13/08/2026
To nie była tylko historia o marinie. To historia o ludziach, zaufaniu i wnioskach na przyszłość (część 10 - ZAKOŃCZENIE).
Dziewięć części tej historii to tak naprawdę jedna opowieść.
Opowieść o miejscu, które nie powstało z dnia na dzień. O mieszkańcach, którzy przez lata dokładali swoją pracę, czas, pieniądze, pomysły i zaangażowanie, aby nad Jeziorem Tuchomskim stworzyć przestrzeń służącą całej społeczności.
Powstała plaża, pomost, plac zabaw, boisko, siłownia, wiata, miejsce na ognisko, alejki, a później również infrastruktura żeglarska.
Ale najważniejsze nie były przecież same inwestycje.
Najważniejsi byli ludzie.
To mieszkańcy Tuchomia pracowali społecznie. To członkowie Rady Sołeckiej, Koła Gospodyń Wiejskich i inni mieszkańcy pomagali przy kolejnych etapach zagospodarowania terenu. To dzięki ich zaangażowaniu miejsce nad jeziorem zaczęło żyć.
A kiedy pojawiły się żaglówki, narodziło się coś jeszcze większego.
Żeglarstwo.
W 2022 roku rozpoczęły się zajęcia dla dzieci i młodzieży. Później na wodę zaczęli wychodzić również dorośli, seniorzy i osoby z niepełnosprawnościami.
Nie było wtedy wygodnie.
Nie było hangarów.
Nie było zaplecza.
Nie było idealnego pomostu.
Nie było gotowej infrastruktury.
Była za to ogromna determinacja.
Łodzie trzeba było przechowywać u mieszkańca. Sprzęt trzeba było przewozić. Dzieci trzeba było bezpiecznie dostać na jachty. Osoby z niepełnosprawnościami niejednokrotnie trzeba było przenosić na rękach.
I nikt wtedy nie pytał: "Czy to się opłaca?”
Pytanie brzmiało: "Co jeszcze możemy zrobić, żeby się udało?”
Tak powstała szkółka żeglarska.
A później również Stowarzyszenie Młodzieżowy Klub Wodne Sportë.
I właśnie tutaj warto powiedzieć bardzo wyraźnie jedną rzecz.
Zarząd i członkowie Klubu nie byli przypadkowymi osobami, które pewnego dnia pojawiły się w gotowej marinie. To byli ludzie, którzy tę działalność współtworzyli. Jedni prowadzili zajęcia. Inni zajmowali się sprzętem.
Ktoś pisał projekty. Ktoś rozliczał dotacje.
Ktoś prowadził dokumentację. Ktoś kontaktował się z urzędami.
Ktoś organizował wydarzenia.
Ktoś poświęcał swój prywatny czas na naprawy i prace techniczne.
Tego rodzaju pracy często nie widać. Widać za to dzieci schodzące z łódek. Nie widać godzin spędzonych nad dokumentami. Widać za to zdjęcie z regat. Nie widać telefonów, zakupów, rozliczeń i organizacji. Widać za to efekt końcowy.
I dlatego nie można dzisiaj sprowadzać historii żeglarstwa w Tuchomiu do jednej osoby.
Pan H. miał swój udział w działalności szkółki. Był instruktorem i prowadził zajęcia. Tego nikt nie powinien kwestionować.
Ale szkółka nie była dziełem jednej osoby.
Była dziełem wielu ludzi.
I właśnie dlatego późniejsze wydarzenia były dla członków Klubu tak trudne.
Z przedstawionej historii wyłania się obraz konfliktu, który narastał stopniowo.
Nie rozpoczął się od jednego wielkiego wydarzenia. Pojawiały się kolejne nieporozumienia, różnice zdań, publiczne komentarze, pisma kierowane do władz Gminy i coraz większa nieufność pomiędzy ludźmi, którzy wcześniej potrafili razem pracować.
