17/05/2026
Wczoraj w Górze Kalwarii dzik został potrącony przez pociąg.
Cierpiące zwierzę znalazł mężczyzna, który natychmiast przekazał wiadomość na FB i zaczął szukać pomocy.
Nasi aktywiści również rozpoczęli działania w tym samym kierunku. Natrafiliśmy na wyjątkowo gruby mur. Żadna ze służb do których popłynęła nasza prośba nie podjęła się akcji ratunkowej. Ani te stricte związane z pomocą zwierzętom, jak i weterynarii oraz służby mundurowe. Dzwoniliśmy do łowczego, jednak okazało się, że w weekendy nie odbiera , w LM usłyszeliśmy, że to nie rejon.
Późną nocą kilka osób z Warszawy pojechało na miejsce aby przekonać się czy sytuacja się zmieniła. Niestety nadal przy torach leżało ranne zwierzę. Dzik wciąż żył i był już bardzo wyczerpany i cierpiący. Wiedząc, że policjanci mają w swoich obowiązkach interwencję w takich przypadkach, ponownie nastąpiła próba kontaktu. Znowu nieskuteczna. Na miejscu spotkaliśmy także Panią Karolina Jaworska z mężem - miejscowe osoby, które także od wielu godzin usiłowały pomóc, wykonały dziesiątki telefonów i odbijały się od tej samej ściany.
Rano ponownie nastąpiły próby wezwania policji.
Rano ponownie dwie osoby aktywistyczne pojechały na miejsce. Tym razem był tam człowiek, który znalazł dzień wcześniej dzika i pani z Urzędu Gminy, która widząc post na Fb natychmiast zaczęła bardzo intensywnie działanie. W końcu pojawił się funkcjonariusz Policji, jednak niczego się od niego nie dowiedzieliśmy.
Po kolejnej godzinie udało się skontaktować z łowczym i po wielu godzinach leżenia, cierpienia ogromnego bólu i samotności ofiara wypadku została zastrzelona przez myśliwego, gdyż na godną eutanazję nie było szans.
Nasuwa się wiele pytań, na które ciężko znaleźć odpowiedź ale zamiast się rozwodzić w nieskończoność chcemy zwrócić uwagę na to, że wciąż panuje olbrzymi bałagan i brak konkretnych uzgodnień na działanie w takich sytuacjach.
Potrzebna jest jednostka zadaniowa, która udzieli pomocy, przewiezie zwierzę do ośrodka rehabilitacji (co też jest niezmiernie trudne, poza tym takich ośrodków jest jak na lekarstwo) lub w koniecznym wypadku dokona eutanazji i zajmie się ciałem ofiary. Ponadto dowiedzieliśmy się, że gminy nie mogą podpisywać umów z weterynarzami na wypadek podobnych sytuacji, gdyż brakuje zgody Regionalnej Izby Obrachunkowej.
Brak takiej zgody to z kolei przyzwolenie na koszmarne cierpienia zwierzęcych ofiar i bezskuteczną traumatyczną wręcz walkę ludzi, dla których ich życie oraz ból coś znaczą.
Jest jeszcze ważna dla nas kwestia i jakoby ciekawostka dla czytających. Pod postem z informacją i prośbą o pomoc pojawiło się wiele komentarzy myśliwych. Od razu wyprowadzimy z błędu - nie oferowali swojej pomocy, nie dawali konstruktywnych porad. Ich komentarze były prześmiewcze i napastliwe, brakowało w nich empatii i współczucia mimo publicznych deklaracji o ich miłości do przyrody i zwierząt. Czytamy natomiast pełne satysfakcji stwierdzenia, z którymi już się spotkaliśmy.
Mianowicie, że "myśliwi są jednak potrzebni".
Mówimy temu stanowcze NIE!
Przyroda nie potrzebuje myśliwych, NIKT ich nie potrzebuje.
To, że myśliwy "dobił" konające zwierzę nie jest dowodem na sens istnienia tej grupy. To bardzo wygodne stwierdzenie ale nie jest ono prawdziwe.
Nieść pomoc zwierzętom, także w sytuacjach krańcowych, powinni lekarze weterynarii i tylko Oni.
Wielu z nich podjęłoby się tego zadania. Jednak potrzebne są regulacje pozwalające na działania leg artis. Takie prawo powinno przysługiwać nie tylko psom i kotom, dla których znajdują się w gminach p**e na rzeczywiście potrzebne sterylizacje i kastracje.
Potrzebne są także odpowiednie miejsca rehabilitacji lub wsparcie już istniejącym, gdyż nie zawsze jest tak, że pomoc to wyłącznie śmierć.
Bez traktowania dzikich zwierząt jako podmiot, czującą istotę -niczego nie osiągniemy.
Czas na poważną refleksję i działanie.
Nie zamieszczamy więcej zdjęć i filmów.
Chociaż tyle możemy zrobić dla godności odchodzącego zwierzęcia.