10/05/2026
2026-05-03 Majówka w Czechach. Dzień czwarty - zamek Soviniec
To ostatni dzień naszego pobytu, Januszek i Kazio wyruszyli o 8 rano w drogę powrotną - najpierw Czesio zapakował ich na bagażnik auta i wywiózł za dwie najwyższe góry. A potem minęli jeszcze jedną i dalej już mieli tylko z górki z wiatrem, więc koło 13-tej dotarli na własnych kołach do Nysy, wsiedli w pociąg i szybciej od nas dotarli do domu. My mieliśmy czas, bo wracaliśmy samochodami, więc postanowiliśmy jeszcze pojeździć po okolicy. Ja się uparłam, że dość oglądania smerków i pięknej przyrody, pora na program kulturalno-oświatowy. Na wieży widokowej wpadł mi w oko zamek w Sovincu i koniecznie chciałam go zobaczyć. Ale było do niego 25 km przeważnie pod górkę, wiał silny wiatr co dla elektryków nie stanowi problemu, ale został nam Jacuś na zwykłym rowerze. Aby nie zostawać w tyle wypożyczył sobie elektryka i pojechaliśmy. Monika i Andrzej pojechali na zamek samochodem, gdyż Monia nie chciała męczyć kontuzjowanej ręki. Na elektrykach jechało się bardzo dobrze, Jacuś aż tak się rozpędził, a ja za nim, że nie zauważyliśmy, kiedy reszta skręciła w boczną drogę. Gdy się zorientowaliśmy i zawróciliśmy upłynęło sporo czasu i drogi, a nigdzie ich nie było widać, zadzwoniliśmy, okazało się, że są daleko z przodu. Nie pozostało nam nic innego jak ich gonić - spotkaliśmy się w najbliższym miasteczku. Zrezygnowaliśmy z oglądania ruin i pojechaliśmy od razu na Soviniec. I warto było, zamek jest piękny, warto go pozwiedzać, choć artefaktów jak to w czeskich zamkach za wiele nie ma, ale widok z murów i wieży przepiękny. Z zamku pojechaliśmy 3 km w dół zobaczyć Arboretum o wdzięcznej nazwie Maczu Pikczu, a po drodze mogliśmy podziwiać całe łąki usiane pierwiosnkami. Arboretum obejrzeliśmy z dołu, bo nie było czasu ani sensu drapać się pod górkę po alejkach, skoro z dołu wszystkie rośliny były dobrze widoczne. Wracając mogliśmy jeszcze raz podziwiać pierwiosnki i zamek z drugiej strony. Jacuś uparł się by nam pokazać Galerię u Pradziada i warto ją zobaczyć, bo jest po drodze w miejscowości Jirikov. Rzeźbiarz Jiri Holouszka prezentuje w tym miejscu swoje prace, których jest tutaj ponad 250. Siedziba znajduje się na fermie danieli, gdzie znaleźć można ogromną szopkę betlejemską w której znajdują się rzeźby naturalnej wielkości. Największą rzeźbą i kolejnym unikatem jest postać władcy gór - Dziada Pradziada, która ma 10 m i waży 15 ton. Kolejnym unikatowym dziełem jest gigantyczny obraz Rzeszy Pradziada, a wszystkie trzy są wpisane do czeskiej księgi rekordów. W galerii znajduje się też pracownia, gdzie można zobaczyć kolejne etapy twórcze oraz wiele innych ciekawych eksponatów, a wszystko pięknie w drewnie wyrzeźbione. Świetnie bawiliśmy się karuzeli i na placu zabaw, a Jacuś pograł w karty z diabłami w piekle. Gdy już wszystko obejrzeliśmy ruszyliśmy w drogę powrotną, Jacuś oddał elektryka, zapakowaliśmy swoje rowerki na hak, pożegnaliśmy Adama i Basię i ruszyliśmy do domu. Chcieliśmy pojechać przez Mesto Albrechtice, bo mamy tam swoją ulubioną knajpkę, ale Czesiowa nawigacja tak nas dookoła po górach ciągała, że ją zamknęli zanim dotarliśmy. Jacuś znalazł przed samą granicą w Tremesnej jeszcze lepszą polsko-czeską, gdzie podano nam pyszny smażeny syr, hranulki i o dziwo aż trzy sałatki - co w Czechach jest ewenementem - od razu widać, wpływy polskie. Najedzeni i zadowoleni z udanego wyjazdu bez przeszkód około godz. 20-tej dotarliśmy do domu. Trasa rowerowa w tym dniu to 57 km.
TEwa.