Wielkopolskie Stowarzyszenie Sołtysów - Koło Gmina Słupca

Wielkopolskie Stowarzyszenie Sołtysów - Koło Gmina Słupca WIELKOPOLSKIE STOWARZYSZENIE SOŁTYSÓW

jest organizacją pozarządową, która jako pierwsze tego typu stowarzyszenie została zarejestrowana w 1991 roku.

Zrzesza ok. 1800 członków z ponad 40 gmin z dawnego województwa konińskiego.

04/05/2026

Szanowni Druhowie, w dniu św. Floriana -patrona strażaków pragniemy złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia oraz podziękowania za Waszą ofiarną posługę na rzecz drugiego człowieka -
Krajowe Stowarzyszenie Sołtysów

02/05/2026

🇵🇱 Od 2004 r. 2 maja obchodzimy święto flagi Polski. Biało-czerwonej 🇵🇱

Szanujmy nasze narodowe symbole❗️

Warto w tym dniu przypomnieć, że:
🍀 na fladze RP nie wolno umieszczać napisów i rysunków. Jest to dopuszczalne jedynie na barwach narodowych. Różnią się one od flagi państwowej tym, że nie mają określonych proporcji. Mogą być dowolnej długości i szerokości.
🍀 szerokość obu pasów musi być równa. Flaga ma proporcje 5:8.
🍀 eksponowana publicznie musi być czysta, mieć czytelne barwy.
🍀 flaga nigdy nie może dotykać podłogi czy ziemi.

Dobra wiadomość dla KGW.
01/05/2026

Dobra wiadomość dla KGW.

Sołtysi z terenu Gminy Słupca wzięli udział w Forum Sołtysek i Sołtysów Wielkopolski, które odbyło się 25 kwietnia w Gmi...
25/04/2026

Sołtysi z terenu Gminy Słupca wzięli udział w Forum Sołtysek i Sołtysów Wielkopolski, które odbyło się 25 kwietnia w Gminie Rychwał.

Program spotkania był bardzo merytoryczny i konkretny – poruszono m.in. temat zmian w prawie sołeckim, roli lidera w społeczności lokalnej, reagowania w sytuacjach kryzysowych czy możliwości wsparcia dla sołectw poprzez LGD i fundacje.

Dużo miejsca poświęcono także praktyce – jak rozwijać sołectwo, jak radzić sobie z wyzwaniami w większych miejscowościach oraz jak skutecznie angażować mieszkańców.

To było spotkanie o realnych problemach i realnych rozwiązaniach – bez teorii, za to z doświadczeniem ludzi, którzy na co dzień działają w swoich społecznościach.

Dziękujemy za zaproszenie i wartościowe forum.
Krajowe Stowarzyszenie Sołtysów
Ireneusz Niewiarowski
Krzysztof Matyjaszek
Fundacja Wspomagania Wsi

Pracownik JST to nie samorządowiec. I najwyższy czas przestać udawać, że jest inaczejW polskich gminach, miastach i powi...
23/04/2026

