Zupełnie Inny Świat

Zupełnie Inny Świat Piszemy dla Ludzi, nie dla targetu
Kontakt: [email protected]

10/08/2026

"My życiem świadczymy. O Fundacji Pomocy Wzajemnej Barka" to tekst o legendarnej - w tym kontekście, to słowo jest jak najbardziej uzasadnione - poznańskiej organizacji pozarządowej, a żeby być bliżej emocjonalnej prawdy, należałoby powiedzieć - wspólnocie. Jego autorką jest Magda Kacperska - założycielka i prezes Wielkopolskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej, dziekan Wydziału Nauk Humanistyczno-Społecznych w Poznaniu Uczelni Korczaka, organizatorka cyklicznej Konferencji Naukowej "Polityka społeczna w XXI wieku". Tekstu szukajcie w naszej WIELKOPOLSCE.

(...) Rok 1989 zapisał się w historii Polski jako moment odzyskiwania wolności, otwarcia na świat i budowania nowego porządku społeczno-gospodarczego. Dla wielu był symbolem nadziei, przedsiębiorczości i szansy na życie w kraju demokratycznym, opartym na wolnym rynku i obywatelskiej aktywności. Upadał stary system, a wraz z nim kończyła się epoka ograniczeń, centralnego sterowania i politycznej zależności. Polska wchodziła w nowy czas – pełen energii, marzeń i wielkich oczekiwań. Jednak każda wielka przemiana ma także swoją drugą stronę.

Transformacja ustrojowa, choć konieczna i historycznie doniosła, nie dla wszystkich oznaczała awans i nowe możliwości. W cieniu sukcesów gospodarczych pozostali ludzie zagubieni, bezradni wobec tempa zmian, często pozbawieni pracy, poczucia bezpieczeństwa i miejsca w nowej rzeczywistości. Upadające zakłady pracy, likwidowane PGR-y, narastające bezrobocie, kryzys mieszkaniowy czy rozpad dawnych więzi społecznych sprawiły, że tysiące osób znalazło się na marginesie życia społecznego. Byli to ludzie, których nie obejmowały statystyki sukcesu transformacji – osoby w kryzysie bezdomności, uzależnione, samotne, długotrwale bezrobotne, opuszczające zakłady karne, zagubione rodziny i młodzież bez perspektyw. Nowy system potrzebował czasu, by nauczyć się odpowiadać na ich potrzeby. Właśnie wtedy szczególnego znaczenia nabrały inicjatywy obywatelskie i społeczne, rodzące się z przekonania, że wolność musi oznaczać także solidarność.
Jedną z najważniejszych odpowiedzi na dramat ludzi pozostawionych na uboczu przemian była właśnie Fundacja Pomocy Wzajemnej Barka, która stała się symbolem humanizmu w czasach transformacji. Jej nazwa nie była przypadkowa – miała być łodzią ratunkową dla tych, którzy tonęli w bezradności, biedzie i wykluczeniu.
Barka nie ograniczała się do doraźnej pomocy. Tworzyła wspólnoty życia i pracy, przywracała ludziom godność, poczucie sprawczości i wiarę w siebie. Pokazywała, że nawet po najtrudniejszych doświadczeniach człowiek może odzyskać miejsce w społeczeństwie, jeśli otrzyma wsparcie oparte na szacunku, odpowiedzialności i relacji. Fundacja łączyła pomoc społeczną z aktywizacją zawodową, edukacją i budowaniem wspólnoty – była pionierem ekonomii społecznej w Polsce. W czasach, gdy wielu ludzi czuło się odrzuconych przez nowe realia, Barka przypominała, że rozwój państwa nie może odbywać się kosztem najsłabszych. Stała się jednym z najważniejszych znaków tego, że transformacja ustrojowa to nie tylko gospodarka i polityka, ale również pytanie o człowieka. (...)

Patrząc na współczesne wyzwania społeczne – starzenie się społeczeństwa, samotność, kryzysy psychiczne czy wykluczenie – można zadać sobie pytanie, czy potrafimy jeszcze budować takie miejsca? Miejsca, które nie tylko pomagają przetrwać, ale też uczą żyć na nowo? Bo być może największą lekcją, jaką daje Barka, jest to, że żadna zmiana systemowa nie będzie wystarczająca, jeśli nie będzie w niej miejsca na człowieka. A każda wspólnota – nawet ta najmniejsza – może stać się początkiem czyjejś drogi powrotnej. I może właśnie od tego wszystko się zaczyna. (...)

