Szaliki Dostarczamy pomoc osobiście. Działamy nonprofit. STAY KIND 🩷
https://zrzutka.pl/m9bxfw

My bardzo często wrzucamy tutaj śmieszne rzeczy. I może czasem ktoś myśli, że my jesteśmy trochę niepoważne.Nie.Po prost...
22/05/2026

My bardzo często wrzucamy tutaj śmieszne rzeczy. I może czasem ktoś myśli, że my jesteśmy trochę niepoważne.
Nie.
Po prostu człowiek bez śmiechu chyba by tego wszystkiego psychicznie nie udźwignął.

Ale są rzeczy, przy których kończy się każdy mechanizm obronny.
Dwie siostry. Wira i Lubawa. 12 i 17 lat. Dwa dni temu pochowano je w Kijowie. Wcześniej Rosjanie zabili ich tatę.
I naprawdę trudno znaleźć tutaj jakiekolwiek słowa. Bo co można powiedzieć rodzinie, która musi żegnać dzieci? Jak w ogóle ubrać w zdania coś tak nieludzkiego. Chcemy tylko powiedzieć ich bliskim, że bardzo nam przykro. Że myślimy o nich. I że razem z nimi niesiemy choć kawałek tego bólu, którego pewnie i tak nie da się unieść.

I naprawdę nie interesują nas polityczne dyskusje z Internetu. Żadne „ale”. Żadne analizy ludzi siedzących przed ekranem.

Bo my pamiętamy początek wojny. Pamiętamy granicę. Pierwsze dni chaosu i paniki. Dzieci zawinięte w koce termiczne. Ludzi stojących po kilkanaście godzin na mrozie. Matki, które nie wiedziały, czy ich mężowie jeszcze żyją. Jak razem z nimi przeżywałyśmy i płakałyśmy. Gdy ktoś błagał, żeby wyciągnąć jego rodzinę z piwnicy z miejsca do którego już nie było dojazdu.. setki wykonanych telefonów - pocztą pantoflowa: kto jak może pomóc. Nieprzespane noce, kołatanie serca, bezsilność. Pamiętamy też coś pięknego. To, jak wtedy cała Polska ruszyła pomagać. Bez zastanawiania się, bez kalkulowania, bez pytania, czy „to ma sens”. Jak rzeczy niemożliwe dały się załatwić w godzinę. Gdy dostajesz telefon z prośbą o pomoc całemu oddziałowi onkologii dziecięcej. I nikt nie mówił, że się nie da.
I może właśnie dlatego dalej tam jeździmy. Bo nie umiemy tego zapomnieć. Nawet jeśli świat powoli nauczył się żyć obok wojny. Nawet jeśli ludzi bardziej poruszają dziś algorytmy niż cudzy strach.
I może trochę rozumiemy też, dlaczego ludzie obojętnieją. Psychika człowieka nie jest stworzona do ciągłego życia w napięciu i cierpieniu. Organizm zaczyna się chronić. Odsuwa od siebie obrazy, emocje, cudzy ból. Inaczej człowiek by się po prostu rozsypał. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ta obojętność przestaje być chwilową ochroną, a staje się sposobem patrzenia na świat.

Bo nad tym też trzeba pracować. Nad tym, żeby mimo zmęczenia informacjami, mimo własnych problemów i przebodźcowania, dalej umieć zatrzymać się przy cudzym cierpieniu i powiedzieć sobie: to nadal jest człowiek. To nadal jest czyjeś dziecko.

Bo kiedy widzi się dwie małe trumny i nic w człowieku nie drga, to dzieje się coś bardzo złego. Nie z polityką. Nie z Internetem. Z nami jako ludźmi.

Zło wygrywa wtedy, kiedy cudza śmierć przestaje kogokolwiek poruszać.

