01/04/2026
Na zdjęciu niejaki Marcin Zarębski, buraczany polonista z Podkarpacia, który w moim wspomnieniu o zmarłym koledze próbował mi wytknąć błąd językowy. Obiecałem mu wtedy, że tak tego nie zostawię i że wrócę do tematu, więc wracam. Już wtedy nazwałem go burakiem, więc headline nie powinien być dla niego zaskoczeniem. Teraz natomiast wyjaśnię, dlaczego uważam go za skrajną buraczaną mendę.
Sprawa wygląda tak: 2 lutego opublikowałem na FB tekst wspomnieniowy o moim wykładowcy, który umarł nagle i niespodziewanie, czym pogrążył nas wszystkich w głębokim smutku. Tekst był bardzo osobisty, a na jego zakończenie zwróciłem się wprost do zmarłego i zawołałem: „Dziękuję, Kacper, za tę czwórkę na egzaminie. Trochę się wtedy skrzywiłem, że obniżyłeś mi ocenę, ale jeśli moja wiedza była na czwórkę, to Twoja była daleko poza skalą. Żałuję, że nie poznałem Cię lepiej. To Ty miałeś zostać moim wzorem etnografa!”
To wspomnienie poruszyło wielu ludzi, choć Kacper był dla nich osobą nieznaną. Wpis udostępniono ponad 500 razy, ponad 11 tysięcy osób dało serduszka, pojawiło się mnóstwo komentarzy od osób głęboko poruszonych tym wspomnieniem, a fragmenty przedrukowała Gazeta Wyborcza. Pisano, że tekst jest piękny, ważny, a różni ludzie dziękowali mi i odczuwali żal.
I na to ten burak z Podkarpacia pisze mi, że wszystko świetnie ładnie, ale nie Kacper, tylko Kacprze się pisze. Mam używać wołacza, bo buraczany polonista tak woli.
Powiem szczerze, że spadłem z krzesła.
Odpisałem mu więc dość uprzejmie, że będę używał takiego przypadka jaki mi pasuje, gdyż to ja używam języka, a nie język mnie. I jeszcze dodałem: Pozdro!
Ale burakowi to nie wystarczyło. Brnął dalej, że będzie wytykał błędy, by językowi zwracać należny mu honor.
Rozumiecie go? On będzie „językowi zwracać należny mu honor” w moim wspomnieniu o zmarłym koledze.
Na to włączyli się inni komentujące, zwracając Zarębskiemu uwagę, że może nie powinien się czepiać, a ten - uwaga - napisał, że „Edukacja ponad wszystko, dbanie o nasz język jest moralnym obowiązkiem każdego obywatela”. Według tego buraka wytykanie błędów w epitafiach jest moralnym obowiązkiem każdego obywatela!
Napisałem mu więc, że jest po prostu "smutną ofiarą polskiego systemu szkolnego, zinternalizowałeś przemoc i przyjąłeś ją jako moralną konieczność, co jest i smutne i groźne. Pomysł, że twoim obowiązkiem jest wytykać innym błędy jest niestety ponurym podsumowaniem polskiej szkoły”. Czyli ciągle jeszcze unikałem powiedzenia mu wprost, że jest burakiem, tylko starałem się zwrócić uwagę na działający tu mechanizm.
Ale burak dopiero się rozpędzał. Napisał mi, że to ja jestem ofiarą bezstresowego wychowania, „czego rezultatem jest mentalność róbta co chceta, a zasady są kajdanami. Każda uwaga jest atakiem, a szkoła więzieniem. W świecie nie ma autorytetów, to i zasady gramatyczne to dla ciebie stek bzdur, bo liczysz się tylko ty. Ot, esencja twojej osobowości. Powodzenia w życiu szczególnie dla osób wokół, bowiem ich krytyki nie udźwigniesz”.
Zapytałem go więc, czy pamięta, że pisze pod wspomnieniem o moim zmarłym koledze. Ostrzegłem, że do tego szerzej się odniosę, bo takiej mendowatosci to ze świecą szukać, na co burak napisał - uwaga - „sam jesteś mendą. Udajesz troskliwego, a po innych jeździsz, bo ktoś śmiał ci zwrócić uwagę. To dopiero podłość”.
Typ napisał mi pod wspomnieniem o moim zmarłym koledze, że jestem mendą, bo napisałem Kacper nie Kacprze. Porzuciłem więc buraka uznając, że dalsza rozmowa nic już nie wniesie, a gdy inni zwracali mu uwagę, żeby się opamiętał, odcinał się opryskliwie, pani Barbarze kazał milczeć, a panią Aldonę nazwał lokalną idiotką.
Oto jaką mendą jest ów burak polonista, którego macie na zdjęciu - każdy może sobie wyrobić opinię, czy działa w imię honoru należnego językowi. Zachęcam do zbadania jego profilu. Nie znajdziecie tam żadnych pięknych tekstów, które można by uznać za buraczany wkład w rozwijanie języka rodzimego, burak polonista powiela tam tylko jakieś memy.
