Arsenał - Stowarzyszenie Regimentów i Pułków Polskich 1717-1831

Arsenał - Stowarzyszenie Regimentów i Pułków Polskich 1717-1831 Miłośnicy historii okresu XVIII i XIX wieku. Grupy rekonstrukcji historycznej ten okres odtwarzające.

10/02/2025

Maria J. Turos

Mroźne tchnienie Iławy Pruskiej
Val - de - Grâce czerwiec 2006 - korespondencja z Francji.

Do napisania tego tekstu sprowokował mnie doskonale znany obraz Grossa „Napoleon pod Iławą Pruską”. Ja osobiście wolę inne. Jeden z nich - świetna technicznie kopia - wisi tu nad automatem z napojami, więc ilekroć w przerwie między wykładami, chcę się napić herbaty, [o co wcale nie jest tak łatwo - a ja kawy nie lubię] muszę, choć przelotnie rzucić nań okiem. W oryginale to płótno pędzla Girodeta nosi dużo mniej chwalebny tytuł „Ambulans spod Iławy” [czasem sygnowane „Larrey w Iławie Pruskiej”]. Biorę styropianowy kubeczek i siadam na wprost na ławce.

Iława Pruska to jedna z najkrwawszych i najokrutniejszych bitew epoki napoleońskiej toczona w smaganej huraganową wichurą śnieżnej dolinie. Według różnych danych rannych zostało od 6000 do ponad 20000 żołnierzy francuskich i ok. 30000 rosyjskich1. Czyli rzeź nieprawdopodobna, na którą chcę teraz spojrzeć oczami współczesnego medyka.

Zacząć wypada od tego, co najbardziej szokuje - jeśli w przypisach szczególnie polskojęzycznych będą błędy to proszę czytelników o wybaczenie, książki zostały w Warszawie - a mianowicie od zdania cytowanego w różnych konfiguracjach przez prawie wszystkich historyków „…w pobliskim Górowie Iławieckim urządzono gigantyczny szpital dla rannych i kontuzjowanych, kontuzjowanych służba porządkowa witała nadciągające transporty okrzykami ręce na prawo, nogi na lewo!. Pozwalało to przyspieszyć amputację, którą stosowano nawet w lżejszych przypadkach gdyż nie było żadnych leków i ranni umierali od zakażenia…”2.

W rzeczywistości jest to czarna, by nie rzec najczarniejsza legenda, której powstanie R. Debenedetti3 oraz R. Richardson4 wiążą z komentarzem, jaki po opublikowaniu w 1815 roku w Wielkiej Brytanii części notatek J. D. Larreya napisał J. Waller [chirurg Royal Navy, gdzie też - o ile mnie pamięć nie myli5 - również nie wykazywano nadmiernej troski o rannych] zaznaczając, iż selekcja rannych pod Iławą Pruską, a następnie ich szybka ewakuacja były jednym wielkim „…aktem barbarzyństwa…”6.

A co ma na swoja obronę pomysłodawca owego „…barbarzyństwa…”, czyli J. D. Larrey. Pisze o tym w liście do Girodeta, [spod którego pędzla wyszedł ów obraz], jaki zachował się w zbiorach Val - de Gr?ce [w gablocie muzealnej można zobaczyć ta korespondencję, a że jak na chirurga przystało bazgrał strasznie, więc dla celów przekładu posługuję się opracowaniem P. Triaire7]. „…przed wieczorem zaczęli okrążać nas Rosjanie i Pelchet zarządzający ambulansami - zresztą człowiek rozsądny i odważny, uciekł wraz z większością podkomendnych…”8. Jak widać, nawet w tak trudnych warunkach J. D. Larrey przestrzegał stworzonej przez siebie koncepcji, by podległe mu ambulanse znalazły się jak najbliżej linii walk, i zawsze tam „…gdzie trzeba nieść pomoc…”9, stąd urządził lazaret w pustych, murowanych [przypuszczalnie o krzyżackiej jeszcze proweniencji] stodołach na skraju miasteczka. Sytuacja zrobiła się tragiczna, bo praktycznie zostało kilkunastu chirurgów, wśród nich A. Frizac [bezpośredni asystent Larreya], który później w liście pisanym z Ostródy tak zanotował owo wydarzenie „…zapytałem się, co robić. - A nic, operować - odpowiedział Larrey - to nie pustynia, ja rannych nie zostawię…”10. No i przypuszczalnie wtedy, by opanować zamieszanie oraz jakoś sobie radzić pomimo szczupłych sił [a jest to jest pierwsza zasada wbijana w głowy podczas wykładów z medycyny stanów nagłych i katastrof bardziej elegancko zwanej medycyną ratunkową11 i powtarzają to wszystkie podręczniki12] sam Larrey prosząc o pomoc żołnierzy, kazał im układać rannych tak, by i on sam i jego asystenci mieli, choć trochę ułatwiona pracę. Iż tak być mogło w rzeczywistości, świadczy publikacja J. Dibley’a13, który pisze, że ten najbliżej pola bitwy usytuowany lazaret w ogóle przestałby istnieć, gdyby nie żołnierze z oddziałów liniowych, którzy spontanicznie pomagali pracującym tam chirurgom.

Kolejnym ciekawym zagadnieniem była sama ewakuacja rannych. Co prawda dotyczyło to w znacznym stopniu oddziałów Gwardii lecz J. D. Larrey specjalnie chorych i rannych nie dobierał14. Otóż dla zapewnienia minimum opieki z każdym konwojem wysyłał jednego ze swoich podkomendnych15, aż w Iławie Pruskiej został sam z A. Frizac. Jak pisał do żony 15. II. 1807 roku „…po tylu dniach i nocach pracy dziś wyruszył ostatni konwój do Inowrocławia…”16 [polskojęzyczna nazwa tego miasta jest nawet bezbłędnie napisana]. Ze swoim asystentem przy - 15.0 C. powędrował pieszo do Plegel i dalej do Kamieńca Suskiego.
Czyli czarna legenda, choć trochę już się rozjaśniła. Było strasznie - to fakt ale…

Kolejny wers ze zdania owej legendy [patrzę na obraz, herbata w kubeczku ciepła, za oknami upalny dzień, a po plecach przelatuje mi zimny dreszcz] mówi, iż dokonywano tylko amputacji. No cóż bardzo często rodzaj zranienia już tylko na to pozwalał. Ale znów zapytajmy o zdanie głównego bohatera. „…zimno było bardzo dokuczliwe… - tak pisze w swoich „Memoires”17 - …i amputacje nie stanowiły takiego problemu, jak rany po cięciach szablą…[ilu rannych dostarczyła mu owa szarża zwana „szarżą 80 szwadronów’]…przez twarz, przez nos i usta…”18. I rzeczywiście wielu kawalerzystów, których wówczas operował przeżyło te zabiegi mało - powróciło do zdrowia19. Jak to w ogóle było możliwe?

