To takie miejsce, w którym najgorsze koszmary stają się prawdziwe. Miejsce, w którym każdy dzień zmienia się w piekło, a życie dziecka, które kocha się ponad wszystko wisi na włosku. Patryk ma za sobą wycięcie śmiertelnego guza i intensywną chemioterapię. Lekarze mówią, że to nie wystarczy, aby zatrzymać śmiertelną chorobę. Żeby dalej go leczyć potrzeba gigantycznych pieniędzy. Patryk Giernatowski
walczy z guzem mózgu, a ze względu na chorobę genetyczną nie może być leczony w standardowy sposób, który jest dostępny w Polsce. Nadzieją na całkowite wyzdrowienie jest leczenie w Klinice Bambino Gesu w Rzymie we Włoszech, które zakłada podanie megachemii z autoprzeszczepem komórek macierzystych. To jedyna szansa. Niestety, czas się dramatycznie kurczy. Patryk skończył chemioterapię, a nie może zacząć dalszego leczenia, póki klinika nie otrzyma pełnej wpłaty. Następny etap terapii musi zacząć się jeszcze w lipcu. Bez tego przerwa w leczeniu będzie zbyt długa i guz może znów zacząć rosnąć. A wtedy nie uda się znaleźć ratunku na całym świecie…. Tragiczna historia Patryka zaczęła się pisać w grudniu zeszłego roku, gdy chłopczyk świętował trzecie urodziny. Był tort i zabawa. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że za kilka dni wszystko wywróci się do góry nogami, a rodzice zaczną drżeć o życie swojego synka. Kilka dni później Patryk poczuł się bardzo źle. Wymiotował, płakał, pokazując że boli go z tyłu głowy, był bardzo osłabiony i dużo spał. Rodzice nie czekali - jak od razu zabrali synka do szpitala.
- Myśleliśmy że to jakaś infekcja, w najgorszym razie zapalenie opon mózgowych. Niestety rzeczywistość okazała się o wiele gorsza. Już następnego dnia obserwowaliśmy jak Patryk odlatuje śmigłowcem LPR do szpitala w Szczecinie, w celu wykonania natychmiastowej operacji mózgu. Dla nas zabrakło miejsca, dojechaliśmy do niego dopiero po kilku godzinach. To rozstanie złamało mi serce. Nie mogłam znieść tego, że mój malutki chłopczyk leci w nieznane, a prognozy są tak straszne - opowiada mama chłopca, pani Lucyna Grzybowska. Okazało się, że w głowie Patryka był wielki guz, który miał 5 cm. Podczas skomplikowanej i bardzo ryzykownej operacji został w całości usunięty. Niestety, szczegółowe badania pokazały, że guz jest bardzo agresywny. To najgorsza - IV klasa złośliwości. Operacja była bardzo ważna, ale to był dopiero pierwszy krok. Patryk musiał rozpocząć leczenie onkologiczne.
- W marcu trafiliśmy na oddział onkologii dziecięcej. Miejsce, w którym każdy dzień zmienia się w piekło, a życie dziecka, które kocha się ponad wszystko wisi na włosku - opowiada mama chłopca. Chemioterapia siała spustoszenie w organizmie dziecka – Patryk na nic nie miał sił, leżał w łóżku, nieświadomy z jak straszną chorobą przyszło mu się zmierzyć. Niestety, od początku było wiadomo, że sama chemia to za mało.
- Nikt nie odda Patrykowi dni, które zamiast na zabawie, spędził w szpitalu. Synek ma za sobą potwornie ciężkie leczenie, ale to nie koniec. I to jest najstraszniejsze. Że teraz nasze opcje i możliwości dalszego leczenia dramatycznie się kurczą – tłumaczy pani Lucyna. Chłopczyk ma za sobą wycięcie śmiertelnego guza i intensywną chemioterapię. Lekarze mówią, że to nie wystarczy, aby zatrzymać śmiertelną chorobę. Potrzebna jest dalsza terapia, ale tu pojawia się kluczowy problem. Standardowo w tym momencie Patryk powinien przejść radioterapię - naświetlanie okolic guza w głowie i dodatkowo całego kręgosłupa.
- Niestety po badaniach genetycznych wiemy, że Patryk jest genetycznie wrażliwy na promieniowanie. Mamy tu do czynienia z wysokim promieniowaniem, wiec leczenie to będzie bardzo agresywne i wyniszczające – załamuje ręce mama Patryka – Mózg synka po zakończeniu tej kuracji byłby nieodwracalnie uszkodzony, a on sam mógłby przestać mówić, chodzić, rosnąć i generalnie się rozwijać. Znacznie wzrosłoby też ryzyko pojawienia się kolejnych nowotworów związanych z naświetlaniem. Rodzice postanowili poruszyć niebo i ziemię, aby odnaleźć dla Patryka ratunek. Tak trafili na Klinikę Bambino Gesu w Rzymie. Od tamtejszych lekarzy dowiedzieli się, że istnieje inna terapia, dodatkowo mająca wyższą skuteczność, przy znacznie mniejszych skutkach ubocznych, pozwalających na późniejsze normalne życie.
- W klinice w Rzymie Dostaliśmy szansę na specjalistyczne leczenie medulloblastomy bez wyniszczającej radioterapii. To dla nas największa szansa- tłumaczy pani Lucyna - Gdybyśmy tylko mogli, wzięlibyśmy cały ciężar choroby Patryka na siebie. Niestety nie mamy takiej mocy. Obiecaliśmy sobie, że zrobimy wszystko, by zapewnić mu leczenie, które daje nadzieję na pokonanie choroby. Leczenie, które jest szansą na wygranie walki o życie naszego dziecka. Kosztorys całego leczenia jest niestety bardzo wysoki. Półroczna terapia to koszt około pół miliona złotych. Bez tych pieniędzy nie mamy szansy, żeby uratować Patryczka.