Pracownik JST to nie samorządowiec. I najwyższy czas przestać udawać, że jest inaczej
W polskich gminach, miastach i powiatach od lat żyje sobie wygodna fikcja. Wszyscy mówią o „samorządowcach”, wrzucając do jednego worka wójta, radnego, sołtysa, sekretarza, inspektora i panią z referatu. Brzmi swojsko, brzmi praktycznie, brzmi niewinnie. Problem w tym, że to nie jest tylko językowy skrót. To jest skrót, który wypacza role, rozmywa odpowiedzialność i w wielu miejscach ustawia lokalną władzę na głowie. Bo pracownik JST to nie samorządowiec. Pracownik JST jest pracownikiem administracji. Samorządowcem w sensie ustrojowym jest ten, kto działa z mandatu mieszkańców, a nie z etatu w urzędzie. Tak wynika z samej konstrukcji samorządu: Konstytucja mówi wprost, że samorząd terytorialny to wspólnota mieszkańców, a ustawa o samorządzie gminnym rozróżnia organy gminy od aparatu urzędniczego. Z kolei ustawa o pracownikach samorządowych opisuje pracownika właśnie jako osobę pozostającą w stosunku pracy i wykonującą obowiązki służbowe.
To rozróżnienie jest brutalnie proste. Radny, wójt, burmistrz czy prezydent miasta mają mandat. Sołtys ma umocowanie we wspólnocie sołeckiej jako organ wykonawczy jednostki pomocniczej gminy. Oni odpowiadają politycznie i społecznie przed mieszkańcami. Pracownik urzędu nie ma mandatu. Ma zakres czynności, przełożonego, regulamin organizacyjny i obowiązek wykonywania zadań zgodnie z prawem. To nie jest żadna degradacja urzędnika. To po prostu opis ról. Urząd ma obsługiwać samorząd, a nie go zastępować. W ustawie organami gminy są rada gminy i wójt, a nie referat, wydział ani stanowisko urzędnicze. Pracownik samorządowy ma zaś dbać o wykonywanie zadań publicznych, gospodarować środkami publicznymi z uwzględnieniem interesu publicznego i wykonywać polecenia przełożonych. To naprawdę nie brzmi jak opis „samorządowca”, tylko jak opis administracji pomocniczej wobec organów wspólnoty.
I właśnie tu zaczyna się polska samorządowa komedia pomyłek. Na papierze wszystko wygląda poprawnie. W praktyce w niejednym urzędzie powstało przekonanie, że skoro pracownik zna procedurę, czytał rozporządzenie i umie postawić trzy pieczątki bez mrugnięcia okiem, to automatycznie staje się kimś ważniejszym od radnego czy sołtysa. Formalnie nie może decydować za organ. Faktycznie często próbuje decydować przez filtr informacji, ton rozmowy, interpretację przepisów i stawianie psychologicznych szlabanów. To już nie jest zwykła sprawność administracyjna. To bywa nadinterpretacja własnej roli. A nadinterpretacja roli przez urzędnika jest szczególnie groźna wtedy, gdy po drugiej stronie siedzi radny świeżo po wyborach albo sołtys, który ma ogromną legitymację społeczną, ale nie ma codziennego obycia z urzędowym rytuałem.
Najłatwiej zobaczyć to na przykładzie radnych. Prawo daje im konkretne uprawnienia informacyjne, a sądy przypominają, że wójt nie może tych praw ograniczać własnymi zarządzeniami czy urzędowymi zwyczajami. Były też rozstrzygnięcia wskazujące, że radnemu nie można zamykać drogi do informacji publicznej tylko dlatego, że jest radnym. Innymi słowy: radny ma kontrolować władzę i musi mieć dostęp do danych, dokumentów i wyjaśnień potrzebnych do wykonywania mandatu. Ale z drugiej strony radny nie jest szefem urzędnika i nie może wydawać pracownikom poleceń służbowych. I właśnie między tymi dwiema zasadami rodzi się przestrzeń do patologii. Bo skoro radny nie jest przełożonym, to część urzędów zaczyna traktować go nie jako organ kontrolny wspólnoty, ale jak petenta, którego można odesłać z kwitkiem: „proszę złożyć wniosek”, „to nie ten tryb”, „tego nie udostępnimy”, „tak się u nas nie robi”. Prawo mówi jedno: radny ma prawo wiedzieć. Praktyka bywa taka: radny ma prawo wiedzieć tyle, ile urząd uzna za stosowne podać – i najlepiej bez zadawania zbyt wielu pytań.
Jeszcze ostrzej wygląda to na wsi. Sołtys w opowieściach o samorządzie jest zawsze „sercem lokalnej wspólnoty”. Pięknie brzmi. Gorzej, gdy przychodzi codzienność. Sołtysi – jak sami mówią – zbierają wszystkie frustracje mieszkańców, a jednocześnie coraz częściej mają coraz mniej realnego wpływu. I to nie dlatego, że prawo im go nie daje. Tylko dlatego, że praktyka JST poszła w zupełnie inną stronę.