Nie chcę wykorzystywać przewagi, jaką z racji wykształcenia mam nad czytelnikami, więc odwołuję się do tekstu W. Nasiłowskiego20. Zimno świetnie znieczula [zaś w nocy po bitwie temperatura spadła do - 20.0 C.], a po drugie zmniejsza obrzęk i wtórne krwawienie [na co również zwracał uwagę J. D. Larrey21] co wówczas stanowiło dość znaczny problem, gdyż nie znano jeszcze dokładnie technicznych możliwości szycia przeciętych naczyń [większe podwiązywano]. Pracowano przy tym właściwie w półmroku, bo jakie oświetlenie dawała przygasająca raz po raz w podmuchach wiatru pochodnia, latarnia z jedna świecą czy blask ogniska, a jak pisze J. D. Larrey „…żołnierze rozpalili ogniska wokoło zabudowań…”22.

Przez długi czas, możliwość szycia ran, czy oczyszczania ich z ciał obcych, przy czym niekoniecznie usuwania kul, w tak ekstremalnych warunkach była wielokrotnie poddawana w wątpliwość. Dość powszechnie uważano, iż są to błędy translatorskie wynikające z rozwoju nazewnictwa medycznego23 szczególnie w anglojęzycznych przekładach wspomnianych już „Memoires” J. D. Larreya. A jednak okazało się to prawdą, o czym pisze m. in. M. Fackler24, zaś plaster [dość powszechnie prócz nici używany podówczas do zbliżania brzegów ran - taki sposób opatrunku wspomina L. Perzyna25 już w końcu XVIII wieku nazywając go „…lipki plaster…”26], czyli kawałek szorstkiego płótna nasączony kleista masą [w skład, której m. in. wchodziły ocet, terpentyna, żywica mastyksowa oraz wosk27], jaki kładziono na ranę był daleką, bo daleką, ale namiastka antyseptyku.

Cóż, więc przyczyniło się do powstania czarnej legendy Iławy Pruskiej. Z pewnością było to mroźne tchnienie Północy. Burza śnieżna, która spowodowała zagładę korpusu marszałka Augereau sprowadziła, po kilkudniowej odwilży nagły spadek temperatury [rano było ok. 0.0 C wieczorem już mróz rzędu - 18.0/20.0 C28]. Żołnierze zmęczeni, rozgrzani walką często siadali gdziekolwiek, gdzie ich zastały rozkazy by, choć trochę odpocząć. Nim zapłonęły pierwsze ogniska wielu już miało odmrożone ręce i nogi. Jakoś umyka uwadze fakt, iż pierwszy bardzo szczegółowy opis martwicy spowodowanej przez zimno [oraz ogólnoustrojowego działania niskiej temperatury] przedstawił właśnie J. D. Larrey i to wcale nie po tragedii pod Moskwą, ale po Iławie Pruskiej29, mało w tych trudnych warunkach czynił znaczne wysiłki by nie tylko uratować życie, ale i kończyny przemarzniętych żołnierzy. Tu bardzo interesujący jest pamiętnik M. de Marbot30, który był jednym z rannych jakimi zajmował się J. D. Larrey, zaś znaleziono go nieprzytomnego wśród trupów blisko dwa dni po bitwie.

Pierwszy raz z kaprysami pogody oraz gwałtownym ochłodzeniem następującym w ciągu kilku godzin, J. D. Larrey zetknął się już wcześniej idąc [dosłownie - większość tego dystansu pokonał pieszo] ze swoim ambulansem z Czarnowa przez Gołymin do Pułtuska, kiedy jak sam pisze „…drogi były straszne, a po deszczu chwycił mróz…”31, zaś po bitwie pod Pułtuskiem wraz z szefem chirurgów korpusu marszałka Lannes P. Gal? przyszło mu opatrywać rannych no i operować w namiocie. Po powrocie do Warszawy [konkretnie na Pragę] wszyscy byli wyczerpani „…z gorączką i katarem…”32 [pewne określenia polskiej aury, jakich używa i to w liście do żony np. z dn. 28. I. 1807 roku33 wypada pominąć, bo nie nadają się do publicznego cytowania], ale zgromadzone przez niego doświadczenia pozwoliły mu już pomyśleć o przeszkoleniu swoich podkomendnych do pracy w warunkach zimowych, zimowych którymi większość stykała się po raz pierwszy. Nawiązał również kontakty z lekarzami warszawskimi34 i prowadził wykłady czy seminaria poświęcone tej tematyce35. Niedługo to trwało - w sumie trzy tygodnie, ale jednak.

Zawiniła również opieszałość administracji, gdyż zgodzić się trzeba ze zdaniem A. Zahorskiego36, iż stan służby medycznej w armii napoleońskiej pozostawiał wiele do życzenia, ale i tak była jedna z najsprawniejszych w owym czasie. J. D. Larrey, wielokrotnie pisał do swojego ówczesnego bezpośredniego przełożonego Pauleta prosząc o reorganizacje ambulansów [w Warszawie zresztą wraz z Fr. Percy przedłożyli w tej sprawie memoriał samemu cesarzowi] i dobranie tak środków transportu, by polskie drogi stały się jednak możliwe do pokonania [z doświadczenia marszu między Berlinem a Warszawą wiedział, że jego koncepcja używania na dłuższe dystanse lekkich i bardziej zwrotnych wozów dwukonnych, a często i dwukółek zaprzęgniętych w jednego konia zdała jednak egzamin] no i zorganizowanie lazaretów etapowych [rannych spod Iławy Pruskiej ewakuowano aż do Inowrocławia37 i do Torunia38]. Ale wiążącej odpowiedzi niestety nie doczekał się, zaś opinia, jaką wyraził po przeżyciach pod Iławą Pruską o P. Daru - głównym intendencie - również nie bardzo nadaje się do cytowania39.
Czyli następna czarna zasłona trochę ustąpiła…

Ale ma również Iława Pruska swoja jasną anegdotę…otóż do ambulansu Larreya trafił niezbyt groźnie ranny, ale domagający się dla siebie specjalnych względów pułkownik sztabu cesarskiego. Musiał nieźle dać się we znaki słynącemu z opanowania chirurgowi, dość, że ten, niewiele myśląc, zdzielił go w twarz. A tego było już krewkiemu pułkownikowi za wiele. - Nie wiesz chyba, kim ja jestem - wywrzeszczał - żądam satysfakcji - - No cóż - odpowiedział Larrey - przepraszam, znam się na leczeniu ran, ale nie na leczeniu honoru, a teraz spokój…zgoda - Ponoć efekt był natychmiastowy 40.