Szczególnie trudnym momentem było skierowanie przez Pana H. do Burmistrza pisma dotyczącego sposobu korzystania z terenu mariny. Dla Zarządu Klubu był to moment przełomowy.
Nie dlatego, że ktoś zadał pytanie. Każdy ma prawo pytać.
Problem polegał na tym, że sprawa dotycząca funkcjonowania całej organizacji została – w ocenie Zarządu – podjęta poza nią.
To właśnie wtedy zaufanie zaczęło się poważnie kruszyć.
Później doszły kolejne wydarzenia: spór o korzystanie z infrastruktury, planowany namiot, publiczne wypowiedzi, pisma i skargi, usunięcie prywatnego pomostu i sprzętu, odejście instruktorów, a w konsekwencji ogromne problemy z dalszym prowadzeniem szkółki.
Nie twierdzimy, że wszystkie działania którejkolwiek ze stron były idealne.
Nie były.
W konflikcie, który trwa miesiącami, emocje pojawiają się po każdej stronie.
Ale warto zauważyć jedną rzecz.
Zarząd Klubu, mimo całego chaosu, nie zamknął działalności. Nie powiedział: "Skoro zabrano nam możliwość działania, to kończymy.”
Wręcz przeciwnie. Próbował znaleźć instruktorów.
Próbował zorganizować zajęcia. Rozmawiał z rodzicami. Organizował wydarzenia.
Szukano rozwiązań umożliwiających dzieciom powrót na wodę.
Klub próbował działać dalej w sytuacji, w której jego możliwości zostały bardzo poważnie ograniczone.
I właśnie za to członkom oraz Zarządowi należy się przede wszystkim szacunek, a nie łatwe osądy.
Druga część tej historii dotyczy Gminy.
I tutaj również trudno nie wyciągnąć wniosków.
Z dokumentów i przebiegu kolejnych spotkań wyłania się obraz sytuacji, w której zabrakło przede wszystkim jednej rzeczy: jasnego, szybkiego i konsekwentnego sposobu rozwiązania problemu.
Jednego dnia strony słyszały o możliwości przygotowania aneksu. Kilka dni później okazywało się, że żaden projekt aneksu nie powstał. Później odbywały się rozmowy.
Następnie pojawiały się kolejne pisma.
Klub próbował przedstawić własną propozycję uporządkowania sytuacji.
A ostatecznie zamiast kolejnego etapu negocjacji pojawiło się wypowiedzenie umowy użyczenia.
Do tego doszedł jeszcze problem umowy na realizację zadania publicznego.Z jednej strony Klub utracił dostęp do infrastruktury, która była potrzebna do prowadzenia zajęć.
Z drugiej strony pozostawiono go z obowiązkami wynikającymi z umowy dotyczącej realizacji zadania.
I właśnie tutaj pojawia się pytanie, które powinno pozostać z nami na przyszłość: czy wszystkie działania Gminy były ze sobą wystarczająco skoordynowane?
Czy można było wcześniej usiąść przy jednym stole?
Czy można było wcześniej jasno określić, kto i na jakich zasadach może korzystać z infrastruktury?
Czy można było stworzyć rozwiązanie, które zabezpieczałoby zarówno interes Gminy, jak i działalność Klubu oraz innych organizacji?
Naszym zdaniem – tak.
Być może konflikt nie musiał dojść aż tak daleko.
Być może wystarczyło wcześniej dokładnie wyjaśnić zasady.
Być może zabrakło jednego dokumentu, jednej decyzji, jednego spotkania przeprowadzonego zanim emocje zastąpiły rozmowę.
A co z Panem H.?
Nie chcemy dziś rozstrzygać, jakie dokładnie były jego intencje.
Możemy natomiast oceniać skutki konkretnych działań. A te są dla nas bardzo wyraźne.
Działania prowadzone poza strukturami Klubu.
Publiczne wypowiedzi. Kolejne pisma.