Co łączy muzykę klasyczną, kościół ewangelicki i przemysłową historię Konina? Alan Woźniak, prezes Fundacji Per Musicam,...
04/08/2026

Co łączy muzykę klasyczną, kościół ewangelicki i przemysłową historię Konina? Alan Woźniak, prezes Fundacji Per Musicam, opowiada o animowaniu kultury muzycznej i pracy z lokalną społecznością w rozmowie z Kingą Mazurkiewicz. Pełną wersję wywiadu "Minimum wiedzy, maksimum przyjemności – o animowaniu kultury muzycznej w Koninie" znajdziecie w naszej WIELKOPOLSCE.

(...) Pierwszy trop, na który zwróciłam uwagę, przygotowując się do naszej rozmowy, to Twoja działalność w konińskiej Fundacji Per Musicam. W jaki sposób angażujecie się w życie kulturalne Konina?

Jesteśmy w zasadzie świeżą organizacją, bo działamy dopiero od 2023 roku. Wtedy dostrzegliśmy możliwość organizowania koncertów muzyki klasycznej w kościele ewangelickim w Koninie. To bardzo mała parafia. Często jest tak, że ludzie przechodzą obok kościoła, ale mówią, że nigdy nie byli w środku i nawet nie wiedzieli, jak wygląda jego wnętrze. Tymczasem coraz częściej przychodzą i mówią, że nie liczy się dla nich tylko uczestnictwo w koncercie, ale też kontakt z przestrzenią, która ma swoją historię i atmosferę. A ta przestrzeń jest rzeczywiście bardzo wdzięczna, przede wszystkim ze względu na akustykę. Pojawiła się możliwość, żeby właśnie tam organizować koncerty i do tego potrzebna była fundacja.
Jestem dumny z tego, że te działania mają charakter oddolny. Dostosowujemy skalę wydarzeń do dostępnych funduszy. Te fundusze pochodzą głównie z jednostek samorządu terytorialnego – przede wszystkim z miasta Konina albo z Samorządu Województwa Wielkopolskiego. Koncerty są zawsze bezpłatne. Kilka razy byliśmy bliscy rezygnacji, bo budżet się nie domykał, ale póki nie dokładam do tego bardzo dużych prywatnych pieniędzy, jesteśmy w stanie to kontynuować.
Poza dotacjami, ważnym elementem są datki zbierane po koncertach oraz wsparcie lokalnych firm, które chcą się do tych działań dołożyć. Organizujemy koncerty muzyki klasycznej w szerokim rozumieniu. Największym zainteresowaniem cieszyły się Cztery pory roku Vivaldiego, wkrótce organizujemy koncert kantat Bacha. Była też muzyka z teatru barokowego, czyli repertuar niekoniecznie religijny czy „bardzo poważny”. Ważne jest dla mnie to, żeby nie zamykać się w jednym sztywnym wyobrażeniu muzyki klasycznej. (...)

Zatrzymajmy się na chwilę przy samym Koninie. Jak wygląda kontekst instytucjonalny miasta, jeśli chodzi o kulturę?

W zasadzie wszystkie instytucje kultury w Koninie wywodzą się z zakładów pracy – hut, kopalń, elektrowni, które przez lata funkcjonowały na tym terenie. Mamy Konińskie Centrum Kultury, instytucję miejską, i Centrum Kultury i Sztuki w Koninie, instytucję marszałkowską. Ich charakter jest dość podobny, chociaż zmienia się wszystko wokół: realia, potrzeby, publiczność.

A co z młodą publicznością? Młodzi odbiorcy kultury raczej wyjeżdżają czy wracają?

Młodzi z Konina wyjeżdżają. To proces naturalny w tym kontekście, w jakim się znaleźliśmy. Konin jest miastem bardzo szybko kurczącym się i szybko starzejącym się. Młodzi wyjeżdżają najczęściej na studia i zostają w większych miastach albo wyjeżdżają jeszcze dalej. Bardzo rzadko ktoś wraca, to są raczej wyjątki. Powstał niedawno projekt przegłosowany przez Radę Miasta Konina, w ramach którego Miejskie Towarzystwo Budownictwa Społecznego punktuje absolwentów uczelni wyższych do 30. roku życia przy wynajmie mieszkań. Uważam, że to bardzo dobra inicjatywa i mam nadzieję, że okaże się skuteczna. Jednocześnie myślę, że powinniśmy zaakceptować fakt starzenia się miasta i nie robić wszystkiego za wszelką cenę, żeby na siłę odmładzać strukturę demograficzną. Im szybciej to zrozumiemy, tym szybciej infrastruktura miejska i oferta kulturalna będą lepiej dopasowane do realnych potrzeb mieszkańców.
Nie znam się na urbanistyce i nie wiem, co zrobić z pustoszejącymi wieżowcami, które prawdopodobnie będą się pojawiać. Znam się za to na kulturze i wiem, że jeśli będziemy udawać, że młodzi wrócą masowo, to będziemy podejmować działania pozorne. W każdej samorządowej kampanii wyborczej pojawia się mityczny inwestor, który ma wszystko odmienić, ale moim zdaniem to się po prostu nie wydarzy. Jeśli zaakceptujemy to, że Konin potrzebuje więcej dostępnej infrastruktury, aptek, usług i kultury skierowanej do seniorów, to wszystkim będzie się tu żyło lepiej, po prostu. (...)