W historyjce tej jest z całą pewnością ziarno prawdy, gdyż jedną z zasad postępowania, jakimi kierował się J. D. Larrey i wielu jego kolegów było „…na pobojowisku nie ma rang, zwycięzców ani pokonanych, są tylko ciężko ranni ludzie…”41.

Herbata wypita. Wyrzucam kubeczek do kosza przy automacie i spoglądam na zegarek. Za dziesięć minut mam kolejne seminarium. A po nim - być może - Val - de - Grâce pozwoli mi zmierzyć się z jeszcze jedna legendą.

---

Przypisy:

1. T. Rapacki - Pruska Iława DW „Bellona” Warszawa 2004 s.98.

2. R. Kielecki - Napoleon „K i W” Warszawa 1973 s.166.

3. R. Debenedetti - Eloge de Jean - Dominique Larrey a l’occasion du bi - centenaire de sa naissance w: “Bull. De l’Acad. de Medicine” 1966, 150 s.488 - 506

4. R. Richardson - Larrey: Surgeon to Napoleon’s Guard „J.Murray” Londyn 1974 s.256.

5. E. Koczorowski - Z Eskulapem na morzu Wyd. Morskie Gdańsk 1977 s.203 - 207.

6. Op. cit. - Richardson s.256.

7. P. Triaire - Dominique Larrey Ed. Mamé Tours 1902.

8. Ibid.

9. to zdanie wykorzystał jako swoje motto m. in. D. G. Burris - w: D. G. Burris, D. R. Welling, N. M. Rich - Dominique Jean Larrey and the Principles of Humanity of Warfare w: „Am. Coll. Of Surg. Bull” 2004 s.831.

10. list w zbiorach kolekcji „Wellcome” w Londynie - cyt. R. Richardson.

11. P. Safar - Introduction to Disaster Resuscitology w: „Journal of the World Association Emergency and Disasters Medicine” 1986 s.2.

12. Oxford Handbook of Accident and Emergency Medicine „Oxford University Press” 1999 s.37 - 38.

13. J. Dible -Napoleon’s Surgeon „William Heinemann” Londyn 1970 s.74.

14. D. J. Larrey - Memoires de chirurgie militaire et campagne Paris 1812 t. III s.55.

15. Ibid - s.50.

16. list w zbiorach kolekcji „Wellcome” - cyt. R. Richardson.

17. Op. cit. - Larrey s.39 - 40.

18. Ibid.

19. J. Marchioni - Place a Monsieur Larrey „Babel” 2006.

20. W. Nasiłowski - Znieczulenie przez oziębienie w: „Pol. Tyg. Lek.” 1953, VIII, 5 s.190.

21. Op. cit. - Richardson s.113.

22. Op. cit. - Larrey s.42.

23. m.in. J. Truta - The Principles and Practices of War Surgery „Mosby&Co” St. Louis 1943.

24. M. Fackler - Misinterpretations concerning Larrey”s method of wound treatment w: „Surg. Gynec. Obst.” 1989, 168 s.280 - 282.

25. L. Perzyna - Nauki cyrulickiey krótko zebranej część III Kalisz 1793.

26. Ibid - s.7.

27. najprostszy przepis zachował się w farmakopei wydanej przez M. Bergonzoniego - M. Bergonzoni, L. Lafontaine, B. Guidet - Przepisy lekarstw…Warszawa 1810 §138 i 139.

28. Op. cit. - Marchioni.

29. S. T. O’Sullivan - Baron Larrey and Cold Injury During the Campaigns of Napoleon w: “Annals of Plast. Surg.” 1995, 35, 4 s.448 - 449.

30. M. de Marbot - Memoires Paris 1891 vol.1 s.297 - 327.

31. Op. cit. - Larrey s.25.

32. Ibid - s.27.

33. list w zbiorach kolekcji „Wellcome” - cyt. Richardson.

34. M. Handelsmann - Warszawa w roku 1806/07 Warszawa 1911 oraz Fr. Giedroyć - Służba zdrowia w dawnem wojsku polskim Warszawa 1927.

35. Op. cit. - Larrey s.32.

36. A. Zahorski - Napoleon Warszawa 1982 s.313.

37. Op. cit. - Larrey s.44.

38. Ibid - s.51.

39. Op. cit. - Richardson s.117.

40. tu za: - R. Richardson s. 115 i R. Debenedetti - s.496.

41. tu cyt. za: - L. A. Brewer - Baron Dominique Jean Larrey [1766 - 1842]. Father of modern military surgery, innowator, humanist w: „Journ. of Thoracic. And Cardiovasc. Surgery” 1986, 29 s.1097.

---
Korespondencja ze zbiorów Arsenał - Stowarzyszenie Regimentów i Pułków Polskich 1717-1831, które współredaguje stronę Epoka Napoleońska.

---

Wskazane w treści obrazy znaleźć można w albumach poświęconych ich twórcom. Jako ilustrację wykorzystujemy mało znaną pracę Richarda Knoetla przedstawiającą Prusaków pod Pruską Iławą. Mieli swój udział w zadaniu strat opisywanych w tym tekście.

Biblia kawalerzysty napoleońskiego.
23/10/2024

Biblia kawalerzysty napoleońskiego.

Dzieło Antoine Fortuné de Brack pt. „Avant-postes de cavalerie légère" z 1831 roku, wydane przez Jana Mierzbę w Lipsku w 1864 roku, nakładem F.A.Brockhaus pod polskim tytułem „Służba Lekkiej Kawaleryi w polu przełożona z francuzkiego podług połączonych dzieł podpułkownika F. de Brack i Jenerała de la Roche Aymon”.

Praca pomyślana jako odręczna instrukcja weterana napoleońskiej kawalerii dla podkomendnych, do których wrócił po rewolucji lutowej, została wydana drukiem w ograniczonej liczbie egzemplarzy jedynie po to by nie tracić czasu na przepisywanie. Zyskała natychmiastowe uznanie. Wydana po wielekroć we Francji, przełożona na szereg języków stała się biblią kawalerzysty. Stanowiła praktyczny opis szkolenia, walki i życia codziennego lekkiej kawalerii tego okresu. Zawierała informacje od przyszywania guzików po taktykę i praktyczny wstęp do topografii. Całość oparta o fundamenty krwawej szkoły jaką dawały wojny napoleońskie. Sięgano po nią aż do wybuchu drugiej wojny światowej, która położyła kres tej broni w jej tradycyjnym, związanym z koniem znaczeniu.

