Opolski Klub Turystyki Rowerowej Rajder

Opolski Klub Turystyki Rowerowej Rajder Klub Rajder jest stowarzyszeniem propagującym turystykę i rekreację rowerową.

Stowarzyszenie Rajder zostało założone 18 grudnia 2007 roku i zarejestrowane w KRS 25 lutego 2008 roku pod numerem 0000299944. Klub posiada 20 członków oraz ok. 20 sympatyków, mieszkańców Opola, którzy stale uczestniczą w naszych wycieczkach i imprezach.

2026-06-04 🚴‍♀️🚴‍♂️ Rowerowa wyprawa z Albrechtic do Krnova 🚴‍♂️🚴‍♀️Trzy kobiety, dwóch facetów, piękna pogoda i zero po...
08/06/2026

2026-06-04 🚴‍♀️🚴‍♂️ Rowerowa wyprawa z Albrechtic do Krnova 🚴‍♂️🚴‍♀️

Trzy kobiety, dwóch facetów, piękna pogoda i zero pośpiechu. Trasa z Albrechtic do Krnova upłynęła w spokojnym tempie, dzięki czemu można było nacieszyć się czeskimi krajobrazami, rozmowami i atmosferą wycieczki. Po drodze nie zabrakło atrakcji - był grill w Chomiąży, chwila odpoczynku i dużo śmiechu. Sławek jak zwykle zadbał o warstwę edukacyjną wyprawy, zasypując wszystkich mnóstwem ciekawostek o mijanych miejscach, historii i okolicy. Krnov był celem, ale najważniejsza była droga, wspólnie spędzony czas i świetna ekipa. Takie wycieczki zostają w pamięci na długo!

Maciej.

2026-06-07 Z Oławy rodzinnie, rekreacyjnie i krajoznawczoJeszcze nie byłem na wycieczce, w której średnia wieku była tak...
07/06/2026

2026-06-07 Z Oławy rodzinnie, rekreacyjnie i krajoznawczo

Jeszcze nie byłem na wycieczce, w której średnia wieku była tak niska – szacuję, że poniżej 20 lat za sprawą licznej grupy dzieci w wieku przedszkolnym. Trochę starszych też kilku było, a reszta to rodzice. Pogoda rowerowa, trasa niedługa cały czas przez las po twardej i równej drodze. Tempo jak ta takie małe dzieci duże ok. 10 km na godzinę (były już rajdy, w których jechali 5 na godzinę). Po godzinie dojechaliśmy do wsi Bystrzyca do wiaty przy boisku. A tam poczęstunek i zabawy dla dzieci. Główną konkurencją było przeciąganie liny. Dzieci oczywiście wygrały i dostały medale i upominki. Trasa powrotna była taka sama. Ja nie czekałem do końca zabaw i konkurencji i o 12 tej pojechałem w las. Najpierw do grodziska Ryczyn. Zbliżała się burza więc długo tam nie łaziłem i pojechałem w stronę jazu i śluzy na Odrze koło Lipek. Z Lipek przez Ścinawę Polską do Oławy i już byłem w Muzeum Motoryzacji Wena – to był główny punkt wyjazdu. Kto tam był to wie co jest, a kto nie był to musi pojechać i sam zobaczyć, bo kilka zdjęć nie jest w stanie oddać bogactwa asortymentu tam zgromadzonego (nie tylko motoryzacja). Jest też na miejscu restauracja, gdzie serwują pełne obiady no i oczywiście kawę i ciasta. Mnie zwiedzanie zajęło prawie 2 godziny, bo nie jestem koneserem. W ubiegłym roku byłem koło Końskie w podobnym muzeum w Modliszewicach. W obu są rarytasy na skalę światową, ale tamto jest ogólnie bogatsze i większy asortyment, zwłaszcza jednośladów (w tym rowerów) i pojazdów dostawczych i ciężarowych. Za to w Oławie jest to wszystko pod dachem i bardziej „higienicznie” wyeksponowane. Nie najeździłem się, bo w sumie tylko 55 km.

Marek.

