a do tego zajmowała się małym gospodarstwem rolnym, więc ja do szóstego roku życia po prostu spędzałam z nią czas głównie w domu i na podwórku. Byłyśmy bardzo blisko i bardzo dużo rozmawiałyśmy, w związku z czym już od pierwszego roku życia płynnie mówiłam całymi zdaniami (mój syn też) - i nie wydaje mi się, żebym wyrosła na zdziczałego odludka czy też osobę mało samodzielną lub słabo wykształconą. 😉 Co więcej, do czwartego roku życia byłam jedynaczką, więc miałam też czas i okazję, by stać się „rozpieszczonym” dzieckiem, tymczasem jako dorosła osoba często jestem doceniana za swoją empatię, bycie pomocną i bardzo uważną na drugiego człowieka.
Czy trzeba od jak najmłodszych lat stwarzać dziecku okoliczności, dzięki którym stanie się silniejsze? Często słyszę, że nie może być tylko miło, wygodnie, bezpiecznie i przyjemnie, bo później dziecko brutalnie zderzy się z rzeczywistością, z różnymi problemami życiowymi, konfliktami międzyludzkimi itp.
Owszem, życie bywa trudne, bolesne, odczuwane jako niesprawiedliwe, ale dziecko zdąży się jeszcze w swoim życiu o tym przekonać i zdąży się natrudzić. Nie musimy go hartować już od kołyski i przygotowywać do „złego, niebezpiecznego świata” (choć swoją drogą wcale nie uważam, że świat taki jest). Pozwólmy mu na beztroskie, czułe, ciepłe, radosne i bezpieczne dzieciństwo przy mamie.
Mama jest najważniejsza. Serio. Nawet jeśli dziecko wykrzykuje, że jesteś głupia i że Cię nie cierpi, to w głębi duszy niczego nie pragnie bardziej niż Twojej świadomej, uważnej obecności i miłości.
Dzieci mają głos. Mają wybór. Zasługują na szacunek i liczenie się z ich zdaniem i potrzebami tak samo jak dorośli.
To nie przedszkole lub jego brak decyduje o tym, czy dziecko będzie „nielubianym odludkiem” czy zaradnym, towarzyskim człowiekiem.
Największy wpływ mają rodzice, którzy niestety często wolą oddawać odpowiedzialność za wychowywanie swoich dzieci innym opiekunom, specjalistom i nauczycielom.
Nie ufamy swojej rodzicielskiej mocy i ważności. Nie wierzymy w swoje kompetencje. Wątpimy w siebie. Boimy się odpowiedzialności.
Chcemy jak najszybciej robić z dzieci małych Einsteinów albo małych dorosłych i usamodzielniać je najwcześniej, jak się tylko da - „dla ich dobra” - co rodzi niepotrzebne napięcia, bo wszystko przychodzi naturalnie w swoim czasie.
Przykładowo - nigdy nie pospieszałam „odpieluchowania”. Nie robiłam żadnych nocnikowych treningów. Zaufałam, że przyjdzie czas, gdy syn będzie na to gotowy.
Tłumaczyłam, opowiadałam, pokazywałam na swoim i partnera przykładzie, ale do niczego nie przymuszałam. I nadszedł dzień, gdy Julek po prostu powiedział, że chce zrobić siku do nocnika. I od tamtego dnia pieluchy praktycznie nie były już potrzebne. Miał wtedy około 3 lata.
Każde dziecko rozwija się w swoim własnym tempie i czasami mięśnie nie są jeszcze gotowe na kontrolowanie wydalania, a rodzice na siłę pospieszają naukę korzystania z toalety - chociażby dlatego, że dziecko ma iść do żłobka lub przedszkola i nie sprawiać tam problemów. Przy tych „treningach” oczywiście stresują się i denerwują zarówno rodzice jak i dzieci. A można byłoby tego uniknąć.
„Co cię dotyka, to cię dotyczy”...
No więc tak - przyznaję, że był niedawno taki czas, trwający kilka miesięcy, gdy miałam macierzyński kryzys - ogromne zmęczenie i tęsknotę za spędzaniem czasu w samotności - i zaczęłam wtedy rozważać przedszkole. Pomyślałam: „Kurczę, skoro nawet syn Marianny Gierszewskiej chodzi do przedszkola, to może rzeczywiście moje poglądy są zbyt radykalne”. Może mogłabym zawozić tam dziecko chociaż na dwie, trzy godziny...
W tym zmęczeniu i zagubieniu zaczęłam kwestionować swoją wiedzę i intuicję (oraz wyraźny sprzeciw mojego dziecka), i szukałam w Internecie jakiegoś „mniejszego zła”, czyli przedszkola prywatnego z indywidualnym podejściem do każdego dziecka albo przedszkola w duchu Montessori, czy też przedszkola leśnego.
Konsultowałam to z koleżankami, a one zachęcały, doradzały, wskazywały konkretne, wartościowe placówki. Przytakiwałam, zapisywałam informacje i rozmyślałam, ale jednocześnie mocno czułam, że i tak tego nie zrobię.
Bo dlaczego ja w ogóle zaczęłam myśleć o przedszkolu? Przede wszystkim z powodu swoich artystycznych, pisarskich frustracji. Upierałam się sama przed sobą, że teraz jest idealny czas na twórczość, bo mam pomysły, możliwości, zasięgi, zdrowie, więc „muszę” i chcę już TERAZ, w tym momencie życia pisać wreszcie książki, malować obrazy, projektować, nagrywać, organizować wydarzenia dla kobiet - a z dzieckiem totalnie nie mam na to czasu i sił.