Również w Polsce. Podczas powstania styczniowego została przyjęta jako instrukcja szkolenia kawalerii powstańczej. Tłumaczenie Jana Matlińskiego (pod pseudonimem Jan Mierzba) na język polski jest fascynującym dokumentem epoki. Łączy doświadczenia wojen napoleońskich, wyłożone przez weterana francuskim żołnierzom po rewolucji lipcowej 1830 r., która doprowadziła w sierpniu do wybuchu rewolucji belgijskiej, a ta z kolei do powstania listopadowego w Polsce. Miała być wykorzystana w naszym ostatnim powstaniu narodowym XIX wieku. Życiorysy autora oraz jego polskiego tłumacza to temat na osobną książkę. Jeśli jesteście Państwo tak jak ja miłośnikiem historii kawalerii to być może udzieli się Wam i moja fascynacja.

Ponieważ informacji tej brak na stronie Biblioteki Narodowej, a zdigitalizowana kopia pozbawiona jest wstępu i tłumacza i autora, przybliżę pokrótce sylwetki obu oraz przytoczę oba pominięte fragmenty w całości.

Antoine Fortuné de Brack urodził się 8 kwietnia 1789 w Paryżu, zmarł 21 stycznia 1850 w w Évreux. Był francuskim generałem i teoretykiem wojskowości. 30 grudnia 1805 roku został przyjęty do szkoły wojskowej w Fontainebleau, po czym przeniesiony do szkoły wojskowej w Saint-Cyr (rocznik 1806). Po ukończeniu szkoły, 5 marca 1807 roku został przydzielony do 7. Pułku Huzarów stacjonującego na Śląsku, pod dowództwem Colberta-Chabanais. Uczestniczył w kampaniach w Prusach, Polsce, Niemczech i Rosji jako oficer huzarów i adiutant generała Colberta. Odznaczony Legią Honorową za bitwę pod Wagram (w szczególności za działania wokół wyspy Lobau na Dunaju w dniach 5 i 6 lipca 1809 r., które przyczyniły się do zwycięstwa nad armią austriacką arcyksięcia Karola). W 1812 roku został przydzielony do 2. pułku szwoleżerów-lansjerów Gwardii Cesarskiej (t.zw. czerwonych lansjerów), w którym służył aż do bitwy pod Waterloo. Jak wielu weteranów napoleońskich w okresie restauracji Burbonów pozostawał poza służbą. Po paru latach przyjął stanowisko adiutanta cesarza Brazylii, Dom Pedro. Po rewolucji lutowej i powrocie do Francji został w 1830 roku przywrócony do służby w stopniu podpułkownika, najpierw do 3., potem do 8. Pułku strzelców konnych. W 1832 roku został mianowany pułkownikiem 4. Pułku Huzarów.
Awansowany do stopnia marechal-de-camp 24 sierpnia 1838 r., dowodził założoną w 1814 r. szkołą kawalerii w Saumur do 1840 r. Szkoła ta była głównym ośrodkiem szkolenia kawalerii we Francji, a jego praca i podręcznik znacząco wpłynęły na program nauczania oraz metody szkoleniowe. Dzięki niemu szkoła w Saumur zyskała renomę jako miejsce kształcące wykwalifikowanych oficerów kawalerii, którzy potrafili efektywnie dowodzić lekkimi oddziałami w różnych sytuacjach bojowych. Po opuszczeniu szkoły De Brack pozostawał na czele departamentu Eure aż do rewolucji lutowej 1848 r., kiedy przeszedł na emeryturę. Zmarł 21 stycznia 1850 r. Został pochowany w Fontainebleau. Pozostawiając po sobie trwałe dziedzictwo w sztuce wojennej i kształceniu następnych pokoleń kawalerzystów.

Jan Mierzba pozostaje postacią szerzej nieznaną. Metryka książki w Bibliotece Narodowej wskazuje, że pod tym pseudonimem pisał Jan Matliński (1827-1884). W sieci znaleźć można informację o Janie Kantym Aleksandrze Romanie Matlińskim urodzonym w 1829 roku w Dąbrówce, a zmarłym 22 marca 1884 roku w szpitalu św. Łazarza w Krakowie. Zbieżność imienia i dat wskazuje, że mimo różnicy w dacie urodzenia może chodzić o tę samą osobę. Czy jest to założenie trafne poddaję uwadze zainteresowanych. W razie potrzeby przeredagujemy i uzupełnimy tę notkę.

Jan Matliński, o którym wiemy, był lekarzem, uczestnikiem powstania styczniowego, cywilnym naczelnikiem powiatu włocławskiego oraz naczelnikiem cywilnym powiatu siedleckiego w czasie przygotowań do powstania. W czasie bitwy węgrowskiej pełnił rolę dowódcy sił powstańczych, a następnie oddziałów płk. Walentego Lewandowskiego (po schwytaniu jego do niewoli). Do Węgrowa przybył 23 stycznia 1863. Wspólnie z Władysławem Jabłonowskim kierowali 3 lutego 1863 bitwą z Rosjanami pod Węgrowem. Po walce wyprowadził powstańców z Węgrowa i klucząc w terenie dotarł do Siemiatycz, gdzie wziął udział w następnej bitwie 7 lutego 1863. Po tej walce wycofał się na Litwę, gdzie po kilku potyczkach ślad po nim zaginął. Po pewnym czasie znalazł się w Konstantynopolu. Potem powrócił do Krakowa i pracował w bankowości.

Wykształcenie medyczne tłumacza i doświadczenie wojskowe autora biją ze wstępu, którego brak w udostępnionym przez Bibliotekę Narodową egzemplarzu. Przytaczamy je w całości, z drobnym jedynie uwspółcześnieniem ortografii i gramatyki. Zapraszamy do lektury. Link do strony Biblioteki Narodowej w pierwszym komentarzu po postem. Wydanie francuskie udostępniliśmy już wcześniej. Na rynku dostępne jest również współczesne tłumaczenie pracy de Brack’a, pt. „Forpoczty kawalerii lekkiej”.

---

Służba Lekkiej Kawaleryi w polu
przełożona z francuzkiego podług połączonych dzieł podpułkownika F. de Brack i Jenerała de la Roche Aymon przez Jana Mierzbę, Lipsk F.A.Brockhaus ,1864

PRZEDMOWA.