/Kinga Mazurkiewicz – absolwentka poznańskiej polonistyki ze specjalnością przekładową, obecnie przygotowuje rozprawę doktorską poświęconą socjologii życia tłumackiego w Polsce, początkująca tłumaczka i animatorka kultury, stała bywalczyni festiwali literackich/
/Alan Woźniak – animator kultury, muzykolog, polonista, doktorant UAM w dyscyplinie nauk o sztuce (muzykologia), przygotowuje rozprawę doktorską o polskiej muzyce wolnomularskiej, prezes Fundacji Per Musicam, gdzie organizuje m.in. cykl koncertów Muzyka w Ewangelickim w Koninie/

/Ilustracja: Kamila Bednarek/

W numerze WIELKOPOLSKA znajdziecie tekst Jakuba Krzymińskiego "Miasto bez twarzy – o tożsamości gnieźnieńskiej". Autor t...
30/07/2026

W numerze WIELKOPOLSKA znajdziecie tekst Jakuba Krzymińskiego "Miasto bez twarzy – o tożsamości gnieźnieńskiej". Autor to dumnie urodzona w Gnieźnie osoba niebinarna, na swoim koncie ma kilka wyróżnień z konkursów na opowiadania, licencjat z hispanistyki na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza oraz magistra z marketingu i logistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, aktualnie pracuje w korpo i szuka drogi ucieczki.

(...) Z roku na rok Gniezna ubywa. Starzy się starzeją, młodzi wyjeżdżają, a starówka pustoszeje. Miasto się wyciera. Kiedyś, jadąc taksówką, usłyszałom takie zdanie: "Cokolwiek pan będzie miał w głowie, niech pan nie zostaje tutaj na stałe. Nie warto". W Gnieźnie po prostu nic się nie dzieje, a powszechnym jest stwierdzenie, że miasteczko jest zwyczajnie nijakie. Jednak skąd bierze się to zdanie? Czy rzeczywiście tak jest? I co oznacza współcześnie być z Gniezna? (...)
Tożsamość gnieźnianina prawdopodobnie miewała się lepiej, mimo wszystko jednak warto jest o Gnieźnie myśleć lub też je rozważać. Ed Sheeran raczej nie zagra w eSTeDe ani MOK-u. Taylor Swift nie wpadnie na Festiwal Królewski, a Kendrick Lamar, zapytany o położenie Pierwszej Stolicy, nie wskaże swego serca. Jednak Gniezno ma do zaoferowania inne rzeczy. Stosunkowo niskie ceny mieszkań, sporo rozwijającej się przestrzeni do życia i bardzo bezpieczną, choć nieco dziurawą oraz wymagającą nieco miłości infrastrukturę. Jak na dłoni widać, że żyją tam ludzie z pasją; walczą o sztukę, kulturę i historię. Co pewien czas organizują się hip-hopowe festiwale na lokalną skalę, a położenie geograficzne pozwala bardzo szybko dostać się na wszystkie strategicznie ważne drogi krajowe. Los „Miasta bez twarzy” nie musi być więc wyrokiem, a szansą na przyciągnięcie nowej krwi; ludzi zmęczonych wielkomiejską gonitwą, a zbyt przerażonych potencjalną pustką wsi. Gniezno to miły punkt przystankowy i nawet jeśli aktualnie tożsamość lokalna jest raczej ciekawostką aniżeli dominującą siłą, to może takie miejsce wcale jej nie potrzebuje? Albo taka jej forma wystarczy, by kiedyś się odrodziła i rozkwitła jak nigdy dotąd? Tak czy siak, lepszy jest taki stan wegetatywny niż zupełne zapomnienie.
Aktualnie nie mieszkam w Pierwszej Stolicy. Nie sądzę, bym miał tam wrócić na stałe w niedalekiej przyszłości; tam jednak upatruję źródeł własnej wrażliwości. Jest coś nieidealnie pięknego w tych małych, krzywych uliczkach. Tych sakralnych zakątkach, które naznaczyły moje dzieciństwo. W tych nierzadko paskudnych rewitalizacjach i dziwnych pomysłach. Skorzystam więc tutaj z okazji, by wystosować mały apel zarówno do tych, którzy z małych miast są, jak i do tych, którzy jedynie kogoś takiego znają.
Do wszystkich wielkomiejskich istnień: poproście kiedyś waszych przyjaciół z mniejszych miast o wycieczkę w rodzinne strony. Bądźcie ciekawi tych mało imponujących przestrzeni. Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo te historie mogą was zaskoczyć.
Z kolei do nas, małomiasteczkowych uciekinierów: gdy następnym razem wpadniecie w rodzinne strony, zajrzyjcie do lokalnego domu kultury. Choćby się zapytać, co mają w kalendarzu zaplanowane, przekazać to rodzinie. Pracownicy niewątpliwie to docenią. (...)