Ostatnie zmiany przepisów dotyczących sołtysów miały coś uporządkować. Wzmocnić, zabezpieczyć, nadać ramy. Problem w tym, że nowe przepisy – w tym obowiązek ubezpieczenia sołtysów – są bardzo ogólne i w praktyce zostawiają ogromne pole do interpretacji. Zamiast jasnych zasad pojawił się chaos, który każda gmina zaczęła rozwiązywać po swojemu. I tu pojawia się największy paradoks: na papierze rola sołtysa została wzmocniona – mówi się o większym udziale w funkcjonowaniu gminy, możliwości zarządzania mieniem czy realnym wpływie na sprawy lokalne – a w praktyce w wielu miejscach zaczęto ją wygaszać. W wielu gminach efekt był odwrotny. Pojawił się temat ubezpieczeń, odpowiedzialności i formalizacji – i zamiast to poukładać, część samorządów zrobiła najprostsze możliwe: wycofała się. Zrezygnowano z części współpracy, ograniczono zadania, ucięto rozwiązania, które działały latami. Wylano dziecko z kąpielą. Bo zamiast uporządkować współpracę i ją sformalizować, część JST wybrała najprostsze rozwiązanie – ograniczyć ją do minimum, żeby nie brać na siebie ryzyka.
Sołtys został z mandatem, ale bez realnych narzędzi. Z oczekiwaniami mieszkańców, ale bez zaplecza. Z odpowiedzialnością społeczną, ale bez zabezpieczenia formalnego.
A jednocześnie w wielu miejscach dalej funkcjonuje model „na gębę”. Sołtys dysponuje mieniem gminnym, organizuje działania, angażuje się lokalnie – tylko że bez umów, bez jasnych zasad, bez realnego uregulowania. Tym bardziej że dziś nie ma już argumentu, że „nie da się tego uregulować”, bo przepisy wprost przewidują możliwość formalnego przekazania sołtysowi określonych zadań czy zarządzania mieniem. Problemem nie jest więc brak podstaw prawnych, tylko brak decyzji, żeby z nich skorzystać. Dopóki wszystko działa, wszyscy są zadowoleni. Kiedy pojawia się problem, nagle okazuje się, że formalnie nie ma nic. I wtedy odpowiedzialność nie trafia do systemu. Trafia do człowieka. Czyli do sołtysa. Człowieka, który nie jest pracownikiem urzędu, nie ma jego zaplecza ani ochrony, a jednocześnie ponosi realne konsekwencje działań podejmowanych często w interesie całej wspólnoty.
I tu widać najpełniej, jak bardzo odwróciły się role. Z jednej strony ogranicza się realną współpracę, bo „ryzyko”, „ubezpieczenia”, „procedury”. Z drugiej – zostawia się ludzi z realną odpowiedzialnością, ale bez realnej ochrony. To nie jest porządkowanie systemu. To jest ucieczka od odpowiedzialności. Przepisy, które miały chronić i porządkować, w praktyce zaczęły być traktowane jak wygodny pretekst do wycofywania się z odpowiedzialności.
Jest jeszcze jeden temat, o którym samorząd bardzo nie lubi mówić głośno: braki kompetencyjne w samej administracji. Nie wszystkich, nie wszędzie, ale problem istnieje. Coraz więcej obowiązków, coraz mniej ludzi, rotacja, trudności w zatrudnianiu specjalistów. A do tego kultura, w której najłatwiej przykryć niepewność tonem pewności. „Nie da się”, „tak musi być”, „przepisy zabraniają” – brzmi znajomo? Tyle że coraz częściej nie oznacza to „nie wolno”, tylko „nie wiemy jak”, „nie mamy zasobów”, albo „nie chcemy się w to wchodzić”.
I właśnie wtedy robi się najgroźniej. Bo pracownik, który nie ma pełnej wiedzy albo działa pod presją, zamiast być wsparciem, zaczyna być blokadą. A jego pewność siebie zastępuje realną analizę. Wtedy radny przestaje być partnerem, a zaczyna być problemem. Sołtys przestaje być reprezentantem, a zaczyna być wykonawcą. I cały sens samorządu zaczyna się rozmywać.
Ktoś powie: radni też nie są idealni. Oczywiście, że nie są. Ale słabość radnego nie jest argumentem za tym, żeby urząd przejmował jego rolę. Jest argumentem za tym, żeby samorząd działał lepiej. Bo to nie urząd ma mieć ostatnie słowo. To urząd ma przygotować, wesprzeć, pomóc. Mamy więc sytuację, w której odpowiedzialność i oczekiwania wobec sołtysa rosną, ale narzędzia i realne wsparcie systemowe – maleją.
Największy absurd polega na tym, że to wszystko naprawdę jest jasne w przepisach. Samorząd to wspólnota mieszkańców. Organy są określone. Pracownik ma swoją rolę. Sołtys nie jest pracownikiem urzędu, tylko reprezentantem wspólnoty. To nie jest skomplikowany system. To jest system, który w praktyce został rozjechany przez przyzwyczajenia.
Dlatego trzeba to powiedzieć wprost.
Pracownik JST nie jest samorządowcem.

