25/09/2026
Drogi fandomie i inni czytelnicy, jako że dzisiaj Polconowy piątek i można już wrzucać głosy do wiadomej urny, mamy dla Was okolicznościową niespodziankę: regulamin pierwszej edycji nagrody Sfinks! Prześledźmy sobie, co w 85 roku się wrzucało gdzie i dlaczego.
Zacznijmy od początku, czyli paragrafów 1 i 2. Paragraf pierwszy definiuje Sfinksa jako nagrodę literacką wszystkich polskich klubów.
Natychmiast potem paragraf 2 definiuje klub jako osobę lub grupę osób, które wpłaciły na konto nagrody przynajmniej 3000 złotych (w przybliżeniu – trzy dniówki pracownika umysłowego w państwowym przedsiębiorstwie).
(Niżej niepodpisany chciałby z tego miejsca wyrazić dozgonną wdzięczność tym spośród starszych koleżanek i kolegów (tak, wiem z grubsza kto to był), dzięki którym powyższą formułę wkrótce gruntownie przebudowano. Ale na razie jesteśmy tu gdzie jesteśmy.)
Z kolejnych punktów dowiadujemy się, że za pierwsze 3000 zł klubowi przysługiwał jeden głos, za każdy kolejny 1000 zł – jeden dodatkowy głos. Nie można jednak było wykupić więcej niż 25% wszystkich głosów.
Część z Was zapewne unosi się teraz słusznym oburzeniem na fakt ewidentnego, sankcjonowanego regulaminem kupowania głosów, o które zresztą Nagrodę oskrażano regularnie przy różnych okazjach. Ośmielimy się jednak zauważyć dwie okoliczności łagodzące.
Po pierwsze, cała suma wpłat na konto Nagrody z danego roku była docelowo wręczana laureatowi jako nagroda pieniężna. Można zatem łatwo prześledzić tok myślenia fundatorów, którym chodzić mogło po prostu o to, by wielkość wkładu w zawartość koperty przekładała się jakoś na możliwość zdecydowania, do kogo koperta powędruje. W jakimś stopniu. (Tzn. realnie próg 25% i możliwość traktowania osoby fizycznej jako klubu oznaczają, że czterech bogatych partyjnych aparatczyków mogło się po prostu umówić, że w tym roku Sfinksa dostaje Jerzy Urban, jednak szczęśliwie nic takiego się nie wydarzyło, więc może twórcy tego dokumentu wiedzieli z kim robią konwenty.) Nie można też nie porównać sytuacji ówczesnej z dzisiejszą. Z wcześniej publikowanego tu protokołu wiemy, że pierwsza edycja Sfinksa uzbierała łącznie 37000 – niecałe dwie średnie pensje. Dziś byłoby to 19000 PLN, i jeśli jest na sali ktoś, kto ma pomysł, jak uzyskać takie środki choćby do podziału na oboje tegorocznych laureatów, to prosimy o pilny kontakt z zarządem, bo w zeszłym roku Nagroda zarobiła niecałe 4000, z których trzeba pokryć koszty administracyjne, więc zostaje jeszcze mniej.
Po drugie, klimat intelektualny epoki dyktował prawdopodobnie nieco inne podejście do pieniędzy niż nasze obecne – zwłaszcza do pieniędzy, bądź co bądź, społecznych. Nie będziemy się bawili we wchodzienie do głowy ówczesnym fandomitom, będziemy natomiast prosić o wstrzemięźliwość w ewentualnych ocenach ich decyzji.
Wspomnimy za to o innej istotnej kwestii: Sfinks u swego zarania nie jest sztywno połączony z Polconem. Ani nawet luźno. Nie dziwi to wcale, bo Polcon na tym etapie jest co najwyżej eksperymentem z niepewnym rezultatem. Nagroda ma być przyznawana na największym wrześniowym konwencie, jeśli jego organizatorzy wyrażą na to zgodę. Laureat wyłaniany jest miesiąc wcześniej na podstawie nominacji zgłaszanych przez delegatów klubów (jedna książka na klub). O trybie zgłaszania nominacji nie wiemy nic, można więc chyba założyć, że odbywało się ono „na miejscu”, przed właściwym głosowaniem.
41 lat później mamy nominacje zbierane elektronicznie wśród uczestników konwentów i członków klubów, głosowanie preferencyjne wszystkich uczestników Polconu, dwie kategorie, demokratycznie regulowany regulamin, demokratycznie wybierane komisje i stałe miejsce na Polconie. (Wędrownym co prawda, ale zawsze.) W zasadzie wszystko to można uznać za zmiany na plus. Jedyna zmiana na minus – finanse.
Był to niestety póki co ostatni odcinek naszych archiwaliów, przynajmniej do czasu odkrycia kolejnego archiwum, które moglibyśmy tutaj analizować. Dziękujemy za uwagę, za tydzień ruszamy z kolejną serią o historii Polconów, a póki co – DO URN!