18/04/2026
O naszej wielkiej i wspaniałej Sprzymierzeńczyni, związanej z Stowarzyszenie Kongres Kobiet od zawsze Pani Barbarze Labudzie, która właśnie kończy 80 lat warto przeczytać podlinkowany post. Znajdziecie tam Jej nietuzinkową biografię, którą można by obdzielić kilka osób.
https://www.facebook.com/share/1DdVgVx2u4/
Barbara Labuda (z domu Ciesielska) – działaczka opozycji demokratycznej w czasach PRL-u, Solidarności lat 1980 – 1989, więzień polityczny, polityk, posłanka na Sejm X, I i II kadencji, minister w Kancelarii Prezydenta RP, ambasador RP w Luksemburgu, działaczka Kongresu Kobiet.
Poniżej zamieszczam (w częściach) opowieść Basi Labudy z kwietnia 2017 roku, o Jej działalności poczynając od 1968 roku, pobycie w Paryżu w latach ’70 ub.w., poprzez działalność w Pierwszej Solidarności a kończącą się w stanie wojennym i trochę w 1989 roku. Zdecydowałem się na zamieszczenie obszernej opowieści, z kilku względów, po pierwsze z powodu unikalności Jej doświadczeń, po drugie bo wciąż zbyt rzadko opisujemy losy kobiet, w tym nawet tak wybitnych i dzielnych jak Barbara Labuda, a po trzecie ponieważ jest siostrą mojego przyjaciela Janka Ciesielskiego i dlatego mieliśmy jako grupa krakowsko-nowohucka bardzo bliskie kontakty z Wrocławiem w latach ’80 ub. wieku i wreszcie dlatego, że jest członkiem Stowarzyszenia „Sieć Solidarności”.
Basia kończy 80 lat.
***
Barbara Labuda, Warszawa, kwiecień 2017
W czasie Karnawału Solidarności, po raz pierwszy i jednocześnie ostatni w moim życiu, miałam tak wszechogarniające poczucie braterstwa. W sensie moralnym i emocjonalnym, a także politycznym to było coś cudownego.
Rok 1968
Polityczny chrzest bojowy przeszłam w roku 1968., w marcu. Studiowałam wtedy Romanistykę w Poznaniu. Razem ze studentami różnych uczelni stałam na cokole pomnika Adama Mickiewicza i krzyczałam do robotników Cegielskiego – „chodźcie z nami!”. Obok mnie stał Rysio Krynicki i paliliśmy Trybunę Ludu. Potem Rysio napisał swój słynny wiersz zadedykowany Michnikowi I naprawdę nie wiedzieliśmy, w którym pisze – „paliliśmy papierosy i kłamliwe gazety”.
Nie wyrzucili mnie wtedy z uczelni. Uratował mnie Staszek Barańczak, który był w egzekutywie PZPR-owskiej. Wstawił się też za kilkoma innymi osobami. Słynny rok 68. stał się dla mnie ważny również z drugiego powodu – podczas protestów studenckich poznałam Olka Labudę (Aleksander Wit Labuda), który ukończył Romanistykę w Poznaniu i jako wybitny absolwent dostał pracę na Uniwersytecie Wrocławskim. Ja protestowałam w Poznaniu, a on we Wrocławiu. W tych dwóch miastach to trochę inaczej wyglądało, bo my organizowaliśmy wiece, a oni okupowali uniwersytet. Wkrótce pobraliśmy się, ukończyłam magisterkę, urodziłam synka Mateusza, a Francuzi zaproponowali mężowi etat na Sorbonie. Bezpieka namawiała nas, oczywiście, na współpracę, ale kategorycznie odmówiliśmy i mimo to, ku naszemu zdumieniu, dostaliśmy paszporty.
