22/05/2026
My bardzo często wrzucamy tutaj śmieszne rzeczy. I może czasem ktoś myśli, że my jesteśmy trochę niepoważne.
Nie.
Po prostu człowiek bez śmiechu chyba by tego wszystkiego psychicznie nie udźwignął.
Ale są rzeczy, przy których kończy się każdy mechanizm obronny.
Dwie siostry. Wira i Lubawa. 12 i 17 lat. Dwa dni temu pochowano je w Kijowie. Wcześniej Rosjanie zabili ich tatę.
I naprawdę trudno znaleźć tutaj jakiekolwiek słowa. Bo co można powiedzieć rodzinie, która musi żegnać dzieci? Jak w ogóle ubrać w zdania coś tak nieludzkiego. Chcemy tylko powiedzieć ich bliskim, że bardzo nam przykro. Że myślimy o nich. I że razem z nimi niesiemy choć kawałek tego bólu, którego pewnie i tak nie da się unieść.
I naprawdę nie interesują nas polityczne dyskusje z Internetu. Żadne „ale”. Żadne analizy ludzi siedzących przed ekranem.
Bo my pamiętamy początek wojny. Pamiętamy granicę. Pierwsze dni chaosu i paniki. Dzieci zawinięte w koce termiczne. Ludzi stojących po kilkanaście godzin na mrozie. Matki, które nie wiedziały, czy ich mężowie jeszcze żyją. Jak razem z nimi przeżywałyśmy i płakałyśmy. Gdy ktoś błagał, żeby wyciągnąć jego rodzinę z piwnicy z miejsca do którego już nie było dojazdu.. setki wykonanych telefonów - pocztą pantoflowa: kto jak może pomóc. Nieprzespane noce, kołatanie serca, bezsilność. Pamiętamy też coś pięknego. To, jak wtedy cała Polska ruszyła pomagać. Bez zastanawiania się, bez kalkulowania, bez pytania, czy „to ma sens”. Jak rzeczy niemożliwe dały się załatwić w godzinę. Gdy dostajesz telefon z prośbą o pomoc całemu oddziałowi onkologii dziecięcej. I nikt nie mówił, że się nie da.
I może właśnie dlatego dalej tam jeździmy. Bo nie umiemy tego zapomnieć. Nawet jeśli świat powoli nauczył się żyć obok wojny. Nawet jeśli ludzi bardziej poruszają dziś algorytmy niż cudzy strach.
I może trochę rozumiemy też, dlaczego ludzie obojętnieją. Psychika człowieka nie jest stworzona do ciągłego życia w napięciu i cierpieniu. Organizm zaczyna się chronić. Odsuwa od siebie obrazy, emocje, cudzy ból. Inaczej człowiek by się po prostu rozsypał. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ta obojętność przestaje być chwilową ochroną, a staje się sposobem patrzenia na świat.
Bo nad tym też trzeba pracować. Nad tym, żeby mimo zmęczenia informacjami, mimo własnych problemów i przebodźcowania, dalej umieć zatrzymać się przy cudzym cierpieniu i powiedzieć sobie: to nadal jest człowiek. To nadal jest czyjeś dziecko.
Bo kiedy widzi się dwie małe trumny i nic w człowieku nie drga, to dzieje się coś bardzo złego. Nie z polityką. Nie z Internetem. Z nami jako ludźmi.
Zło wygrywa wtedy, kiedy cudza śmierć przestaje kogokolwiek poruszać.
My jeździmy tam regularnie z pomocą i bardzo często widzimy dzieci, które dorastają w cieniu wojny: przestraszone, wycofane, przyzwyczajone do alarmów, do strachu, do tego, że „normalność” już nie wraca.
Gdy przyjeżdżamy, na początku często jest dystans. Nieufność. Cisza. Dzieci, które patrzą uważnie, jakby próbowały ocenić, czy to jest bezpieczne, czy można podejść, czy lepiej zostać z boku.
A potem mija chwila.
I dzieje się coś bardzo prostego, ale ważnego: dzieci dalej są dziećmi. Ciekawość zaczyna wygrywać ze strachem. Pojawia się śmiech, zabawa, bieganie, pytania, zwykła dziecięca energia, która przez moment przebija się przez wszystko, co je otacza na co dzień.
I w tych krótkich momentach widać, jak bardzo im tego brakuje. Normalności, beztroski, poczucia, że świat nie musi być tylko zagrożeniem.
I o tym też nie wolno zapominać.