/Ilustracja: Pola Lotta Włodarczyk/

Maciej Krajewski – znany „w mieście” jako „łazęga poznański” – z codziennej wędrówki z aparatem fotograficznym przez rod...
26/07/2026

Maciej Krajewski – znany „w mieście” jako „łazęga poznański” – z codziennej wędrówki z aparatem fotograficznym przez rodzinne miasto po pracy w szpitalu, od lat fotografuje poznańskie kamienice, ich podwórka, klatki schodowe, wnętrza, ludzi napotkanych na ulicach, pasjonuje się portretem ulicznym i podwórkowym, uwielbia poznawać nowych ludzi właśnie na ulicy, przypadkiem i nieprzypadkowo, swoje zdjęcia prezentuje na portalu społecznościowym, opatrując je refleksyjnymi komentarzami, można je śledzić za pośrednictwem fanpejdża Łazęga poznańska. W najnowszym numerze znajdziecie tekst Macieja "Poznań – spacer po nieopowiedzianych miejscach śladami (nie)pamięci wielokulturowego miasta".

(...) Wiele lat temu, zmęczony sztampą poruszania się po mieście utartym, wytyczonym dawno temu przez kogoś szlakiem Zamek – Ratusz – Fara – Katedra, postanowiłem zejść z głównej arterii, pójść w bok, zaplątać się, zacząć chadzać własnymi ścieżkami, a przy tym zwolnić. Zacząłem zaglądać tu i tam, na nieznane wcześniej podwórka, do bram, klatek schodowych starych, secesyjnych kamienic – łazęgować właśnie, odkrywając przy tym Poznań i jego oblicze na nowo. (...)

Stoję w przejściu bramnym kamienicy przy ulicy Półwiejskiej vis a vis wylotu Kwiatowej, podziwiam piękne, cudem ocalone secesyjne płytki z motywami roślinnymi sprzed 100 lat. Dalej słupek i początek pięknie giętej drewnianej balustrady schodów, która surrealistycznie znika w dziurze w postawionej tu i dzielącej przestrzeń ścianie z płyt gipsowo-kartonowych. Ciągu dalszego ich uroku można się tylko domyślać. Przypomina mi to do złudzenia sytuację z sieni klatki schodowej fantastycznej kamienicy zespołu mieszkalnego Johow-Gelände na tzw. Górnym Łazarzu przy ulicy Matejki, gdzie wygospodarowano składzik na rowery, przedzielając przestronne wejście ścianką działową, za którą ukryto kolumny z naturalnej wielkości lwami. Dopiero ostatnio podjęto decyzje o likwidacji przechowalni rowerów tudzież dziecięcych wózków, a co za tym – uwolnieniu pięknych, majestatycznych stworzeń. Wracają do kamienicy na Półwiejskiej – dostrzegam pod stopami napis SALVE, w połowie zniszczony, ozdobiony tzw. petami. Śmieci nie sprzątam. Napis na posadzce dokumentuję, jak jest. Nie poprawiam rzeczywistości. Słyszę za plecami głos:
– A co pan tu fotografuje? – odwracam się i widzę zawianego, palącego papierosa bez filtra jegomościa.
– Fotografuję piękny historyczny napis.
– A co tam jest napisane? Całe życie tu mieszkam i nie wiem…
– To jest łaciński napis SALVE, takie powitanie gości przekraczających próg kamienicy.
– Ciekawe, dziękuję, nie wiedziałem – rozpromienił się mój rozmówca.
Potem takich napisów SALVE odnajduję w Poznaniu w różnych dzielnicach jeszcze kilkadziesiąt, kolekcjonuję je z myślą, że jest to znakomity ślad wielokulturowości Poznania, bo nierzadko w tych kamienicach mieszkali obok siebie Żydzi, Niemcy, Polacy. Podobnie było z ich projektantami, budowniczymi, inwestorami. Tylko dlaczego o tych ludziach, którzy współtworzyli nasze miasto, różnych nacji i wyznań, tak mało wiemy? Zostałem zaproszony do zorganizowania dużej wystawy fotograficznej w progach Biblioteki Uniwersyteckiej przy ulicy Ratajczaka, w budynku, który powstał in Posen za czasów panowania pruskiego. Wystawa zatytułowana Salve Poznań, na której połączyłem wielkoformatowe fotografie z kolekcjonowanymi już wówczas przeze mnie artefaktami, cieszyła się dużym zainteresowaniem. (...)