My jeździmy tam regularnie z pomocą i bardzo często widzimy dzieci, które dorastają w cieniu wojny: przestraszone, wycofane, przyzwyczajone do alarmów, do strachu, do tego, że „normalność” już nie wraca.
Gdy przyjeżdżamy, na początku często jest dystans. Nieufność. Cisza. Dzieci, które patrzą uważnie, jakby próbowały ocenić, czy to jest bezpieczne, czy można podejść, czy lepiej zostać z boku.
A potem mija chwila.
I dzieje się coś bardzo prostego, ale ważnego: dzieci dalej są dziećmi. Ciekawość zaczyna wygrywać ze strachem. Pojawia się śmiech, zabawa, bieganie, pytania, zwykła dziecięca energia, która przez moment przebija się przez wszystko, co je otacza na co dzień.
I w tych krótkich momentach widać, jak bardzo im tego brakuje. Normalności, beztroski, poczucia, że świat nie musi być tylko zagrożeniem.

I o tym też nie wolno zapominać.

Opuszczamy Donbas. To było prawie ponad nasze możliwości. Tu zwyczajne rozmowy są inne. Pytają Cię czy zupa dobra. Ktoś ...
18/05/2026

Opuszczamy Donbas. To było prawie ponad nasze możliwości. Tu zwyczajne rozmowy są inne. Pytają Cię czy zupa dobra. Ktoś śmieje się z głupiego żartu. Chwilę później milkniemy, bo słychać, że coś leci. I każdy próbuje ocenić dokąd. Nawet oddech staje się ostrożniejszy. „Mieszkaliśmy” z żołnierzami w starej chacie. Z zewnątrz niepozorna, jakby udawała, że jest tylko częścią krajobrazu. Okna są zaklejone. Tu folia budowlana, tam srebrna folia termoizolacyjna. I człowiek zaczyna rozumieć, że tu „dom” nie jest miejscem, tylko decyzją o przetrwaniu.
Spaliśmy w jednym pomieszczeniu. Broń zawsze gdzieś obok, w zasięgu ręki. Widzieliśmy ludzi, którzy są poturbowani przez wojnę, ale jeszcze nie złamani. Zmęczonych. A jednocześnie pełnych troski o siebie nawzajem. Ich poczucie humoru jest czarne. Czasem ciężko było wyczuć, czy to jeszcze żart, czy już okoliczności tak bardzo przesunęły granice normalności, że inaczej patrzą na świat. Śmialiśmy się. Wieczorem myliśmy razem zęby w małej prowizorycznej łazience. Pokazywaliśmy sobie frontowe techniki mycia zębów. A na końcu wyciągnęliśmy krem do twarzy. Totalnie absurdalna rzecz w miejscu, gdzie czasem brakuje podstawowych produktów. I nikt nie protestował. Każdy się uśmiechał, kiedy nakładaliśmy im krem na twarz. Bo nagle przez chwilę nie byliśmy na wojnie. Byliśmy po prostu ludźmi. Zwykły krem na te zmarszczki, które nie są od wieku, tylko od zmartwień, napięcia i wojny, która zapisuje się w ciele. A jednak to była taka mała namiastka normalności, którą przywieźliśmy ze sobą w plecaku. Spotkaliśmy babcię, która mieszka niedaleko. Została. Raz poprosiła o nalanie wody do kanistrów, potem zaczęła opowiadać o swoich kozach. A potem siedziała sobie na małej ławeczce przed swoją chatą, taka drobna przy całym tym końcu świata. Próbowaliśmy sobie wyobrazić co czuje. Czy można się przyzwyczaić do wojny, czy po prostu uczy się z nią żyć dzień po dniu. Żołnierz zaniósł jej trochę rzeczy. Tutaj to co mamy, dzielimy. Wyszliśmy z zupą przed chatę. Słońce grzało twarz. Ptaki ćwierkały. Absurdalne i okrutne.
Wracaliśmy drogą, przy której jeszcze dzień wcześniej stały domy.