2026-05-31 Czarne pszczoły i śpiący lew w PokojuPoranek przywitał nas dość wietrzną aurą - przy 18°C i wilgotności na po...
03/06/2026

2026-05-31 Czarne pszczoły i śpiący lew w Pokoju

Poranek przywitał nas dość wietrzną aurą - przy 18°C i wilgotności na poziomie 72% ze skrzydeł powiewał nam wiatr z prędkością ponad 12 km/h. Na zbiórce na placu Mickiewicza w Opolu szybko przeanalizowaliśmy prognozy i zapadła decyzja: kierunek Pokój! Z wiatrem powalczymy rano, żeby na powrocie ładnie nas pchało do domu. Ruszyliśmy zwartą grupą przez Kępę, Luboszyce, Biadacz i Masów, zaliczając po drodze szybki rzut oka na alpakarnię. W Dąbrówce Łubniańskiej przyszedł czas na zasłużone śniadanie na leśnym parkingu. Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak kawałek dalej. Leśna droga zgotowała nam niespodziankę w postaci sypkiego, głębokiego piachu. O ile posiadacze grubszych opon tylko lekko pomrukiwali, o tyle Czesio na swojej szosówce z cienkimi oponkami musiał tam stoczyć prawdziwą walkę o przetrwanie. Na wysokości Grabczoka doszło do pierwszego przegrupowania i część ekipy postanowiła odłączyć się i wracać wcześniej. Reszta twardo parła na Murów. Po drodze minęliśmy wczesnośredniowieczne grodzisko i dotarliśmy do Zagwiździa. Tam zatrzymaliśmy się na moście na obowiązkowe foto, po czym ruszyliśmy do ogrodu botanicznego. Kolejna sesja zdjęciowa, a chwilę później podziwialiśmy przepiękne kwiaty i wielkie czarne pszczoły: Zadrzechnie (Gatunek do niedawna uważany w Polsce za wymarły! Obecnie populacja się powoli odradza). Przez płot obejrzeliśmy jeszcze Starą Młotownię. Stamtąd ruszyliśmy malowniczą ścieżką wzdłuż Budkowiczanki. Jeszcze przed Okołami trafiliśmy na klimatyczne skrzyżowanie z torami kolejowymi, którymi już dawno żaden pociąg nie jechał - więc oczywiście: cyk i poleciały kolejne fotki do kolekcji. Dalej przez Krzywą Górę dotarliśmy do zabytków. Nie pominęliśmy pomnika Fryderyka Wielkiego ani Świątyni Matyldy, gdzie też powstała dokumentacja zdjęciowa. Najlepsze jednak było Elizjum - prawie cała grupa odważyła się przejść przez tamtejsze podziemia („ciemne ganki”), maszerując w egipskich ciemnościach i nastrojowym szeleście szeptów. Wjechaliśmy wreszcie do Pokoju, gdzie lokalny park przywitał nas masą atrakcji. Zobaczyliśmy ruiny Salonu Wodnego (Herbaciarni) oraz pomnik księżnej Matyldy von Württemberg. Największą uwagę przykuł jednak słynny żeliwny, śpiący lew. Jacek i Mariusz bez dłuższego wahania uznali, że to świetna okazja i postanowili go osiodłać. Król zwierząt miał akurat w pysku... dziecięcy smoczek i na szczęście dla chłopaków nawet się nie obudził. Po tych wygłupach zameldowaliśmy się w kawiarni "Matylda" na pyszną kawę i ciacho, a po słodkim popasie ruszyliśmy jeszcze na spotkanie z naturą, żeby wyściskać najstarszą w Polsce sosnę wejmutkę. Droga powrotna wiodła przez Winną Górę, Ładzę do Kup, skąd odbiliśmy na Dobrzeń Wielki. Tam trafiliśmy idealnie na bicie dzwonów w zabytkowym, drewnianym kościele św. Rocha, przy okazji podziwiając tamtejsze organy. Nad rzeką, w miejscu zwanym Odra Ślum, zrobiliśmy dłuższy popas. Tradycji musiało stać się zadość, więc zmoczyliśmy strudzone nogi w rzece, a trójka śmiałków poczuła nagły zew natury i wdrapała się na drzewo. Grupa zaczęła się kurczyć - Ewa i Mariusz pierwsi odfrunęli z popasu, w Czarnowąsach Sławek z Elą odbili na wschód, a reszta (Jola, Jacek i Witek) dotarła do Opola, rozjeżdżając się w swoje strony w okolicach ronda. Pogoda dopisała, humory również, a licznik zamknął się dzisiaj na bardzo zacnym dystansie - pękło równe 85 km! Do następnego!

Vit.

2026-05-24 Testowanie kierownicyPojechałem na przejazd z nową prostą kierownicą zamontowaną w moim rowerze turystycznym....
26/05/2026

2026-05-24 Testowanie kierownicy

Pojechałem na przejazd z nową prostą kierownicą zamontowaną w moim rowerze turystycznym. Trasa: Opole, Łącznik, Lubrza, Osoblaha, Divci Hrad, Laskowice, Mochów, Kujawy, Smolarnia, Prószków, Opole. Trasa ogółem 145 km. Wyjazd z Opola 8:30 powrót 20:30

Grzesiek.