/Fot. Maciej Krajewski/

Nasza PORTUGALIA dotarła na Maderę, do Autorów komiksu "Myślenie jest chorobą oczu". Na zdjęciu Samuel Jarimba (ilustrac...
22/07/2026

Nasza PORTUGALIA dotarła na Maderę, do Autorów komiksu "Myślenie jest chorobą oczu". Na zdjęciu Samuel Jarimba (ilustracje) i Filipe Olival (tekst). I choć na EMPiK-owych półkach aktualnie lansuje się WIELKOPOLSKA, numer PORTUGALIA wciąż możecie zamówić bezpośrednio u nas.

Dziś o g. 19 L**h Poznań rozpocznie batalię o Ligę Mistrzów meczem z duńskim Aarhus GF. W naszym numerze o Wielkopolsce ...
21/07/2026

Dziś o g. 19 L**h Poznań rozpocznie batalię o Ligę Mistrzów meczem z duńskim Aarhus GF. W naszym numerze o Wielkopolsce znajdziecie tekst Wojciecha Dolaty "L**h jest tam, gdzie jego Wiara". Autor jest z zawodu urzędnikiem, z wykształcenia historykiem i dziennikarzem sportowym, a z zamiłowania genealogiem i wiernym kibicem L**ha Poznań, związanym z Kolejorzem w różnych rolach od przeszło 20 lat, jest także autorem pracy magisterskiej dotyczącej środowiska kibicowskiego w Polsce.

(...) Oficjalnie przyjęta data powstania L**ha Poznań to 19 marca 1922 roku, choć zalążki późniejszej drużyny powstały już co najmniej 2 lata wcześniej. Historia klubu początkowo dotyczy Dębca, który wówczas był podpoznańską wsią, włączoną w granicę stolicy Wielkopolski kilka lat później. Późniejszy 9-krotny mistrz Polski początkowo był Lutnią Dębiec, następnie Ligą Dębiec, a obecna nazwa pojawiła się dopiero w 1957 roku. Pierwsze lata klubu to rywalizacja na poziomie regionalnym, a kolejowy rodowód zespołu sięga początku lat 30. Ówczesny prezes Stanisław Dereziński był jednocześnie pracownikiem kolei i to dzięki niemu klub został włączony w struktury Kolejowego Przysposobienia Wojskowego. Związki z branżą kolejową będą trwały wiele lat, oficjalnie do początku lat 90., lecz powiązania te widać w trakcie meczów czy w okolicach stadionu także dzisiaj (stojąca przed stadionem lokomotywa czy gwizd pociągu na rozpoczęcie meczu) i historia ta jest bardzo eksponowana również przez obecne władze L**ha.

Kolejowa historia jest związana także z legendarnym stadionem na Dębcu, który powstał w czynie społecznym na Spartakiadę Kolejarzy w 1934 roku. Niepowtarzalny klimat, bliskość torów kolejowych i niejednokrotnie przejeżdżające w trakcie meczu tuż obok pociągi były codziennością piłkarzy L**ha jeszcze w latach 70. Wtedy stadion przy obecnej ulicy 28 Czerwca 1956 roku stał się zbyt mały na rosnące zainteresowanie kibiców z Wielkopolski. Obecnym domem jest stadion przy ul. Bułgarskiej, na którym L**h gra od 1980 roku. W międzyczasie Kolejorz (tak potocznie określa się klub – red.) rozgrywał swoje mecze również na ówczesnym Stadionie im. 22 lipca, na którym w latach 70. toczono niezapomniane boje najpierw o awans do pierwszej ligi, a później już w samej najwyższej klasie rozgrywkowej. To w tamtych czasach odbywały się rekordowe pod względem domowej frekwencji mecze L**ha, na których potrafiło pojawić się nawet 60 tys. osób. (...)