Zamiarem moim było, przełożyć ściśle dzieła podpułkownika do Brack i jenerała de La Roche-Aymon; później jednak odstąpiłem od tej zasady, ponieważ w obu znalazłem prawic całe rozdziały dosłownie powtórzone. Podpułkownik de Brack sam w swojej przedmowie przyznaje, że wziął sobie za podstawę dzieło jenerała dc La Roche-Aymon. Postanowiłem zatem te dwa dzieła w jedno połączyć, ażeby ono zawierało wszystko, co się w każdym z nich znajduje, unikając przy tym niepotrzebnego powtarzania.
Drugą zmianę pozwoliłem sobie zrobić w formie przyjętej przez podpułkownika de Brack w jego dziele, to jest pytań i odpowiedzi. Podobny dialog zdawał mi się zbyt szkolnym i rozwlekłym.

Dalej opuściłem:
1° Wszystkie rzeczy przestarzałe, nie będące już w używaniu w teraźniejszej lekkiej kawalerii.
2° Usługę dział, gdyż ta, o ile kawalerzystom może być potrzebną, jest w regulaminie z 1848 r. zawartą.
3° Instrukcję medykalną i weterynarską, ponieważ od czasu, jak to dzieło wydanym zostało te nauki ogromny postęp zrobiły.

Podpułkownik de Brack powiada w swojej przedmowie, że nie trzymał się stałego porządku w ułożeniu rozdziałów, lecz spisywał wspomnienia: tak, jak mu się nastręczały. Tłumacząc musiałem przyjąć tę samą zasadę, o tyle, o ile mi tego połączenie z drugim dziełem dozwoliło.

Brak wielu wyrazów technicznych w naszej mowie wojskowej zniewolił mię utworzyć kilka nowych, które pod sankcję naszych wyższych oficerów poddaję. Tam, gdzie zmuszony byłem przyjąć obce używaniem przyswojone, uczyniłem to, dając zawsze pierwszeństwo francuskim nad niemieckimi.
Przedmowę podpułkownika de Brack do oficerów pułku, którym dowodził, umieściłem w całości, ponieważ z wyjątkiem kilku nieznaczących ustępów, do każdej armii da się zastosować.
W wielu przypiskach odwołuję się do organizacji lekkiej kawalerii austriackiej, ponieważ zdaje mi się, że ze wszystkich względów do pierwszego rzędu europejskich kawalerii policzoną być powinna.
Życzę sobie, aby to praca moja przyczyniła się do przekonania młodzieży naszej, że nie dosyć być odważnym, trzeba jeszcze nauki, karności i zupełnego przejęcia się duchem wojskowym, ażeby stać się dobrym żołnierzem i godnie utrzymać sławę, którą nam bohaterowie spod Somosierry i Grochowa w spuściźnie przekazali.

LWÓW dnia 29 Listopada 1863 r.
JAN MIERZB[A].

---

PRZEDMOWA PODPUŁKOWNIKA F. DE BRACK DO OFICERÓW I PODOFICERÓW 8ego PUŁKU STRZELCÓW KONNYCH.

Dole, dnia 5ego Maja 1831.

KOLEDZY!