Thank you, K9 Rescue Ukraine  for donating a huge amount of pet food. 🤍🐾Byliśmy też u „naszych” psów. Trochę absurdalnie...
17/05/2026

Thank you, K9 Rescue Ukraine for donating a huge amount of pet food. 🤍🐾

Byliśmy też u „naszych” psów. Trochę absurdalnie mówić „nasze” o zwierzętach z miejsca, które jeszcze chwilę temu rozpadało się kawałek po kawałku. Ale chyba właśnie tam człowiek bardzo szybko przestaje rozdzielać, co jest „jego”, a co nie. Jeśli kogoś karmisz, odwiedzasz, pamiętasz i boisz się o niego zasypiając, to staje się trochę częścią ciebie. Jeździliśmy do nich do Kramatorska. Jeszcze w tym roku jechałyśmy główną trasą, która już wtedy była bardzo ryzykowna. Mieliśmy wtedy eskortę wojskową. Człowiek słyszał, żeby nie zwalniać, żeby nie zatrzymywać się bez potrzeby, żeby przejechać jak najszybciej. Ale i tak się jechało, bo na końcu tej drogi były psy czekające na karmę i starsza pani, która została z nimi właściwie sama.
A teraz ta droga jest już nieprzejezdna. Tutaj już się nie da dojechać. Człowiek słucha tego kiwa głową i orientuje się, jak okrutne to jest.
Pamiętamy, jak pierwszy raz weszłyśmy do tego „schroniska”, choć słowo schronisko właściwie do niego nie pasuje. Raczej kawałek świata utrzymywany siłą jednej starszej kobiety. Drobna, cicha, zmęczona. A jednocześnie patrząca na te psy z taką troską, jakby każdy z nich był częścią jej serca. A człowiek od razu widzi, kiedy ktoś opiekuje się zwierzętami naprawdę z miłości, a kiedy tylko „się nimi zajmuje”. Tam była miłość. Bardzo codzienna. W miskach z jedzeniem. W przykrywaniu kocem. W pamiętaniu, który pies boi się najbardziej. Dziś psy są już po ewakuacji. W bardziej bezpiecznym miejscu.
Przyjechaliśmy i przywitały nas te same cieszące się mordeczki. Ogony uderzające o wszystko z radości. Ten sam chaos szczęścia, który istnieje tylko u psów. Taki całkowity, stuprocentowy, bez pamiętania o tym, co było wczoraj. Ale są też nowe. Kilka dodatkowych, wystraszonych zwierząt, które udało się „dorzucić” dosłownie w ostatniej chwili podczas ewakuacji z Kramatorska. Psy, które jeszcze chyba nie rozumiały, że już są trochę dalej od wojny.
I było nam tak strasznie smutno, ale jednocześnie z ulgą. Bardzo dziwne uczucie, kiedy radością staje się nie to, że komuś jest dobrze, tylko że po prostu przeżył. Że jeszcze jest.
🩷🐾🩷

Niedaleko Charkowa. Nie napiszemy gdzie to dokładnie jest. Tak będzie bezpieczniej dla tych dzieci. Przyjeżdżamy koło 12...
15/05/2026

Niedaleko Charkowa. Nie napiszemy gdzie to dokładnie jest. Tak będzie bezpieczniej dla tych dzieci. Przyjeżdżamy koło 12. Wnosimy pudła. Jedzenie. Ubrania. Zabawki. Artykuły szkolne. Pachnie obiadem i czymś słodkim. W tle ktoś przesuwa małe krzesło po podłodze. Jedno dziecko płacze. Drugie śmieje się tak głośno, że wszyscy odwracają głowę. Nagle nas zauważają i z chaosu robi się cisza. Dzieci najpierw zawsze patrzą z dystansu. Bardzo uważnie. Jedna dziewczynka obserwowała nas zza futryny. Inny chłopiec siedział cicho na podłodze i ściskał mały samochodzik. Rozpakowywałyśmy rzeczy tak jak zwykle. Pudełko za pudełkiem. Układaliśmy wszystkie Wasze dary do wspólnego zdjęcia. Czuliśmy ciekawski wzrok wszystkich na sobie. I wtedy podszedł mały chłopczyk. Tak ostrożnie, jakby bał się własnego pytania. „Czy mogę sobie wziąć jedną zabawkę?” Nie „którą mogę”. Nie „czy to dla nas”. JEDNĄ. I coś nas wtedy ukłuło w środku. Bo w jego głosie było coś, czego żadne dziecko nie powinno znać. Taka ostrożność wobec własnych marzeń. Jakby chciał zabrać światu jak najmniej miejsca. A potem wszystko zaczęło mięknąć. Ktoś usiadł nam na kolanach. Ktoś zaczął pokazywać lalkę. Dziewczynka w różowej bluzie przytuliła się tak mocno, jakbyśmy znały się od dawna. Dzieci zaczęły biegać między pudłami, śmiać się, przekrzykiwać, pokazywać sobie zabawki. I przez chwilę wyglądało to po prostu jak zwyczajny dzień. Taki, w którym dzieci mają być dziećmi. Człowiek potem siedzi chwilę w aucie już po wszystkim. W ciszy. I myśli sobie tylko o tym, jak niewiele czasem potrzeba, żeby człowiek poczuł jednocześnie ogromny smutek i ogromną wdzięczność. 🤍

Dziękujemy, że towarzyszycie nam w tych miejscach: wspierając nas myślami i obecnością z daleka.
Elena Morozowa
Serhii Fedorchuk

Ci, którzy są z nami dłużej, wiedzą, że kiedyś kupiliśmy karetki i przekazaliśmy je na front, żeby ratowały życie.I dziś...
13/05/2026

Ci, którzy są z nami dłużej, wiedzą, że kiedyś kupiliśmy karetki i przekazaliśmy je na front, żeby ratowały życie.

I dziś wydarzyło się coś dziwnego. Takiego cicho ważnego. Wracaliśmy z trasy i nagle przypadkiem minęła nas jedna z „naszych” karetek. Wracała właśnie z pozycji. Z kolejnego wyjazdu. Z kolejnej próby uratowania kogoś, czyjego imienia pewnie nigdy nie poznamy.

I zrobiło nam się strasznie ciepło w środku. Tak po ludzku.

Bo często tutaj człowiek widzi głównie zmęczenie, strach, ruiny i rzeczy, których nie da się odzobaczyć. A potem nagle mija Cię kawałek dobra, które kiedyś wspólnie stworzyliście. I ono nadal jedzie. Nadal działa. Nadal komuś daje szansę przeżyć.

Chyba właśnie za to dziś jesteśmy wdzięczne. Za to, że czasem mimo całego tego chaosu i ciemności można zostawić po sobie coś, co naprawdę ratuje życie. 🤍🩷

Żebyśmy mogły dalej jeździć i dowozić pomoc tam, gdzie jest naprawdę potrzebna, same też potrzebujemy teraz pomocy. Nasz frontowy Mercedes musi przejść pilne naprawy.
https://zrzutka.pl/m9bxfw

Za Charkowem, w stronę frontu. Najpierw jedzie się pod siatkami, które mają dawać złudzenie ochrony. Potem nagle się koń...
06/05/2026

Za Charkowem, w stronę frontu. Najpierw jedzie się pod siatkami, które mają dawać złudzenie ochrony. Potem nagle się kończą. I zostaje tylko niebo. I to napięcie, którego nie da się nazwać. Bo tu dolatują małe drony kamikaze.

Jedziemy dalej. W ciszy, która każe słuchać czy coś nie nadlatuje.

Dojeżdżamy. Wyciągamy rzeczy. Zabawki, jedzenie, ubrania. Ręce, które to odbierają, mówią więcej niż wszystko inne.

I w takich momentach naprawdę czujemy, że to co robimy ma sens.

Dziękujemy, że jesteście z nami. Dzięki Wam to wszystko ma sens. 🤍

Dziękujemy za wsparcie:
Serhii Fedorchuk
Elena Morozowa
❤️

04/05/2026

Stoimy w lesie pod Iziumem. Drzewa zdają się szeptać swoją historię. Tu, pośród sosnowych pni, znaleziono dziesiątki drewnianych krzyży i masowe groby.. Przed nami ziemia rozgrzebana. Leżaly tam ciała: zwykłe kobiety, dzieci, mężczyzny i żołnierze.. porzucone tylko w bezimiennych grobach. Na nagich krzyżach są numery. 449. Nie znamy ich imion, lecz znamy ich śmierć: ostrzelani, zaglodzenu, torturowani - usłyszeliśmy ciszę, której echo odbija się od pni. Słuchaliśmy też historii. Takich, które nie chcą się zmieścić w głowie. W czasie okupacji ciała leżały na ulicach. A kiedy zapach zaczął przeszkadzać rosyjskim żołnierzom, kazali mieszkańcom je zbierać. Ładować na ciężarówki. Bez pytań. Bez sprzeciwu. Bo sprzeciw mógł skończyć się tym samym miejscem.

Podczas ekshumacji znaleziono ciała ze związanymi rękami. Z ranami, które nie zostawiają wątpliwości. To nie była tylko śmierć. To były egzekucje.

Stoisz tam i nagle wszystko inne cichnie. Myślisz o tym, jak wyglądał ich ostatni dzień. Czy ktoś zdążył coś powiedzieć. Czy ktoś czekał. W uszach wciąż brzmi pytanie, ile spojrzeń minęło to miejsce tuż przed wybuchem wojny, a ile łez przyszło później. Wracamy myślami do swoich bliskich.. do ciepła ludzkich dłoni, przyjaznych spojrzeń, bezpiecznego domu. I zdajemy sobie sprawę, że to, co dla nas jest banalną chwilą, dla tych ludzi zostało przekreślone raz na zawsze. W tamtej ciszy nie słyszymy szeptów, tylko gniew i smutek. I próbujemy odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: jak już nigdy nie dać zapomnieć o tych krzyżach i tych nazwiskach, nawet jeśli ich nie poznaliśmy.

Spotkanie przy stole.Z pozoru zwykły moment - kilka osób, herbata i kawa. Też kamera, mikrofon, rozmowa.Bo tak naprawdę…...
05/11/2025

Spotkanie przy stole.
Z pozoru zwykły moment - kilka osób, herbata i kawa. Też kamera, mikrofon, rozmowa.
Bo tak naprawdę… to o wiele więcej.

Spotkaliśmy się z telewizją, żeby opowiedzieć wam trochę o tym, czym naprawdę jest pomoc i wolontariat.
O tym, że za każdym kartonem, każdą karetką, każdym transportem - stoją ludzie.
Tacy jak my.
Często już zmęczeni, ale z tą samą iskrą w oczach.

Bo to właśnie łączy tych, którzy pomagają: wiara, że dobro zawsze ma sens.
Ale też coś jeszcze - coś, czego nie da się do końca opisać.
To ciepło, które pojawia się, kiedy siadamy przy jednym stole.
Nie trzeba nic mówić. Wystarczy spojrzenie, śmiech, cisza, aż nagle wszyscy gadamy i się wygłupiamy - bo poczucie humoru w tym wszystkim jest bardzo ważne.
To nasze paliwo.
Wtedy właśnie dzieje się magia - rodzą się pomysły, czasem szalone, czasem piękne, a najczęściej jedno i drugie.
Na naszych social mediach najczęściej widzicie fragmenty z wyjazdów.
Ale to tylko 10% tego, co robimy.
Cała reszta dzieje się właśnie w takich chwilach jak ta - przy stole, w rozmowie, w planowaniu, w śmiechu i ciszy między zdaniami.
To tu rodzi się sens, to tu powstają kolejne pomysły, decyzje i cuda, które później widzicie na zdjęciach.
I w tym wszystkim dużo się śmiejemy. Dzielimy się ciepłem, herbatą i zmęczeniem.
Czasem się droczymy, przekomarzamy - ale wiecie jak to jest, co się czubi, to się lubi.
Bo w tym wszystkim jest szczerość. I właśnie dzięki niej czujemy, że możemy być sobą.

I wiecie… za pomocą nie stoją tylko ci, których tu widzicie.
Za każdą akcją, za każdym „udało się” stoją dziesiątki, setki ludzi.
Ci, którzy wspierają, organizują, podpowiadają.
Ci, którzy po prostu są - i rozmawiają ze sobą.
I właśnie tak, krok po kroku, rozmowa po rozmowie, budujemy to wszystko.
Nie tylko z pieniędzy, nie z planów - tylko z ludzi. 🤍

I to właśnie od tych chwil wszystko się zaczyna. 💛💙

Adres dostawy: DONBAS. 🫡Na początku - dziękujemy.Sean Renard, John Hill z Bulldog Aid UK oraz Fundacja Team Kraków - czy...
02/11/2025

Adres dostawy: DONBAS. 🫡
Na początku - dziękujemy.
Sean Renard, John Hill z Bulldog Aid UK oraz Fundacja Team Kraków - czyli tym, którzy wierzą w dobro i sens tego pomagania. Tym, którzy nie pytają „po co”, tylko „jak możemy pomóc?”.
Dzięki wam kolejne pojazdy, karetki i busy docierają tam, gdzie liczy się każda sekunda. Dzięki wam ktoś przeżyje, ktoś inny uwierzy, że nie jest sam.
Ale… Kim są Sean i John?
Działają jak czołgi - prosto, skutecznie i bez gadania. 😎
Jak trzeba uzbierać na karetkę, to nie pytają „czy warto”, tylko „ile dokładnie?”.
I zanim my zdążymy pomyśleć, oni już mają plan, kontakt, przelew i gotowy ambulans.
Zebrali, ogarnęli, dopięli - a my tylko dostarczyłyśmy.
Oni to taki „zagraniczny oddział specjalny do zadań niemożliwych”. 💪

Sean, John - dzięki wam to wszystko naprawdę jedzie dalej.
Dosłownie. 🤍

Wiecie, w tym wszystkim najpiękniejsze jest to, jak wielu ludzi dokłada swoje małe cegiełki.
Każdy coś wnosi - czas, trochę serca, trochę wiary oraz pieniądze.
I nagle z tych drobiazgów powstaje coś wielkiego.
Coś, co naprawdę działa.

Ksiądz Wojtek. Jedno z tych imion, które zostają w pamięci. Pomógł nam, kiedy naprawdę nie wiedziałyśmy, co dalej.
I wtedy zrozumiałyśmy, że to właśnie tak działa - dobro przekazywane z rąk do rąk, jak światło, które nie gaśnie, tylko płonie dalej. I nawet jeśli czasem budujemy z chaosu i zmęczenia, to to, co powstaje, ma solidne fundamenty - z wiary, odwagi i miłości. 🩷

A teraz opowiemy wam jak było… Wróciłyśmy. Zmęczone, trochę bez tchu, jeszcze z kurzem na butach i pyłem w oczach.
Jeden dzień w domu - i dzwoni telefon.
„Ambulans gotowy. Trzeba go odebrać. Teraz.” No to jedziemy.

Tym razem trzy pojazdy - nasz wierny Szalikowy Vivaro. Bus, który trafił do wojska - zakupiony przez Serhii Fedorchuk. A jechał Szymon Kor jako kierowca. 🫡 I nowa karetka, zakupiona przez Sean Renard i John Hill. 😎
A kto to wszystko załadował? Fundacja Team Kraków. 🤍🥺💪

Ale zapytacie - co z tą karetka?
Jest z Włoch. Sean i John kupili, ogarnęli transport do Polski, AutoRecykling Stacja Demontażu Pojazdu ogarnęli technicznie, a my - jak zwykle - wsiadłyśmy i zawiozłyśmy.

Ambulans trafił do 18. Brygady Gwardii Narodowej ze Słowiańska - tam, gdzie ziemia wciąż drży od ostrzałów.
To ludzie, którzy powiedzieli nam prosto w oczy:
„To jest nasz dom. Nie wycofamy się. Do ostatniej kropli krwi.”
I kiedy słyszysz te słowa, wiesz, że nie mówisz o bohaterstwie z książek. Mówisz o ludziach, którzy naprawdę tam się urodzili. Którzy walczą nie o ideę, tylko o podwórka, drzewa, o miejsca, gdzie stawiali pierwsze kroki.
Nie proszą o wiele. Tylko o to, co pozwoli im ratować innych.

Bo tam, gdzie jest najciężej - dobro ma najwięcej pracy.

Dokumenty, telefony, mapy, terminy.
Czasem czujemy się jak project manager w strefie wojny, tylko nikt nie daje deadline’u na sen.
I ten moment, gdy ktoś dzwoni i mówi: „pamiętasz, że…” - a Ty masz ochotę udawać, że zerwało połączenie.

Droga nie była łaskawa, ale głupi to ma szczęście, więc może to nasza supermoc.

Nie zdążyłyśmy nawet przetrawić poprzedniego wyjazdu, a już kolejny za nami.

Rzeczy, które zawozimy, trafiają tam, gdzie trzeba.
Nie na oślep - tylko tam, gdzie serce podpowiada, że jest luka w dostawie dobra.

❗️A teraz musimy to powiedzieć głośno, bo czasem wdzięczność nie mieści się już w wiadomościach na WhatsAppie.
🤍FUNDACJA TEAM KRAKÓW - wy to jesteście z innej planety! Kiedy podjeżdżamy pod wasz magazyn, nikt nie pyta: „A ile chcecie?”
Pada tylko jedno pytanie: „Jaka jest ładowność?”
I zanim zdążymy wypić kawę, samochód już ledwo się domyka.
Bez was… bądźmy szczerzy - nie byłoby Szalików w takiej formie.
Nie byłoby tylu kilometrów dobra, tylu ludzi uratowanych, tylu historii, które dopiero się piszą.
Dziękujemy, że jesteście, że nie boicie się chaosu naszych planów, że wierzycie razem z nami.
Bo my czasem działamy jak dwie artystki improwizacji, a wy - jak spokojny głos rozsądku z magazynem pełnym cudów.

Razem to naprawdę działa.
Razem robimy rzeczy, które chwilami wydają się niemożliwe.

Czasem się śmiejemy, że jesteśmy Uberem dobra.
Tylko że nikt nie daje napiwków.
Z tego mamy tyle, co z wakacji - czyli wspomnienia i rachunki.
Takie z nas kierowcy Ubera, którzy zamiast przyjąć zapłatę, wciska pasażerowi stówkę w dłoń i mówi: „trzymaj, na szczęście, dziecko”.

P.s.:
A dlaczego nie ma nas na tych zdjęciach?
Bo w chwili przekazania my już byłyśmy w innym miejscu.
Na wojnie czas i przestrzeń działają trochę inaczej - czasem dzień trwa tydzień, a godzina mija jak mrugnięcie.
Tu się coś kończy, tam już zaczyna.
Zostawiasz karetkę, a chwilę później łapiesz zasięg w innym mieście,
z błotem jeszcze na butach i kawą w plastikowym kubku.
Tak to wygląda.
Buziaczki i smacznej kawusi!
🩷🩷🩷🫡
Dziękujemy też z całego serducha:
HelpingHands Nijkerk & HelpingFriends
Fundacja POS
Szlachetna PACZKA
Stowarzyszenie WIOSNA

Ogromne podziękowania dla Josh Booth - za generatory prądotwórcze. ⚡️
Wiecie, to niby tylko sprzęt, ale w rzeczywistości - światło, ciepło, kawa o poranku i nadzieja, że mimo wszystko da się dalej działać.
Bo tam, gdzie prąd gaśnie, dobro włącza się ręcznie - dzięki takim ludziom jak wy.

❗️Jeśli dotrwaliście do końca postu.. mamy pytanie 😁
Czy wy w ogóle widzicie, ile osób jest w to zaangażowanych?
Czy zdajecie sobie sprawę, ile rąk, serc i nerwów trzeba, żeby to wszystko działało? 😂💪💪💪

Adres

Tarnowskie Góry

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Szaliki umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Ta Organizacja

Wyślij wiadomość do Szaliki:

Udostępnij