/Fot. Jakub Malicki/

Zbliża się weekend, a nuż ktoś z Was będzie chciał poeksperymentować w kuchni. W najnowszym numerze Marta Gburzyńska zap...
16/07/2026

Zbliża się weekend, a nuż ktoś z Was będzie chciał poeksperymentować w kuchni. W najnowszym numerze Marta Gburzyńska zaprasza w podróż po smakach Wielkopolski. (Marta to nasza redakcyjna koleżanka, koordynatorka numeru, hispanistka, aktualnie pisząca doktorat o migracjach w najnowszej literaturze latynoamerykańskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu).

(...) W Wielkopolsce znamy wiele ogólnopolskich dań pod gwarową nazwą – popularne w całym kraju faworki to u nas chruściki, kopytka to szagówki, a rumpuć jest gęstą zupą jarzynową i równocześnie rodzajem ańtopu albo ajntopu, czyli obiadu jednogarnkowego. Są też językowe różnice w obrębie regionu – o ile w Poznaniu placki ziemniaczane to plyndze lub plendze, w okolicach Konina to raczej plinze. W całej Wielkopolsce podajemy je tak samo – przede wszystkim z cukrem albo powidłami.

Obok dań ogólnopolskich, które mają tutaj swoją własną nazwę, istnieją też u nas dania szczególne, które w pozostałych regionach Polski nie są znane lub popularne. Wybrałam trzy jarskie dania obiadowe, w których pyry grają główne skrzypce i zaadaptowałam je z książki kucharskiej Powiat poznański smakowicie (2017). Na początek zupa, czyli ślepe ryby z myrdyrdą, które, wbrew pozorom, nie mają nic wspólnego z rybami – nazwa pochodzi od braku mięsnych ok na powierzchni. Następnie rozsławione (nie bez powodu!) pyry z gzikiem. Trzecia potrawa to obecnie nieco zapomniany bambrzok, czyli pieczona na blasze potrawa z tartych ziemniaków, która może być podawana zarówno na słono, jak i na słodko. Na deser chruściki. Smacznego!

Ślepe ryby z myrdyrdą
Składniki:
• 1 kg ziemniaków
• 100 g marchwi
• pęczek włoszczyzny
• łyżka masła
• łyżka mąki pszennej na myrdyrdę
• sól i pieprz

Kroimy warzywa w kostkę, wrzucamy do garnka i zalewamy wodą tak, aby wszystkie były nią przykryte. Gotujemy. Gdy ziemniaki będę miękkie, wyciągamy wszystkie warzywa i przecieramy przez durszlak. Wrzucamy przetarte warzywa z powrotem do wywaru, doprawiamy zupę solą i pieprzem oraz dolewamy wody, jeśli zupa jest zbyt gęsta. Następnie przygotowujemy myrdyrdę, czyli zasmażkę. Masło roztapiamy na patelni, dodajemy mąkę i zasmażamy do zrumienienia. Zaciągamy zupę zasmażką. (...)

/Ilustracja: Olga Kulma- Nazarenko/

"Wielkopolskość. Tożsamość i pamięć" to tekst otwierający nasz najnowszy numer. Jego autorem jest Paweł Stachowiak – uro...
12/07/2026

"Wielkopolskość. Tożsamość i pamięć" to tekst otwierający nasz najnowszy numer. Jego autorem jest Paweł Stachowiak – urodzony w Krotoszynie historyk i politolog, adiunkt na Wydział Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, obszary jego zainteresowań naukowych to najnowsza historia polityczna Polski, problematyka wyznaniowa we współczesnej Polsce oraz problemy pamięci zbiorowej społeczeństwa polskiego i polityka pamięci (historyczna).

(...)
Śląskość, kaszubskość, mazurskość. Wszystkie te określenia są obecne w naszym języku i wyrażają silne poczucie tożsamości lokalnej, rozumianej jednak jako składnik polskości, wielobarwnej, nie ograniczonej krwią czy, jak dziś mówimy, genami. Jednak pojęcie „wielkopolskości” pojawia się rzadko, może nigdy. Poza wyjątkowymi sytuacjami nie spotykamy się z kreowaniem antagonizmu polskości i wielkopolskości. Nie istnieje u nas inicjatywa podobna do Ruchu Autonomii Śląska, nikt nie próbuje kreować idei „narodowości wielkopolskiej” na wzór „narodowości śląskiej” i „języka śląskiego”. Wielkopolanie zdają się nie mieć wątpliwości, że są składową polskości – nawet wtedy, gdy drażnią ich niektóre przypadłości rodaków z dawnej Kongresówki i Galicji. (...)

Wielkopolska – nie historyczna z Kaliszem i Koninem, ale ta, którą określiło doświadczenie zaboru pruskiego – była i jest szczególnym i niestandardowym elementem polskiej wspólnoty pamięci. Opis tej specyfiki, jeśli miałby być pełnym, wymagałby sążnistej monografii, dlatego w takim eseistycznym, krótkim tekście musimy pokazać ów szczególny wymiar wielkopolskiej pamięci, posługując się przykładem. Jakiż byłby lepszy niż pamięć o powstaniu wielkopolskim, która jest (i zapewne będzie) jednym z najważniejszych elementów „wielkopolskości”?

Już od lat 20 nie ma wśród żywych ani jednego wielkopolskiego powstańca. W 2005 roku, dożywszy 105 lat, zmarł ostatni z nich: Jan Rzepa. Chwila, gdy odchodzą ostatni świadkowie i uczestnicy ważnych wydarzeń, ma zawsze wymiar symboliczny. Zaciera się bezpośrednia więź z przeszłością, coraz łatwiej osnuwać wokół niej rozmaite legendy i mity, zawłaszczać ją i przekształcać w instrument walki z politycznym wrogiem. Nie ma już nikogo, kto krzyknąłby: „nie tak było” i miał w tym wiarygodność świadka. Mam nieraz wrażenie, że ostatnią barykadą chroniącą nas przed całkowitą manipulacją pamięci o powstaniu warszawskim jest drżący głos tych nielicznych, wciąż będących pośród nas powstańców. Gdy znika żywa komunikacyjna relacja z przeszłością, pozostajemy zdani na tę formę pamięci, którą badacze nazywają „pamięcią kulturową”, jest ona budowana niejako od góry, przez instytucje powołane do kultywowania wiedzy o przeszłości. Ta opcja, która zdobędzie dominujący wpływ na jej ukształtowanie i zapełni przestrzeń publiczną pomnikami i muzeami zbudowanymi wedle swojej wizji, ma szansę trwałego ukonstytuowania pamięci historycznej społeczeństwa. Przeszłość istnieje dla nas przecież wyłącznie w formie zapośredniczonej, przekazanej przez rozmaite nośniki pamięci.

Pamięć o powstaniu wielkopolskim przybiera coraz wyraźniej formę pamięci kulturowej i warto przyjrzeć się temu, jak przebiegał proces jej kształtowania. Pierwszym naturalnym sposobem upamiętnienia były manifestacyjne pogrzeby ofiar walk. Dzięki nim imiona pierwszych poległych stały się później powszechnie pamiętanymi. Symbolicznym pierwszym pochówkiem powstańczym był 1 stycznia 1919 roku pogrzeb na Cmentarzu Górczyńskim Antoniego Andrzejewskiego i Franciszka Ratajczaka – pierwszych ofiar walk w Poznaniu – z udziałem tysięcy poznaniaków. Mogiły poległych na ogół sytuowane były w honorowych miejscach: w centralnym punkcie cmentarza (Krotoszyn, Opatów k. Kępna), przy głównej alejce (Mogilno, Rozdrażew), czasem na jej osi (Ostrzeszów, Żnin). Powstały dwa mauzolea poległych bohaterów: Feliksa Pięty w Bukowcu k. Nowego Tomyśla i Franciszka Sowińskiego w Krotoszynie. Na licznych cmentarzach wielkopolskich wytyczano kwatery poległych powstańców – największa znajduje się na stoku Cytadeli poznańskiej, jest tam łącznie 391 grobów ofiar walk z lat 1918-1920. Pomniki zaczęły powstawać nieco później. Za pierwszy uchodzi obiekt odsłonięty 14 maja 1922 roku przy wejściu na cmentarz parafialny w Opalenicy (nie dochował się niestety do naszych czasów, jest dziś zastąpiony innym). W Poznaniu pomnik projektu Stanisława Jagmina powstał w 1924 roku. Pamięć o bohaterach przywoływały też drzewa posadzone w reprezentacyjnych punktach miast w rocznicę powstania wielkopolskiego – np. w Skalmierzycach k. Kalisza przed budynkiem, który pod pruskim zaborem był ośrodkiem życia polskiego, w pierwszą rocznicę odzyskania niepodległości posadzono pamiątkowy dąb, który stoi do dziś. Niektóre pomniki powstańcze stawiano na miejscu rozebranych monumentów niemieckich, jak np. w Zdunach, Koźminie czy Szamotułach. Wyjątkową formą upamiętnienia zaciętych walk toczonych w okolicy wsi Borownica k. Zdun stał się kamienny szaniec, który nadal rośnie za sprawą wciąż dokładanych głazów. (...)