Wstępując nazad do służby, po piętnastu leciech spoczynku, ciekawą i zajmującą jest dla mnie rzeczą, porównywać to, co jest dzisiaj, z moimi dawnymi wspomnieniami. W ogóle, znalazłem ważne polepszenia, lecz przyznać muszę, że nie zastałem kawalerii dostatecznie przygotowanej do wojny, i nawet ze smutkiem uważam, że się tradycje, zwłaszcza w użytecznych i niezbędnych szczegółach niejako zatarły.
Od lat piętnastu dużo pisano, lecz pisano tylko książki. Rozwinięto historię wojen i przypomniano ją jenerałom, ale skromna instrukcja kawalerzysty w kampanii niewiele na tym zyskała.
Pod tym względem bardzo mało jest wyjątków, a do tych policzyłbym w pierwszym rzędzie dzieła jenerała de La Roche-Aymon, który jako prawdziwy lekki kawalerzysta dużo pożytecznych rzeczy dodał do instrukcji Fryderyka Wielkiego. Szkoda, że ten jenerał, którego dzieła są tylko krótkim zebraniem jego trafnych spostrzeżeń na prawdziwym polu działań, nie ułożył całkowitej i elementarnej teorii dla kawalerzysty w kampanii. Taka teoria byłaby stałem prawidłem i dziełem klasycznym, z którego każdy dowódca oddziału mógłby czerpać naukę, gdy przeciwnie dzisiaj sam swoim rozumem jej brak zastępować musi.
Zanim takie dzieło wyjdzie, czego gorąco pragnę, zwłaszcza teraz, gdy wojna olbrzymim krokiem zbliżać się zdaje, biorę sobie za podstawę to, czego nas w czasie pokoju uczono; przywołuję moje dawne wspomnienia, porządkuję je podług dzieła jenerała de La Roche-Aymon i wam pod najprościejszą do spamiętania najłatwiejszą formą (nie teorii, lecz rozmowy) podaję.
Znajdziecie w nich wyniki tych zasad, które wam na naszych zebraniach klasycznych wykładałem.
Ci pomiędzy wami (a tych jest bardzo szczupła liczba) którzy na wojnie byli, znajdą w tym dziełku powtórzenie swoich własnych wspomnień. Reszta nauczy się tego, czego dotąd nie umie i użyje tej instrukcji jako memento, które niejedną rzecz przypomni i niejedną trudność załatwi.
Porządek, który wami przez lat piętnaście kierował, o tyle dobry skutek na was wywarł, o ile to mógł uczynić; przygotował rolę, teraz ją, zasiać potrzeba. Będąc zmuszeni, dopełniać ściśle liczne obowiązki, przezeń na was włożone, wykonywaliście dotąd raczej, aniżeli się zastanawiali. Na wojnie ciągłe, natężone zastanowienie z czynem w parze iść powinno. Machiny, jakkolwiek doskonałe, zatrzymują się, skóro tylko ich ruch wyjdzie z porządku. Na wojnie zaś prawie wszystko jest niespodziane, a zatem, zwłaszcza przy lekkiej kawalerii, gdzie często jest się samemu sobie zostawionym, trzeba prawie równocześnie zastanowić się i działać.
Słabą stroną wszystkich teorii jest to, że są tak oschłe. Słowo dla czego zdaje się dla nich nie istnieć, a jednak to dla czego jest duszą wszelkich naszych czynności. O tym to więc dla czego dziś mówić będziemy, ażeby przykłady, które w działaniu napotkamy, nie były ani teraz, ani w przyszłości stracone.
W czasie pokoju widzieliście, jak się co robi, teraz obaczycie, dla czego się to robi.
Tylko wojna uczy wojny. Musztry klasyczne, którym się właśnie oddawaliśmy, są tylko teorią mniej więcej wydoskonaloną, którą dopiero ni wojnie będziemy mogli zastosować.
Wojna tylko stawia nas, a zwłaszcza lekką kawalerię, w różnych położeniach i to zazwyczaj raptownych i niespodzianych, ona tylko nam ta same zdarzenia pod tysiącznymi różnymi postaciami przedstawia; chodzi zatem nie tylko o to, ażeby myśl na ten lub ów przedmiot zawczasu zwrócić, ale głównie i o to, żeby wzrok przyzwyczajać, dobrze widzieć, zdrowo rzecz osądzić, niczemu się nie dziwić, wreszcie umieć, jak najszybciej środki do okoliczności stosowne przedsięwziąć.
Trzeba się rodzić lekkim kawalerzystą. Żadne położenie nie wymaga tyle naturalnego usposobienia, tyle wrodzonego instynktu wojennego, jak położenie oficera lekkiej kawalerii. Powinien w sobie łączyć przymioty, stanowiące znakomitego człowieka, to jest: rozum, siłę i wolę. Ciągle sam sobie zostawiony, narażony na częste boje, odpowiedzialny nie tylko za oddział, którym dowodzi, lecz i za ten, który zasłania, musi on nieustannie używać wszystkich swoich sił, tak fizycznych, jak i moralnych. Ciężkim jest to zadaniem, lecz za to nastręcza sposobność, odznaczenia się codziennie. To wynagradza jego trudy tym więcej, że prędko może dać poznać swoją rzeczywistą wartość.
Często wam wspominałem jenerała Curely, który był ze mną w 1807 r. podporucznikiem a w 1813 r. został jenerałem.
Ale w 1806 r. o dwadzieścia mil przed naszą armią, na czele dwudziestu huzarów 7ego pułku rzucił postrach w pośród Lipska, gdzie stało 3000 Prusaków.
W 1809 r. o piętnaście mil przed dywizją, do której należał, na czele stu konnych strzelców i huzarów z 7ego i 9ego pułku, przeszedł niepostrzeżony przez całą armię austryjacko-włoską i dotarł aż do sztabu Arcyksięcia, główniekomenderującego [głównodowodzącego].
W 1812 r. pod Połockiem na czele stu konnych Strzelców z 20ego pułku, zabrał nieprzyjacielowi dwadzieścia cztery działa i wziął w niewolę jenerała, dowodzącego naczelnie armią rosyjską.
Ten człowiek, tak odważny, tak nieustraszony, tak zręczny, tak silnej woli, tak szybki, tak jasno pojmujący położenie, w śmiałych wyprawach, w których dowodził oddziałem, był zarazem lekarzem, konowałem, siodlarzem, szewcem, kucharzem, piekarzem, kowalem tegoż oddziału. A gdy przyszła chwila starcia się z nieprzyjacielem, wtedy był i najwaleczniejszym. żołnierzem Wielkiej Armii.
Gdy do boju stawał z oddziałem, jego ludzie byli zawsze lepiej od innych wypoczęci, lepiej do spotkania się z nieprzyjacielem przysposobieni, to też się to w ich czynach odbijało.
Czyż takiego człowieka można mierzyć piędzią stawiać go na równi z ogółem, lub utrzymywać w ciasnych karbach, w które współzawodniczą lub wyższa stopniem mierność znakomite talenty zwykle wcisnąć się stara? Curely służył już od lat piętnastu, i to ciągle podczas wojny, gdy otrzymał wreszcie szlifę oficerską. Czemuż tak długo na nią czekał? Ponieważ ci, którzy się mogli dla niego o nią upomnieć, sami nie mieli dosyć zdolności, ażeby się na nim poznać. Zostawał więc w cieniu, dopóki pewien pułkownik, człowiek podobnego jemu usposobienia, nie ocenił go i nie i zwalił zapory, która talent przygniatała. Jego tak szybki awans był więc tylko wymiarem sprawiedliwości, gdyż innych była w tym wina, jeżeli pierwej tak wolno postępował.