Ale dlaczego właściwie akurat teraz? Czy to nie jest jakaś próba ucieczki przed trudami macierzyństwa? Przecież Julian będzie mały tylko przez kilka lat. To szybko minie i już nigdy nie wróci. A zawodową pisarką mogę zostać na każdym etapie swojego życia. Za kilka lat Julian nie będzie chciał już tak często się do mnie przytulać, trzymać mnie za rękę, zadawać tysięcy ciekawych pytań na temat życia i świata, rozbawiać i rozczulać mnie swoim słodkim, dziecięcym głosem.
Za kilka lat zmieni się jego wygląd, ton głosu, zainteresowania, potrzeby... Będzie mówił R zamiast L, coraz częściej spędzał dni poza domem w innym towarzystwie, a nasz wspólny, czuły, beztroski czas sam na sam, zostanie tylko we wspomnieniach i albumach. Czy nie będę wtedy żałowała, że coś ważnego w macierzyństwie przegapiłam?
Gdy pyta się ludzi, co jest dla nich w życiu najważniejsze, większość odpowiada, że zdrowie i rodzina. A w praktyce często wygrywa coś innego.
Moje sumienie nie pozwala mi posyłać dziecka do żłobka ani przedszkola. Nawet gdyby mój narzeczony nie był zamożnym człowiekiem i gdybym nie miała własnych oszczędności, zrobiłabym wszystko, co w mojej mocy, żeby nie wracać do pracy na etacie i nie oddawać dziecka do żadnej placówki.
Ale moje sumienie jest tylko moje.
Każdy ma własne i niech robi z nim, co chce, tylko niech nie mówi innym, że powinni żyć podobnie, tak jak wszyscy, tak jak większość.
To, że większość wybiera daną drogę, nie oznacza, że ta droga jest lepsza.
Zamiast podążać za tłumem, dobrymi radami otoczenia i opiniami ekspertów, przede wszystkim najpierw zapytaj siebie, jak Ty czujesz, jaka jest Twoja Prawda. Jakie jest Twoje dziecko - bo każde dziecko jest zupełnie inne. Nie zagłuszaj swojego wewnętrznego głosu racjonalizowaniem pochodzącym z umysłu i wpływu otoczenia. Ty wiesz najlepiej, co będzie najlepsze w Twojej macierzyńskiej sytuacji.
Niech każda mama będzie ekspertką tylko od własnych dzieci, a wtedy wszystkim będzie żyło się lepiej i lżej.
Na koniec jeszcze szczypta kontrowersji - a co mi tam - i tak zaraz nożyce się odezwą, bo wielu kobietom umknie, że to tylko MOJE opinie (oraz lęki) i poczują się zaatakowane:
A więc poza wychowywaniem swojego 4,5 letniego syna w domu zamiast w przedszkolu, nadal karmię go piersią. I będę robiła to do samoodstawienia. Bo w moim świecie to jest zdrowe, naturalne i normalne - tak samo jak poród domowy, wspólne spanie z dzieckiem w jednym łóżku i nieposyłanie go do przedszkola, gdy nie ma takiej życiowej konieczności.
I wcale nie uważam się za świetną matkę ani - uchowaj Boże - za lepszą od innych matek. Uważam macierzyństwo za najtrudniejsze zadanie na świecie i często czuję, że nie ogarniam.
Po prostu unikam tego, co w moim odczuciu jest najbardziej szkodliwe, krzywdzące i raniące dla dziecka. Ty być może uważasz, że przedszkole to wielka wartość i błogosławieństwo, a krzywdzące są zupełnie inne rzeczy - no i OK - każdy ma to, w co wierzy.
Jeśli w Tobie nie ma lęku, smutku, żalu, złości, poczucia winy czy wyrzutów sumienia względem takiej separacji, to dziecku być może przedszkole w żaden sposób nie zaszkodzi, bo małe dzieci doskonale czują nasze emocje i przejmują nasz wewnętrzny stan, tak jakby były z nami połączone przez bluetooth lub wi-fi.
Spokojna, wyregulowana emocjonalnie mama, to spokojne, zdrowe dziecko.
Ten felieton nie powstałby, gdybym nie dostawała tak wielu nieproszonych rad, zachęt czy ostrzeżeń w kwestii niekorzystania z przedszkola.
Życzliwi Doradcy - czy teraz już rozumiecie, z jakiego powodu unikałam odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie posyłam Juliana do przedszkola? Nie chciałam wzbudzać w Was jakiegoś niepotrzebnego poczucia winy, bo nie ma tu NICZYJEJ winy, a nie da się złożoności tego tematu przekazać w kilka minut podczas przelotnego spotkania. Nawet w tym długim felietonie opisałam to bardzo pobieżnie i ogólnikowo.
Poza tym, naprawdę wierzę w to, że każda z nas jest najlepszą mamą dla swojego dziecka. Każda z nas daje z siebie tyle, ile jest w stanie, i podejmuje takie decyzje, jakie uważa za najbardziej słuszne.
GDYBY MIAŁO BYĆ INACZEJ, TO BY BYŁO.
Jeśli Twoje dziecko nie chodzi do przedszkola, a ktoś próbuje Cię przekonać, że przedszkole byłoby dla niego dobre - albo odwrotnie - jeśli Twoje dziecko chodzi do przedszkola, a ktoś próbuje Ci tłumaczyć, że to jest dla niego złe, możesz odpowiedzieć po prostu:
"Dziękuję, ale NIE prosiłam o radę".
Ja właśnie zaczęłam to zdanie stosować zamiast się tłumaczyć i okazało się, że naprawdę nic więcej nie potrzeba do życia we własnej prawdzie.
Niech Ci się darzy 🍀
Anna Jargan
PS
Daj znać, jeśli podołałaś/łeś przeczytaniu tego felietonu w całości, bo to mój rekordowo długi tekst. 🤷🏻♀️
Obraz: Steve Hanks