/Na zdjęciu szaniec powstańczy pod Borownicą - źródło: Wikipedia/

"Ach, jakżeż piękny jest kwiat ziemniaka albo bulwa i praca organiczna" - taki tytuł nosi wstępniak, w którym nasz redak...
06/07/2026

"Ach, jakżeż piękny jest kwiat ziemniaka albo bulwa i praca organiczna" - taki tytuł nosi wstępniak, w którym nasz redaktor naczelny Adam Nyckowski wprowadza Was w tematykę naszego najnowszego numeru - WIELKOPOLSKI.

Bulwa pędowa nie brzmi tak pięknie jak kwiat, ale to ona w XIX wieku odegrała pierwszoplanową rolę w ratowaniu Wielkopolski przed głodem. To bulwa była forpocztą i fundamentem rozwoju rolnictwa w regionie. Bulwa nie pcha się na afisz, bytuje pod ziemią, stosunkowo łatwo było ją zatem ukryć przed armią zaborców i uchronić przed rekwizycją. Bulwa jest tania, kaloryczna i – w odróżnieniu od wielu zbóż – odporna na zmiany klimatu. Ale i kwiat jest ważny – wszak w XVI wieku, po przybyciu do Europy, ziemniaki traktowane były jako roślina ozdobna. Odcienie fioletu, różu i bieli oraz żółty środek zachwycały współczesnych, a królowa Maria Antonina podobno upinała je we włosach i traktowała jako element dekoracyjny swoich królewskich sukni.
Projektując numer Wielkopolska od początku wiedzieliśmy, że na okładce musi pojawić się ziemniak – zarówno bulwa, jak i kwiat. Ale co dalej? Jak opowiedzieć ten region, przez jaki pryzmat i w jakim kontekście...? Pochylająca się nad wykluczonymi i odrzuconymi Fundacja Pomocy Wzajemnej Barka, walcząca o ślepe koty Fundacja Ja Paczę Sercem, organizująca poznański Marsz Równości Grupa Stonewall, oddolnie animująca życie muzyczne Konina Fundacja Per Musicam, legenda sceny punkowej: zespół Apatia, Skład Kulturalny – mała księgarnia na Jeżycach czy wreszcie poświęcający swój wolny czas na rzecz wspólnotowych działań kibice L**ha Poznań – idealnie wpisują się przecież w tradycję organicznej pracy i społecznikowskie dziedzictwo regionu. Zatem mamy to: Wielkopolska pozytywistyczną pracą jak stała, tak stoi.
Bo przecież antenaci społecznikowskiej harówki są zacni: Karol Marcinkowski – lekarz filantrop, twórca Poznańskiego Towarzystwa Pomocy Naukowej, Hotelu Bazar i wielu innych publicznych inicjatyw. Edward Raczyński – fundator ogólnodostępnej biblioteki, miejskich wodociągów i Szpitala Przemienienia Pańskiego. Emilia Szczaniecka – animatorka ruchu pomocowego i edukacji ubogich kobiet w Wielkopolsce. Jadwiga Zamoyska – założycielka Szkoły Domowej Pracy Kobiet w Kórniku. Zofia Sokolnicka – nauczycielka, emancypantka, emisariuszka, jedna z ośmiu pierwszych posłanek na Sejm RP. A to zaledwie niewielki oddział wielkopolskiej armii społeczników.
Tak sobie myślę, iż jest w pracy organicznej i bulwa, i kwiat. Konsekwentna i rzetelna robota, powołująca w lokalnym zaciszu rzeczy egzystencji potrzebne i upominająca się o sprawy dla codzienności istotne. Przyjmijmy, że to rzeczona bulwa. Ale pomyśleć o tym, żeby działania trudno mierzalne i mało wymierne, niepodatne na błyski fleszy, na „ochy” i „achy” publicznego splendoru i frenetyczne brawa ustawić w centrum zdarzeń, to przecież romantyczna idea, to piękny kwiat – estetyczny i etyczny.
W procesie powstawania tego numeru i bulwą i kwiatem było magiczne duo MM – Marta Gburzyńska i Magda Kacperska, Wielkopolanki, które z ideową maestrią i robotniczą zawziętością koordynowały i zadaniowość, i proces.
Marto, Magdo – nie wiem, czy Wielkopolska będzie Wam wdzięczna, ja jestem – BARDZO.

PS
Tak, wiem, że nie istnieje żaden ziemniak – tylko pyra!

/Ilustracja- źródło: Wikipedia/

Adres

Warsaw

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Zupełnie Inny Świat umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Ta Organizacja

Wyślij wiadomość do Zupełnie Inny Świat:

Skróty

Udostępnij