Kwestionowanie sposobu korzystania z infrastruktury. Narastający konflikt.
Ostatecznie rozpad współpracy i odejście osób zaangażowanych w prowadzenie zajęć.
Niezależnie od tego, jakie były motywacje poszczególnych decyzji, ich konsekwencją stała się sytuacja, w której ucierpiało coś znacznie ważniejszego niż interes jednej czy drugiej osoby.
Ucierpiała wspólna inicjatywa mieszkańców.
A najbardziej dotknęło to dzieci. Bo to właśnie dla nich to wszystko powstało.
Dziś Tuchom stoi przed bardzo trudnym zadaniem. Trzeba odbudować nie tylko infrastrukturę. Trzeba odbudować zaufanie.
A zaufanie jest znacznie trudniejsze do odbudowania niż pomost, hangar czy łódka.
Ta historia pokazała nam wszystkim, że nawet najlepsza inicjatywa społeczna może zostać bardzo szybko osłabiona, jeśli zabraknie jasnych zasad, komunikacji i wzajemnego szacunku.
Pokazała również, że organizacje społeczne potrzebują ochrony przed konfliktami personalnymi.
Potrzebują jasnych umów.
Potrzebują przejrzystych zasad korzystania z majątku publicznego.
Potrzebują sprawnej komunikacji z samorządem.
I przede wszystkim potrzebują ludzi, którzy potrafią rozmawiać ze sobą również wtedy, kiedy się ze sobą nie zgadzają.
Czy wszystko zostało zrobione idealnie?
Nie.
Czy Zarząd Klubu mógł podjąć inne decyzje?
Być może.
Czy członkowie Klubu popełnili błędy?
Z pewnością, jak każdy człowiek działający w trudnej i dynamicznej sytuacji.
Ale jedno pozostaje bezsporne:
oni próbowali ratować to, co przez kilka lat wspólnie budowali.
Nie odziedziczyli gotowej szkółki.
Nie dostali gotowej organizacji.
Nie dostali gotowego zespołu.
Budowali ją krok po kroku.
A kiedy pojawił się kryzys, zamiast odejść, próbowali ją utrzymać.
Dlatego dziś nie chcemy już szukać kolejnych winnych.
Chcemy wyciągnąć wnioski.
Bo mieszkańcy Tuchomia z pewnością je wyciągną.
I być może właśnie to będzie najważniejszym efektem całej tej historii.
Żeby w przyszłości żadna lokalna inicjatywa nie została postawiona w podobnej sytuacji.
Żeby zasady były jasne od samego początku.
Żeby majątek służący mieszkańcom rzeczywiście służył mieszkańcom.
Żeby osoby działające społecznie nie musiały wybierać pomiędzy działalnością a walką o możliwość jej prowadzenia.
I żeby nigdy więcej ludzie, którzy zaczynali razem od marzenia, nie kończyli po przeciwnych stronach konfliktu.
Bo marina w Tuchomiu nigdy nie miała być własnością jednej osoby.
Nie miała być miejscem walki o wpływy.
Nie miała być powodem podziałów.
Miała być miejscem dla ludzi.
Dla dzieci.
Dla młodzieży.
Dla seniorów.
Dla rodzin.
Dla osób z niepełnosprawnościami.
Dla żeglarzy.
Dla mieszkańców Tuchomia.
I wierzymy, że właśnie do tej idei trzeba kiedyś wrócić. Nie zaczynając od pytania: "Kto wygrał?”
Tylko od pytania: "Co możemy zrobić, żeby Tuchom znowu wygrał?”
Bo na końcu tej historii nie powinien zostać zwycięzca i przegrany.
Powinni zostać mieszkańcy. I ich wspólne miejsce.
A to, czego nauczyliśmy się przez te ostatnie miesiące, powinno sprawić, że następnym razem będziemy mądrzejsi, ostrożniejsi i znacznie lepiej przygotowani.