13/03/2026
Istnieje tylko "dzisiaj"
Wczoraj już minęło, a jutra może nie być.
Jeszcze ponad rok temu myślałam że jestem nadkobietą niezniszczalną. Wydawało mi się, iż nadejście jutra jest czymś zupełnie oczywistym, a dożycie późnej starości jest wpisane w mój życiorys. Kochana rodzina, wspierający rodzice,wymarzone wnuki, wspaniali przyjaciele, dobra praca, wszystko na bazie marzeń powstałych na przestrzeni połowy wieku. Dzień za dniem, do przodu. Ale za szybko, bez wyhamowywania, bez zatrzymywania się, bez uważności, bez doceniania drobiazgów. Często nerwowo i stresująco. Życie głównie dla kogoś, bo dla siebie to jeszcze zdążę, bo dla siebie wszystko na końcu, jak wystarczy czasu, jak wystarczy sił.
Tu kończy się moja jedna historia, a zaczyna druga.
Niespodziewanie przychodzi ten dzień, który zmienia kompletnie wszystko. Podkreśla dotychczasowe życie grubą krechą. I zaczynam od nowa.
Od teraz moje życie dzieli się na to „życie przed” chorobą i „życie po”.
Diagnoza. Rak złośliwy przełyku.
Wiadomość, która ścina z nóg. Przed oczami robi się czarno. Łzy zalewają twarz. Ręce trzęsą się nie do opanowania, za chwilę trzęsie się całe ciało. Strach przed bólem, leczeniem i śmiercią, strach przed tym że będę musiała pożegnać się z rodziną i przyjaciółmi, że nie dożyję narodzin wnusi, kolejnych świąt, wakacji, starości. Nie tak miało być. Miało być inaczej…. Miało być długo i szczęśliwie, a w jednej chwili nie ma nic oprócz dziesiątek pytań. Dlaczego teraz? Dlaczego nie za trzydzieści lat? Dlaczego rak? Dlaczego, dlaczego, dlaczego. I najważniejsze pytanie „po co”, skoro wszystko dzieje się przecież po coś. Nie tak o ! Tylko po coś. Całe życie byłam przekonana o tym, że nic nie dzieje się bez powodu.
Zaczęłam poszukiwania odpowiedzi na to pytanie. Szukałam przez kilka miesięcy. Co dobrego miała przynieść. Jaką naukę. Jaki przekaz. Pogrążałam się w poszukiwaniach w najgłębszych zakamarkach mojego umysłu, co dobrego przyniosła mi ta paskudna choroba, która okaleczyła mój umysł i ciało. Po co to wszystko?
Po diagnozie nienawidziłam poranków. Codziennie rano, po przebudzeniu, pozostawałam w zawieszeniu, w chwili kiedy tliła się we mnie nadzieja, że to wszystko bo był zły sen, który właśnie się skończył. Niestety nie.... to kolejny paskudny dzień walki z rakiem i ze sobą. To czas pełen sprzeczności we mnie. Nie chciało mi się żyć, a jednocześnie bałam się śmierci. Chciałam się poddać, a jednocześnie brałam na klatę wyniszczającą chemię i radioterapię. Chciałam, aby nikt na mnie nie patrzył, a jednocześnie potrzebowałam towarzystwa.
Rak okazuje się nieoperacyjny, wdrożone zostaje radykalne leczenie chemioterapią oraz ponad trzydzieści naświetlań. Równolegle psychoterapia, grupa wsparcia orazwspomagające leczenie psychiatryczne. Po leczeniu onkologicznym, ukazuje się szansa na operację. Podejmuję decyzję podszytą ogromnym strachem o poddaniu się jej.Całkowita resekcja przełyku i części żołądka. Dostaje nowe życie, więc szybko uczę się żyć „po nowemu”, uczę się połykać i odpowiednio się odżywiać. Dochodzę do siebie po ciężkiej operacji.
Wyniki badań histopatologicznych przynoszą mi wspaniałą nowinę - brak komórek nowotworowych.
Teraz moje „dzisiaj” witam codziennie rano z wielką radością i ulgą.
Uwielbiam budzić się rano. Nadal po przebudzeniu pozostaję na chwilę w zawieszeniu, i wchodzę w „dzisiaj” z uśmiechem mówiącym – to już za mną, żyję, jestem zdrowa. Dziękujęwszechświatu za kolejny dzień.
W głowie często zadawałam sobie pytanie - Po co to wszystko Małgoś? Odpowiedzi z czasem przyszły same. Po to, abyś wyhamowała, zatrzymała się, stres i lęki schowała do kieszeni, rozejrzała się wokół siebie z uważnością, wsłuchała w siebie, zaczęła spełniać własne marzenia.
Cały czas uczę się uważności. Stres jest teraz gościem, który nie ma prawa przekroczyć progu do mojego życia, które wyjątkowo teraz szanuję i kształtuje według własnych potrzeb i marzeń. W lustrze widzę silną i piękną siebie, mimo blizn na ciele i duszy.
Jestem tutaj. Jestem dzisiaj. Dzięki mężowi, dzieciom, wnukom i rodzicom, dzięki całej rodzinie i dzięki przyjaciołom, którzy nie pozwolili mi się poddać oraz dzięki wspaniałym lekarzom i psychoterapeutce. Wszyscy byli dla mnie wsparciem dokładnie wtedy kiedy tego potrzebowałam.
Idę do przodu, ale już nie pędzę. Doceniam bardziej i czuję mocniej. Nie daję się opleść mackom lęku przed przyszłością, nie rozgrzebuję przeszłości, nie daje się wyrwać nikomu i niczemu z „tu i teraz”.
To było właśnie po to.