Jeżeli się nad tym dłużej zatrzymałem, to dla tego, ażeby ten fakt służył za przykład i ostrzeżenie. Człowiek nie powinien nigdzie więcej, jak w armii, starać się poznać swoich podkomendnych! i wydobyć zasoby, które oni posiadają. Nigdzie też więcej, jak tam, wymiar sprawiedliwości, nie powinien być całkowitszy i mniej podlegający drobnostkom, które nieraz z miłości własnej wypływają, a szlachetnego serca są niegodne. Małoduszne poddanie się takiemu uczuciu byłoby nie tylko wielkim błędem, lecz zbrodnią, gdyż położyłoby nieraz nieprzebytą tamę geniuszowi i pozbawiłoby Ojczyznę znamienitych usług. Starszeństwo niezawodnie jest prawem, i to bardzo poszanowania godnym, jednakże nie jest ono pierwszym. Armie, w których się za nadto ściśle tej zasady trzymano, zawsze były bite; gdy przeciwnie te, w których zasługa nie podlegała bezwzględnie jej nędznym wymaganiom, były zawsze zwycięskie. Przy równych zasługach pierwszeństwo należy się starszeństwu.
W 1815 r. Curely wystąpił ze służby, ponieważ nie zdołał się nagiąć do nowego stanu rzeczy. W parę lat później zbolała i chora dusza, strawiwszy w nim życie, uleciała, połączyć się z szlachetnymi towarzyszami broni, poległymi na polach bitew cesarstwa, lub na rusztowaniach restauracji. Drewniany krzyż oznacza miejsce, gdzie spoczywa na cmentarzu wsi, którą przed laty trzydziestu jako prosty ochotnik opuścił. Czemuż śmierć nie zaczekała? Byłby on jeszcze otrząsł z kurzu chorągiew, ukrytą pod ubogą strzechą. Sztandar wzięty na nieprzyjacielu, pole bitwy w dzień zwycięstwa, oto jedyna śmiertelna szata, jedyny grób, godne przyjąć zwłoki takiego męża.
Curely w moich oczach był wzorem lekkiego kawalerzysty. Wojując przez lat trzy przy jego boku, zachowałem w sercu i pamięci jego przykład i rady. Wpatrując się w niego, poznałem dopiero, ile to zalet potrzeba, by być znakomitym oficerem lekkiej kawalerii; i jeżeli później sam sobie zostawiony byłem, w kilku mniejszych spotkaniach szczęśliwie mi się powiodło, winienem to nauce i wspomnieniom, które mi po nim zostały.
Ażeby być dobrym oficerem przednich straży nie jest dostateczne być odważnym i dobrze pod ogniem komenderować. Trzeba umieć jak największą liczbę ludzi na pole bitwy przyprowadzić, i to w takim stanie, ażeby byli zdolni silnie i dzielnie uderzyć. Jeżeli nie najświetniejszą, to pewnie najważniejszą, jest ta druga niezbędna część naszej instrukcji, wymaga ona wiele połączonych warunków, a w garnizonie jej się nie nabędzie.
Mieć wprawę poznania stanu zdrowia ludzi i koni, znać leki w pewnych razach potrzebne, codziennie przeglądać dokładnie rynsztunki, wiedzieć, jakie naprawy są zawczasu potrzebne, przeglądać umontowanie [uprząż z siodłem], zaopatrzyć człowieka i konia we wszystko, co może być użyteczne, nie obciążając zbytecznie ostatniego, umieć dobrze urządzić pakunek, równość chodu w kolumnach marszowych utrzymać, dobrze obóz założyć, ciągle i doglądać wszystkiego, co w nim wpływ na zdrowie koni wywiera, poradzić Sobie w chwilowym braku kowala, umieć użyć narzędzia, zawarte w torebeczce [sakwach], wybrać właściwą, chwilę do jedzenia i spania, badać moralne usposobienie podkomendnych, utrzymać karność i nie dozwolić rezonować żołnierzowi, którego bojaźń przed odwachem i aresztem już nie trzyma, ciągle dozorować, ażeby żołnierze koni daremnie nie męczyli i tym ich siły nie zużywali, we wszystkich położeniach dać dobry przykład, i tym więcej stałości okazać, im położenie przykrzejsze i trudniejsze, umieć wreszcie wzbudzić w żołnierzach nieograniczone zaufanie, przywiązać ich do siebie, a w danym razie porwać ich do świetnego czynu, oto są rzeczy, których pokojowe teorie nie nauczą, które połączone z odwagą, bystrym wzrokiem i Szybkością na polu bitwy, stanowią, znakomitego oficera.
Pokój was wielu rzeczy nauczył; rozmaite ćwiczenia, którym się podczas niego oddawaliście, nie będą dla was stracone, chociaż nie wszystkie w praktyce znajdą zastosowanie. Z tej ciężkiej szkoły, która waszą wolę ugięła, i ciało wyćwiczyła, zachowacie szczególnie pojęcie karności i zręczność we władaniu bronią i koniem, które są fundamentalną podstawą taktyki. Odłączymy to, co jest niezbędne, od rzeczy mniej użytecznych i skupimy naszą uwagę, dziś wielu szczegółami rozerwaną, na główne punkty, którymi zupełnie zajętą być powinna.
«Wojna» mówił mi raz jenerał Lasalle «jest tym dla żołnierza, który nigdy z garnizonu nie wyszedł, czym świat dla młodzieńca, wychodzącego ze szkół; jest tym, czym jest zastosowanie do nauki.»
Podczas pokoju kawalerzysta nabył złych zwyczajów, których na wojnie pozbyć się musi. Ułatwienie, które nawet jest obowiązkiem, odesłania rzeczy, składających ubiór, rynsztunek, broń, do pracowni rzemieślników, dla zrobienia, chociażby i najdrobniejszej naprawy, gotowanie szwadronami, śmieszny zwyczaj utrzymywania golibrodów w szwadronach etc., są to ręczy, które przeszkadzają żołnierzowi, samemu o sobie pamiętać i umieć sobie poradzić.
Wielka ilość niepotrzebnych rzeczy, które żołnierz posiada, jak n p. spodnie przepisane do chodzenia pieszo w zimie, płócienne na lato, jednym słowem zbytek w rzeczach, przyzwyczają tylko żołnierza do tego, żeby mniej dbał o tej które mu będą niezbędnie potrzebne, jak n.p. rajtuzy. Ten zbytek wymaga przy tym ogromnego mantelzaka, który daremnie konia męczy, a zapewne będzie w magazynie zostawiony za pierwszym wystrzałem.
Dzisiejsze umontowanie konnego strzelca, lubi huzara, zdaje się być tylko na to obmyślane, żeby się mógł z wszystkimi mantelzakami przeprowadzić z jednej załogi do drugiej.
Muszę powstać przeciwko niewojskowej myśli, która przed parą laty te przepisy w życie wprowadziła. Oficer kawalerii, który był na wojnie, wie aż zanadto dobrze, że w kampanii żołnierze wkrótce wypróżniają mantelzaki, a to nie dla tego, żeby zużyli zawarte w nich rzeczy, lecz ponieważ takowe gubią. Gdyby przynajmniej mantelzak już próżnym pozostał, mniejsza byłoby o to, chodziłoby bowiem tylko o kwestię pieniężną, a dowódcom oddziałów szkodziłoby to o tyle, że pakunek ich żołnierzy wyglądałby brzydko; lecz tak nie jest. Kawalerzysta zawsze zapełnia miejsce rzeczy, które jako niepotrzebne wyrzucił, wszystkimi rupieciami, jakie tylko gdzie znajdzie, a których nie byłby brał nigdy, gdyby je nie miał gdzie schować. Mantelzak, który więcej zawierać może, jak dwie koszule, pokrowiec z niektórymi narzędziami i parę butów pod klapą, jest nie tylko niepotrzebnym, ale złym. Im mniej żołnierz ma rzeczy, tym więcej dba o nie, tym jest porządniejszym i lżejszym. Konni strzelcy gwardii odbyli w moich oczach całą kampanię rosyjską w jednym dolmanie i w jednych sukiennych spodniach węgierskich.
Wielkim złem w czasie pokoju jest to, że ani broń, ani koń do żołnierza właściwie nie należą. Ludzie piesi w pułku, których jest zawsze liczba znaczna, muszą rzeczy pożyczać, ażeby się ćwiczyć, walają skórzane przybory, broń psuja i konie narowią. Przez to niszczy się zajęcie, które człowieka przywiązuje do rzeczy, jego wyłącznemu używaniu oddanych.
W dawnej armii widziałem nieraz kawalerzystów, którzy dla tego urlopów brać nie chcieli, ażeby w ich nieobecności nikt ich konia i broni nie używał.
Poczucie własności wywiera najużyteczniejsze i najchwalebniejsze skutki; w czasie wojny jest ono zupełne; nic je nie razi, nic je nie narusza! Żołnierz jest jedynym właścicielem tego, co mu przy wyjściu z załogi powierzonym zostało; jego koń i jego broń stają się cząstką jego samego i tylko śmierć, lub przewinienie, zasługujące na hańbę, mogą mu je odebrać. Gdybym był miał szczęście, wami dowodzić podczas wojny, jak miałem ten zaszczyt w czasie pokoju, byłbym każdego prawo w tym względzie ściśle poszanował i najmłodszemu rekrutowi, mającemu dobre staranie o koniu, nie odebrałbym takowego, dla najużyteczniejszego oficera pułku, który swego, stracił.
Chcąc was przysposobić do praktycznego poznania służby polowej, spisałem me wspomnienia, i ułożyłem z nich to podręczne dziełko, które wam poświęcam. Uwagi, które na początku kładę, mogą. służyć za przedmowę.
Musiałbym ten manuskrypt sto razy przepisać, chcąc go każdemu z was wręczyć; ażeby sobie tej pracy oszczędzić, daję go do druku. Co się tyczy zredagowania tego pisma, oddaję je najzupełniej krytyce. Niechciałem napisać książki, ale być zrozumiałym i nauczającym.
Sądząc, że w dzisiejszych czasach spieszne zebranie tych zasad doda im wartości, spisałem moje wspomnienia w tym porządku, w jakim mi się przedstawiały. Dla tego jeszcze raz powtarzam, te kartki nie są teorią, ułożoną z tego, co słyszałem, lecz opowiadaniem tego, co widziałem, rozmową, której nie potrzebujecie się uczyć, tylko jej się czasem poradzić, a która bynajmniej tego nie wymaga, ażeby ją dosłownie pamiętać. Według mnie uczenie się dosłowne dobrem jest tylko w szkołach, zresztą jest umiejętnością głów miernych, które wolą pamięcią, jak rozumem pracować.
Niektóre punkty może wam się wydadzą nadto drobnostkowo obrobione i powtarzane; może być, że tak jest rzeczywiście; jeżeli w ten błąd popadłem, łatwo się tym pociesze, że w instrukcji lepiej za wiele, niżeli za mało powiedzieć zresztą nim ostateczny sąd wydacie, zaczekajcie żebyście widzieli zastosowanie, może mi wtedy przeciwną wadę zarzucicie.
Nauka jest arsenałem, z którego, gdy przyjdzie do działania, broń czerpać będziecie. Uczcie się zatem pilnie, ponieważ to rozwija dar, szybką myśleć i działać a w szybkim myśleniu i działaniu leży cała tajemnica, ażeby zostać wzorowym oficerem. Nigdzie więcej, jak w lekkiej kawalerii, nie widzimy zupełnego zastosowania słów wielkiego człowieka: «Szybkość jest geniuszem».
Instrukcji teoretycznej nie można udzielać, tylko w pewnych zakresach, które wojna rozbije. Sucha forma, pod którą się przedstawia młodej wyobraźni nie włożonej jeszcze do naszego zawodu, i marzącej tylko o świetnych czynach na polu bitwy, musi od niej odstręczać. Często także młody człowiek, który później będzie zaszczytem naszej armii, obrzydza sobie służbę, ponieważ bywa postawiony pod ciężką ręką kapralizmu wszech stopni, który mu nie umie wyjaśnić przyczyny, dla czego się co robi. Bujna jego myśl wtedy jest niezadowoloną, ponieważ widzi tylko czczą formułkę tam, gdzie kto inny pokazałby jej rzecz. Niechże taki młody człowiek cierpliwie się uczy, później sam znajdzie sposobność, naukę zastosować. Za pierwszym wystrzałem będzie miał wolne ręce, otrzęsie się z kurzu rajtszuli [szkoły jazdy konnej] i koszar; odetchnie pełną piersią; ciasny widnokrąg już jego wzroku nie zatrzyma! Wtedy to nabyte teorie uregulują jego polot i usuną trudności, które napotka. Dzisiaj ta chwila może już bardzo nie daleko. Niechaj sobie tymczasem przypomni ołowianą podeszwę, przywiązywaną do koturn rzymskich rekrutów.
Gdy przyjdzie czas, zastosować nauki, jest się tedy tylko w nie rzeczywiście bogatym, gdy się im jest za nadto. Gdy ta ważna godzina wybije, już za późno będzie się uczyć, lecz właśnie wtedy trzeba będzie wybrać to, co pożyteczne, a wszystko niepotrzebne zapomnieć. Zresztą wojna przedstawia tyle różnych chwil, tak rozmaite położenia, że możemy w nich znaleźć nieprzewidzianą porę, w której będziemy mogli zastosować także zapas naszych wiadomości; a gdyby ten, choćby raz tylko w życiu nam się przydał, wynagrodzi tym sowicie cały rok pracy.
Gdy ja i moi rówieśnicy przybyliśmy do obozu, nie umieliśmy zgoła nic, a ponieważ nas w szkole wojskowej właściwie na oficerów piechoty kształcono, z początku kampanii bardzo lichymi byliśmy kawalerzystami. Nasze wychowanie ukończyło się dopiero pod szablami, które nieraz dziesiątkowały nasze niewyrobione i niezgrabne szeregi. Ani nasza dobra wola, ani nasz zapał nie wystarczały. Co krok zatrzymywała nas ta nieszczęsna nieumiejętność; brakowało nam tego, co wy posiadacie, to jest teorii. Pracując staliśmy się wreszcie lepszymi kawalerzystami, niżeli wy dziś jesteście, gorszymi aniżeli może będziecie. Jesteśmy lepszymi od was ponieważ mamy za sobą owe piękne dni Jeny, Friedlandu, Wagram, Eylau, Możajska, które nasze ciała zahartowały i nasze pojęcie rozwinęły. Będąc żołnierzami wielkiego wodza, aktorami najwznioślejszego dramatu tego wieku, mogliśmy nauczyć poznawać przyczyny zwycięstw i klęsk. Wielkie dnie zaświecą i dla was; miejmy nadzieję, że naukę będziecie czerpać w księdze zwycięstwa.

Wasz przyjaciel

F. DE BRACK,
podpułkownik dowódca pułku.

Adres

Ulica Kazimierza Brodzińskiego 2
Warsaw
01-557

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Arsenał - Stowarzyszenie Regimentów i Pułków Polskich 1717-1831 umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Ta Organizacja

Wyślij wiadomość do Arsenał - Stowarzyszenie Regimentów i Pułków Polskich 1717-1831:

Udostępnij