💬W polskiej praktyce samorządowej coraz częściej można zauważyć zjawisko, które na pierwszy rzut oka wygląda jak drobne ...
12/04/2026

💬W polskiej praktyce samorządowej coraz częściej można zauważyć zjawisko, które na pierwszy rzut oka wygląda jak drobne niedopatrzenie organizacyjne, ale w rzeczywistości ma znacznie poważniejsze konsekwencje. Chodzi o selektywne informowanie o wydarzeniach, inicjatywach czy konkursach kierowanych do środowiska samorządowego.

W komunikacji wszystko brzmi poprawnie: „wydarzenie dla samorządowców”, „konferencja dla przedstawicieli samorządu”, „konkurs dla jednostek samorządu terytorialnego”. Problem zaczyna się w praktyce, kiedy okazuje się, że informacja trafia jedynie do wąskiego grona – najczęściej wybranych pracowników urzędu, czasem do części radnych, a nierzadko pomija inne osoby realnie zaangażowane w życie lokalnej wspólnoty.

U źródła tego problemu leży często błędne utożsamienie dwóch pojęć: samorządu i urzędu. W codziennym języku używa się ich zamiennie, ale w rzeczywistości oznaczają coś zupełnie innego.
Urząd to zaplecze administracyjne. Tworzą go pracownicy skarbnik, sekretarz, zastępca wójta, inspektorzy i inni urzędnicy, którzy wykonują swoje obowiązki zawodowe w ramach struktury organizacyjnej. Ich rola jest kluczowa dla sprawnego funkcjonowania gminy, ale nie czyni ich samorządowcami w sensie ustrojowym.

Samorząd to wspólnota mieszkańców oraz osoby, które ją reprezentują. To ci, którzy działają z mandatu społecznego, przede wszystkim wójtowie, burmistrzowie, radni, ale również sołtysi – reprezentanci swoich miejscowości, będący najbliżej mieszkańców.
To rozróżnienie nie jest wyłącznie teoretyczne i niesie za sobą bardzo konkretne skutki. Jeśli wydarzenie jest kierowane „do samorządowców”, a informacja trafia wyłącznie do urzędu, to w praktyce nie dociera do właściwych odbiorców.

Szczególnie wyraźnie widać to w przypadku sołtysów oraz części radnych. Mimo że są wybierani przez mieszkańców i pełnią realną funkcję w życiu lokalnym, często dowiadują się o inicjatywach z opóźnieniem albo wcale. W efekcie o konkursie wie kilka osób, o konferencji tylko wybrane środowisko, a o innych wydarzeniach ci, którzy znaleźli się w nieformalnym obiegu informacji.
Taka praktyka, nawet jeśli nie jest intencjonalna, niesie ze sobą konkretne konsekwencje.

👉Po pierwsze, ogranicza dostęp do informacji, który jest podstawą uczestnictwa w życiu publicznym. Brak informacji w praktyce oznacza brak możliwości działania.

👉Po drugie, zaburza poczucie równości. Jeśli coś jest kierowane „do samorządu”, to każdy, kto go współtworzy, powinien mieć możliwość dowiedzenia się o tym i podjęcia decyzji, czy chce wziąć udział, czy nie.

👉Po trzecie, podważa zaufanie. Selektywna komunikacja zawsze rodzi pytania: kto został poinformowany i dlaczego właśnie on? Nawet jeśli nie ma w tym złej woli, brak przejrzystości działa na niekorzyść instytucji publicznych.

Wreszcie, prowadzi do niewykorzystania potencjału. Sołtysi i radni są najbliżej mieszkańców, to oni najlepiej znają lokalne potrzeby i problemy. Pomijanie ich w przepływie informacji oznacza rezygnację z tej wiedzy i doświadczenia.

Warto przy tym zauważyć, że nie jest to problem wynikający z przepisów prawa. To raczej kwestia przyzwyczajeń, organizacji komunikacji i braku refleksji nad tym, do kogo naprawdę kierowany jest przekaz.

Dlatego zmiana nie wymaga rewolucji, a jedynie świadomego podejścia. Jeśli wydarzenie jest adresowane do „samorządu” lub „samorządowców”, informacja powinna trafiać szeroko, nie tylko do urzędu, ale również do radnych i sołtysów.

Bo samorząd to nie jest budynek ani struktura organizacyjna. To ludzie.

A wspólnota zaczyna się tam, gdzie informacja dociera do wszystkich, którzy ją współtworzą.

12/04/2026
12/04/2026
Powiat Poznański zaprasza.
18/03/2026

Powiat Poznański zaprasza.

🌾 Sołtyski, sołtysi i lokalni społecznicy – to coś dla Was!
Pierwsza edycja Akademii Sołtyski i Sołtysa to okazja do zdobycia wiedzy, wymiany doświadczeń i rozmowy o wyzwaniach w pracy na rzecz lokalnej społeczności.

📅 Zapisy trwają do 22 marca, a udział jest bezpłatny.

➡️ Formularz zgłoszeniowy:https://forms.gle/eFysJXarGym26Ai7A

📄 Więcej informacji oraz program akademii znajdziecie w artykule – odnośnik w komentarzu.

Stowarzyszenie Sołtysów Powiatu Poznańskiego

23/12/2025
Czas prenumeraty, zapraszamy😊
14/11/2025

Czas prenumeraty, zapraszamy😊

Adres

Słupca Gmina
62-400

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Wielkopolskie Stowarzyszenie Sołtysów - Koło Gmina Słupca umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij