15/06/2026
Parafrazując tekst znanej piosenki można stwierdzić, że „pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej”. Tym razem trafiło się to „gorzej”. Wojciecha Ladę znam jako autora m.in. ”Berezy Kartuskiej”, której nie cenię w żaden sposób. Autor kreuje się na znawcę okresu międzywojennego, z uporem pisze na ten temat, ale tak naprawdę żadna z jego książek nie świeci jasno na firmamencie książek historycznych.
Okazja czyni złodzieja, a rocznice grafomanów. Większość książek wydanych z okazji setnej rocznicy porządków majowych można spokojnie podłożyć pod nogę od stołu, aby się nie chwiał, albo oddać do działu cymeliów w bibliotece. Nie ze względu na ich szczególną wartość, ale po to, by trudniej było do nich dotrzeć i nie ogłupiały ludzi. Książkę Lady spokojnie można zaliczyć do tej grupy.
W recenzowanej pozycji autor najpierw opisuje pobieżnie zamach z początku stycznia 1919 r., który organizowały jakieś endeckie marionetki, z później przechodzi do wydarzeń z maja 1926 r. Punktem wyjścia opowieści jest książeczka autorstwa Magdaleny Samozwaniec:, która maj 1926 r. widziała głównie z pokoju hotelowego i która przywoływana jest co jakiś czas. Dla autora Marszałek, to uosobienie nieomalże zła wszelkiego, a wszyscy jego podkomendni nie prezentują wartości innych niż te wynikające z wpływów Komendanta.
Na podstawie niewielkiej liczby wspomnień i opracowań przedstawia bieg wydarzeń nie siląc się na rzetelną analizę ani przyczyn, ani przebiegu, ani tym bardziej konsekwencji wydarzeń majowych. Najwyraźniej autor postawił sobie za zadanie napisanie książki w setną rocznicę i to było celem, a nie kompleksowe przedstawienie problematyki. Tekst czyta się łatwo, tym bardziej, że autor pisze do odbiorcy niezbyt przygotowanego historycznie. To powszechna maniera wśród sporej części publicystów historycznych.
Szkoda mi czasu na bardziej szczegółową analizę, ale myślę, że wykazanie kilku błędów da obraz „umiejętności” autora. Matematyka nie była zapewne ulubionym przedmiotem Lady, bo na stronie 26 pisze, że atmosfera z listopada 1918 r. zakończyła się trzy lata później śmiercią prezydenta Gabriela Narutowicza. Jak by nie liczyć, to od 1918 do 1922 roku minęły cztery lata. Trudno też zgodzić się ze stwierdzeniem zawartym na kolejnej stronie, że w kilka lat po zakończeniu Wielkiej Wojny doszło w Niemczech do mniej lub bardziej krwawego przewrotu. Ale może o czymś nie wiem? Jak widać na stronie 31 nie odróżnia także działań wywiadu od działania policji politycznej i kontrwywiadu. Ciekawi mnie niezmiernie jak Józef Piłsudski mógł wpływać na zarobki oficerów, którzy w żaden sposób nie byli od niego zależni, że o wyborze kręgu znajomych nie wspomnę. To fragmenty książki z kategorii „jak mały Jasiu wyobraża sobie politykę”. Na stronie 101 znajdujemy porucznika Grzędzińskiego, choć na sto procent chodziło o Januarego Grzędzińskiego, który już od czterech lat był podpułkownikiem. Problem ze stopniem nie jest jednostkowy. Jan Rzepecki raz w tekście występuje jako porucznik, a drugi raz jako kapitan. Tzw. reaserch ziemkiewiczowski na pełnej… petardzie.
O ignorancji grafomana… znaczy autora, świadczy także Felicjan Sławoj-Składkowski użyty na stronie 126. Dobrze, że nie pisał o Józefie Klemensie-Piłsudskim. Przyszłemu ministrowi spraw wewnętrznych i premierowi nie oszczędzono jeszcze jednego. Według Lady był on oficerem… kawalerii. Wystarczyłoby zerknąć do Rocznika Oficerskiego z 1923 r., by z łatwością zweryfikować do jakiej służby przydzielony autor „Strzępów meldunków”. To, że jeździł konno nie czyniło jeszcze z niego oficera kawalerii.
Odróżnienie podchorążego od chorążego (str. 128) może sprawiać problem dzisiejszemu młodemu człowiekowi, który nie przeszedł przeszkolenia wojskowego. Jednak komuś, kto pisze o maju 1926 r. trzeba stawiać wyższe wymagania. Jednak Wojciech L. nie odrobił lekcji. Konia z rzędem temu, kto znajdzie w Wojsku Polskim generała Wacława Zagórskiego (str. 163). O tym, że autor nie do końca panuje nad tekstem świadczy fakt, że na stronie 165 mamy tekst będący powtórzeniem ze strony 160. Żeby nadać swej książce pozory naukowości pisarczyk firmujący swym nazwiskiem to „dzieło” używa przypisów. Też nieudolnie, czego przykładem przypis ze strony 180, gdzie ewidentnie powołuje się na wspomnienia ppłk. Grzędzińskiego, a odsyła do wspomnień Stasia Hallera.
O tym, że pojęcie autora o realiach dwudziestolecia międzywojennego jest bardzo słabe świadczą jeszcze dwa przykłady. Na str. 184 pisze, że Związek Strzelecki, jako organizacja był szokująco młody. To oznacza, że nie wie nic o celach tej organizacji i jej członkach. Dla mniej zorientowanych (a może i dla autora, jeśli to przeczyta) dodam, że jej celem było m.in. prowadzenie przysposobienia wojskowego dla przedpoborowych, czyli osób po 16 roku życia. Na koniec raz jeszcze wrócę do wspomnień Magdaleny Samozwaniec. Opisuje ona propozycję wycieczki na teren objęty walkami i pada wtedy pytanie czy woli gumy czy taxi. Według Lady gumy, to wycieczka piesza (dobrze, że nie miał innych skojarzeń). Natomiast faktycznie to określenie oznaczało dorożkę na kołach z gumowymi oponami. Naprawdę, w moim wieku powinienem sobie już oszczędzać takich lektur.
Część odpowiedzialności spada także na wydawcę. Wydawnictwo Skarpa Warszawska skupia się na wydawaniu lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej (np. wydają Iana Fleminga) i podejście do nieco trudniejszego tekstu przerosło je. O ewentualnej współpracy w tym zakresie możemy porozmawiać na którychś z targów książki.