Francja lata '70
Wyjechaliśmy w 1970. roku. Mąż pracował, a ja studiując na Uniwersytecie Paryskim – Paris VII, świetnej uczelni, zaprzyjaźniłam się z mnóstwem bardzo interesujących ludzi, nie tylko z Francji, ale i różnych zakątków świata, często związanych z lewicowymi i skrajnie lewicowymi ruchami. Tak więc według polskiej prawicy jestem stereotypem – lewaczka związana z trockistami, feministka, antyklerykałka, kosmopolitka. Byłam zachwycona ówczesną Francją – zrewolucjonizowane po Maju 68. uniwersytety, kulminacja kulturowego i politycznego buntu młodzieży. Na ścianach akademików portrety Che Guevary, Herberta Marcuse, gorące dyskusje anarchistów z trockistami, przyjaźnie z urugwajskimi partyzantami Tupamaros, walka o równouprawnienie ludów ciemiężonych przez dyktatury i krwiożerczy kapitalizm, renesans kolorowego feminizmu. Lewica, zwłaszcza skrajna lewica, to było wówczas jedyne środowisko, które interesowało się nami z Europy Wschodniej, społecznościami żyjącymi pod butem sowieckiego tyrana i to byli jedyni ludzie, którzy zgodzili się przemycać sprzęt poligraficzny do Polski, nawet później, w stanie wojennym. Wielu moich francuskich lewicowych przyjaciół pomagało polskiej opozycji. Podobnie jak lewicowcy ze Szwecji, Niemiec, Wielkiej Brytanii czy Włoch. W historycznej narracji o polskim podziemiu lat 76-89 ten wątek jest prawie zupełnie pomijany. A przecież tak wielu zachodnich lewicowych związkowców nam pomagało, z Force Ouvriere i CFDT. Mój przyjaciel, były trockista, teraz socjalista, Claude Sardais, gdy był przewodniczącym Związku Hutniczo-Metaluricznego Okręgu Paryskiego dowiedział się o strajku w stoczni w 80. roku, wsiadł w samolot i przyleciał do Gdańska by poprzeć strajk. Jest takie zdjęcie – L**h Wałęsa trzyma garść pieniędzy, a koło niego stoi uśmiechnięty mężczyzna. To Claude, który przywiózł kilkadziesiąt tysięcy franków na rozwój Solidarności. Nawet się nie przyznał, że to są jego prywatne pieniądze. Kiedy w wolnej Polsce zostałam ministrem, to podziękowałam francuskiej lewicy, także w imieniu prezydenta mojego państwa, za pomoc, jaką nam niosła.
We Francji związałam się również z ruchem feministycznym MLF (Mouvement de Liberation des Femmes), gdzie działałam aż do powrotu do Polski, między innymi w grupie Polityka i Psychoanaliza. Zaś naszymi polskimi kontaktami we Francji byli głównie młodzi żydowscy emigranci wyrzuceni z Polski w 68. roku, związani z francuską lewicą oraz osoby skupione przy piśmie Aneks Alika Smolara. Ponieważ jesteśmy oboje niewierzący, nie mieliśmy kontaktu z konserwatywną Polonią, która wydawała nam się bardzo kościółkowata i zapyziała. Z ludźmi z Kultury Paryskiej spotykaliśmy się głównie w sprawie książek, które szmuglowaliśmy do Polski. Pewnie jestem w skrajnej mniejszości, ale delikatnie mówiąc, nie przepadałam za Giedroyciem, przy całym szacunku dla jego wielkich dokonań. Sprawiał wrażenie osoby protekcjonalnej i nie rozumiejącej realiów PRL-u. Strasznie wyrzekał na mało czytelny druk naszych podziemnych pism, nie zdając sobie sprawy, w jakich warunkach powstają, jak trudno jest zdobyć papier, farbę drukarską etc. Jestem jednocześnie bardzo mu wdzięczna, bo zarówno Giedroyć, jak i Herling-Grudziński wspierali moje krytyczne wypowiedzi na temat nietolerancji i rosnącej wszechwładzy Kościoła w niepodległej Polsce, gdy już byłam posłanką.
Powrót do Polski
We Francji znalazłam ciekawą pracę, a mąż nadal kontynuował swoją. Mogliśmy zostać w tym pięknym kraju, w którym tak dobrze się czuliśmy, mieliśmy dużo przyjaciół i możliwość rozwoju zawodowego. Oboje byliśmy dwujęzyczni, a nasz synek szybko się zaaklimatyzował. Lecz z powodów – mówiąc górnolotnie - patriotycznych wróciliśmy do Polski, uznając, że jesteśmy bardziej potrzebni naszemu krajowi, w którym trzeba obalać komunę. Do działania często popychało mnie w życiu coś w rodzaju posłannictwa, czy nakazu moralnego, które każe walczyć i zmieniać świat na lepszy – to też brzmi górnolotnie, ale, cóż, to prawda. Tak więc wróciliśmy do ojczyzny, do Wrocławia i – doznałam szoku. Tak dużego, że początkowo chciałam natychmiast wyjeżdżać do Paryża. Polska wydała mi się obezwładniająco szara, brudna i zatęchła, a rodacy smutni, zabiegani wokół codziennych, drobnych spraw, marzący o małym fiacie a nie o obalaniu ustroju. Nawiązaliśmy kontakty też z innymi, ze środowiska uczelni czy kiełkującej opozycji, ale była to ledwie garsteczka. Wśród nich był Karol Modzelewski, z którym się zaprzyjaźniliśmy. Kontakty były o tyle łatwiejsze, gdyż po wyjściu z więzienia osiadł we Wrocławiu,. Ale nawet ci światli i odważni ludzie widzieli potrzebę jedynie politycznych zmian, nie obyczajowych i mentalnościowych.
Dzięki rozległym kontaktom we Francji przywoziliśmy do Polski „zakazane” książki. W 1975. zatrzymali mnie i męża na granicy, gdy przemycaliśmy w dwóch wielkich walizach m.in. Kultury Paryskie, tomy Sołżenicyna, książki o rosyjskich dysydentach, o gułagu, analizy politologiczne dotyczące całego bloku państw Europy Wschodniej. Oczywiście zabrali nam te książki oraz zrobili rewizję osobistą, a ja miałam przy sobie list do Adama Michnika od Aleksandra Smolara, który miała odebrać Halina Mikołajska. Na szczęście udało mi się go tak ukryć, że nie znaleźli.
Po powrocie do kraju zaczęła się ciągła inwigilacja przez bezpiekę, zwłaszcza, że na początku 1975-go mój mąż podpisał słynny list 59-ciu przeciwko kierowniczej roli partii, no i wpadliśmy na lotnisku z tymi walizkami. Mojego męża chciano za to usunąć z uczelni, lecz w czasie procesu wybroniła go starsza profesura. Bardzo szlachetni ludzie. Gdy w 76. roku narodziło się tak wspaniałe zjawisko, jakim okazał się KOR (Komitet Obrony Robotników), ja i mój mąż na zebraniu u Staszka Barańczaka, współzałożyciela KOR-u postanowiliśmy, oczywiście, wspierać tę organizację i uczestniczyć w akcjach organizowanych przez KOR. We Wrocławiu powstała mocna grupa KOR-owska – nie mówię, że liczna, bo była nas garstka. Zbieraliśmy i przekazywaliśmy informacje o prześladowanych, zbieraliśmy dla nich pieniądze, organizowaliśmy wydawanie bibuły, kolportowaliśmy Robotnika oraz Biuletyn i w ten sposób zwerbowałam kilka osób z Uniwersytetu Wrocławskiego. Jeden z naszych kolegów uniwersyteckich po lekturze Biuletynu tak bardzo przejął się losem pewnej kobiety i jej męża robotnika z Radomia, który na komisariacie przeszedł tzw. „ścieżkę zdrowia”, a w celi szereg upokorzeń, że przekazał im wszystkie pieniądze, które miał przy sobie. Było to 2000 zł, czyli cała asystencka pensja. I ciekawe, jak toczą się ludzkie losy, gdyż potem ten wspaniały człowiek już w wolnej Polsce został prorektorem Uniwersytetu. Rozdawałam bibułę też osobom z „drugiej strony”, jeśli wzbudzali jakieś nadzieje przemiany. Jedną z nich był mąż koleżanki z pracy, adwokat należący do PZPR-u. Ten człowiek również bardzo przeżywał to, czego dowiadywał się z korowskich Biuletynów i coraz silniej wspierał naszą opozycyjną działalność, aż wreszcie rzucił legitymację partyjną, przystąpił do „Solidarności”, a w stanie wojennym został jednym z najbardziej oddanych obrońców więźniów politycznych, między innymi moim.
Ważną częścią wywrotowej, jeszcze przed sierpniowej pracy było organizowanie spotkań politycznych i edukacyjno-kulturalnych, między innymi w ramach Latającego Uniwersytetu. Toczyliśmy podczas nich wielogodzinne dyskusje o polityce, przyszłości kraju, o kulturze, sztuce i zakazanych książkach z udziałem często ich autorów lub jakiś innych wyklętych przez władzę intelektualistów oraz politycznych strategów, jak Kuroń, Geremek czy Michnik. Zebrania były na ogół bardzo nieliczne, kilkuosobowe, bo, pamiętajmy, działo się to w czasach zaszczuwania i tępienia jakiejkolwiek wolności działania. Miały one jednak wielki wpływ na nasze myślenie o Polsce i świecie oraz na późniejsze decyzje polityczne. Niektórzy z naszych przyjaciół, zwłaszcza z SKS (Studencki Komitet Solidarności) wyspecjalizowali się w wojażach po Dolnym Śląsku, do Wałbrzycha (kopalnie węgla brunatnego), do Zagłębia Miedziowego (potężne kopalnie miedzi), by zasiewać tam opozycyjne ziarno i trafiać do środowisk robotniczych. A było to obciążone ogromnym ryzykiem wpadki i odsiadki. Na początku, po powrocie do kraju, nie mieliśmy kontaktów z Kościołem. Dzięki nowym przyjaciołom, katolikom z KIK-u, takim jak Teresa Szostek i Maciek Zięba, który później wstąpił do zakonu czy Rafał Dutkiewicz, który był w podziemiu moim łącznikiem (w wolnej Polsce prezydent Wrocławia) chodziliśmy na ciekawe opozycyjne spotkania, nazywane „zgęstkami”, odbywające się zarówno w KIK-u, jak i w salkach katechetycznych. Znaczna część opozycji we Wrocławiu (wydaje mi się, że i w innych miastach) była agnostykami i pięknie udało się nam wspólnie zbudować twórczą symbiozę świata katolickiego i laickiego. Część księży pragnęła wprawdzie mieć nad nami kontrolę, ale byli i tacy, którzy okazywali ufność i otwartość. Wiedzieli, że nie chodzimy do kościoła, nie mamy kościelnych ślubów, nie chrzcimy dzieci i nie wysyłamy ich na lekcje katechezy, ale nas nie nawracali.
W latach 1975 – 1980 udało nam się stworzyć we Wrocławiu silne, choć nieduże środowisko opozycyjne, które żyło w kompletnie innej, odrębnej rzeczywistości, paralelnej do tego, co działo się w PRL-u. Mieliśmy swoje własne życie polityczne, kulturalne, własne uroczystości, swój zupełnie odmienny styl przeżywania, a nawet noszenia się, ubierania. A przede wszystkim mieliśmy całkowicie odmienne cele polityczne. Nasza działalność przygotowywała nas do zbiorowego protestu, toteż strajki w Lublinie, a potem sierpniowe na wybrzeżu nas nie zaskoczyły tak bardzo, jak innych. Jacek Kuroń, który miał wielką intuicję polityczną szykował nas, młodych inteligentów, naukowców i studentów na te wydarzenia wielokrotne powtarzając na długo przed strajkiem w Lublinie – „nie wyjeżdżajcie na wakacje, bo trzeba będzie pomagać robotnikom, gdy wybuchną strajki”.
Jutro ciąg dalszy.