Dobra, c**j z nim, przejdę teraz do podsumowania językowego. W komentarzach zwracano już uwagę burakowi poloniście, że od dziesięcioleci w języku polskim mianownik wypiera wołacz no i że w moim tekście nie zauważył stylizacji na język potoczny, więc w sumie błąd sobie uroił. Ale on tego nie kuma, więc ja skupię się na innym, dużo ważniejszym temacie: samym języku. Spróbuję wyjaśnić, jaki mechanizm stoi za buraczanym zwyczajem zwracania innym uwagi na błędy językowe, który jest powszechny w polskim życiu językowym.
Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że nie ma czegoś takiego jak "poprawna wersja języka". To co burak polonista uznaje za poprawną wersję jest wersją wytworzoną przez klasę inteligentów w czasie formowania się państw narodowych (czyli pod koniec XIX wieku) na podstawie języka używanego przez klasę dominującą. Ta wersja została przyjętą przez dominującą elitę jako właściwa, a następnie została wdrożona do szkolnictwa powszechnego jako wzorzec. Warto to zrozumieć. Ów wzorzec pomijał regionalizmy, naleciałości, gwary oraz języki wiejskie i robotnicze i stał się matrycą, do której zaczęto wtłaczać szerokie masy społeczne - często za pomocą rózgi, wyśmiewania, napiętnowania i kar - czyli prościej mówiąc, przemocy. Przy okazji aktywnie zwalczano języki regionalne jako wieśniackie. To, co burak polonista uważa za poprawny język polski, jest więc formą kodu rozpoznawczego, po którym dominujące elity rozpoznają swoich i eliminują innych, czytaj: słabiej wykształconych, przedstawicieli niższych klas, ludzi ze wsi oraz imigrantów czy osoby z niepełnosprawnościami.
Język sam w sobie nie ma żadnego obiektywnego wzorca, ani fundamentu. Językoznawcy i antropolodzy zwracają na to uwagę od lat. Jak pokazywał Ferdinand de Saussure, znak językowy jest arbitralny – nie istnieje żaden naturalny związek między słowem a rzeczą, którą opisuje. To, że mówimy „drzewo”, a nie „tree” albo „arbre”, wynika wyłącznie z umowy społecznej. Claude Lévi-Strauss rozwijał tę myśl, pokazując, że znaczenia nie są „w rzeczach”, tylko powstają w relacjach między elementami systemu dźwięków. Z kolei Jacques Derrida pokazał, że znaczenie nigdy nie jest ostateczne – zawsze zależy od kontekstu i ciągle się przesuwa. Pierre Bourdieu zauważył natomiast coś kluczowego: to, co uznajemy za „poprawny język”, nie jest bardziej prawdziwe od innych form języka, tylko zostało uznane za obowiązujące przez instytucje władzy – szkołę, państwo, elity. Innymi słowy: język to nie odbicie rzeczywistości, tylko system umów, a „poprawność” to nie fakt, tylko struktura władzy.
Czy burak mnie słyszy?
Język to arbitralnie przyjęte dźwięki, które nie mają żadnego uzasadnienia w obiektywnej rzeczywistości fizycznej czy społecznej, a jego wersje są polem społecznych negocjacji związanych ze strukturą władzy. Władzy! Tu dochodzimy do sedna: buractwo Zarębskiego polega na tym, że zwracając mi uwagę dokonuje aktu przemocy podpinając się pod system władzy zaszyty w koncepcji „poprawności językowej”.
Rozumiesz, buraku polonisto?
Każdy język ma wiele wersji: gwar, regionalizmów itd. i ciągle się zmienia. Wystarczy kilkadziesiąt lat separacji językowej, by dwie grupy wychodzące z tego samego korzenia zaczęły mówić inaczej. Świetnie to widać gdy czytamy polskie teksty z początku 20 wieku - a z 19 wieku stają się mało zrozumiałe.
Ale to nie wszystko! Język różni się także indywidualnie pomiędzy użytkownikami, dlatego w językoznawstwie mówi się o idiolekcie – języku jednostki, na który wpływ ma indywidualna wyobraźnia językowa, kompetencje kognitywne, doświadczenie życiowe czy zwyczajny gust. Każdy z nas mówi trochę „swoim językiem”, czego szkoła może nie dostrzegać, próbując wepchnąć wszystkich w ten sam językowy garnitur. Dlatego właśnie tak wielu z nas nienawidziło polskiego w szkole i ma z tymi lekcjami jak najgorsze wspomnienia.
Dlatego właśnie wytykanie błędów językowych jest buractwem, wieśniactwem i śmierdzi skarpetą.
I nie ma to nic wspólnego z obroną jakiegoś honoru - to przemoc. Jeśli rzeczywiście zależy ci na obronie polskiego, jego piękna i charakteru, buraku, to zacznij pisać, zamiast przeklejać memy, a z błędów czerp inspiracje.
I generalnie spierdalaj.