2026-05-24 Kwitnące rododendrony w MosznejSłoneczny poranek zachęcił nas do dłuższej wycieczki - wybór padł na Moszną ze...
26/05/2026

2026-05-24 Kwitnące rododendrony w Mosznej

Słoneczny poranek zachęcił nas do dłuższej wycieczki - wybór padł na Moszną ze względu na kwitnące tam azalie i różaneczniki. Ruszyliśmy przez Wyspę Bolko, Domecko, a pierwszy postój był tradycyjnie nad stawem w Nowej Kuźni. Za Prószkowem pojechaliśmy odwrotnie niż zwykle, czyli zamiast przez Pucnik i Chrzelice to przez Strzeleczki, Racławiczki i to nie było dobre posunięcie. Początkowo grupa była spora, ale na ostatnim postoju pod wiatą myśliwską za Przysieczą doszło do podziału i część osób pojechała przez Stary Bud na Otmęt, a reszta tak jak było postanowione na Moszną. I wszystko było dobrze aż do Racławiczek, bo dawno tamtędy nie jechaliśmy i na ogół wracaliśmy od tej strony, więc się trochę pogubiliśmy. Niby jechaliśmy niebieskim szlakiem, ale widać, ze ta trasa jest mało uczęszczana, drogi pozarastały, oznaczeń nie widać. Najpierw wylądowaliśmy na łące, bo się droga skończyła, potem na parkingu przy sanatorium zamiast na cmentarzu, gdzie chcieliśmy zobaczyć azalie. W końcu pojechaliśmy przez wieś aby wjechać do parku od strony miejscowości Ogiernicze. I udało się, a na dodatek spotkała nas miła niespodzianka. Tyle lat już jeździmy podziwiać kwitnące krzewy, a pierwszy raz trafiliśmy na moment przepędzania klaczy ze źrebiętami z łąki do stadniny. Widok niesamowity - galopujące konie pełnej krwi arabskiej, różnej maści z rozwianą grzywą. Warto było się pobłąkać by to zobaczyć. Dalej znanymi już dróżkami dotarliśmy pod pałac, zrobiliśmy sporo fotek, posłuchaliśmy grającej fontanny, objechaliśmy i obeszliśmy wszystko co się dało przepychając się przez mrowie ludzi, którzy tak jak my przyjechali na Święto Kwitnących Azalii. Mieliśmy ochotę na lody, ale kolejki odstraszały, więc w drodze powrotnej wstąpiliśmy do cukierni Pela, ale tu wcale lepiej nie było. Jeden sprzedawca, a ludzi tłum, więc trochę się naczekaliśmy i z grupy została nas tylko trójka najwytrwalszych, Bercik odłączył się już w Mosznej zniechęcony nieudanymi próbami wjazdu do parku, Adam pożegnał nas koło fontanny, a Zdzichu u Peli. Dalej wracaliśmy znaną nam trasą przez Chrzelice - rzymkowicką jedynką, która doprowadziła nas przez Pucnik do Domecka i Wójtowej Wsi, gdzie się rozjechaliśmy. Piękna pogoda i piękna wycieczka, a długość trasy imponująca jakiej już dawno nie było - 94 km.

TEwa.

2026-05-23 Żelaznym szlakiem Większyce – Polska CerekiewŚcieżki po byłych liniach kolejowych bardzo mnie interesują. Już...
23/05/2026

2026-05-23 Żelaznym szlakiem Większyce – Polska Cerekiew

Ścieżki po byłych liniach kolejowych bardzo mnie interesują. Już kilka przejechałem. Tym razem nadarzyła się okazja na przejazd niedawno zbudowaną trasą Większyce – Polska Cerekiew. I okazało się, że ścieżka jest idealnie zrobiona, pod każdym względem. Rajd zgromadził ponad 30 osób, głównie z Kędzierzyna i Koźla. A zbiórka była na początku ścieżki zaraz za Koźlem. Na trasie tempo umiarkowane ok. 10-15 na godzinę i postoje na byłych stacjach. Półmetek był w świetlicy wiejskiej w Sukowicach. Poczęstunek – pieczone kiełbasy, kawa i ciastka oraz woda mineralna. Towarzystwo rozsiadło się na dłużej a było już południe więc odłączyłem się i pojechałem jeszcze kilka km do Polskiej Cerekwi. Ścieżka kończy się przed wioską, ale jest pozostałość po budynku stacji. Nie byłam tam kilka lat, ale zamek dalej stoi pusty tylko na parterze jest biblioteka. Droga powrotna już bez postojów prosto do Koźla – Rynek, zamek, kościół. I do Kędzierzyna na pociąg. Bardzo udany wyjazd rekreacyjny i krajoznawczy.

Marek.

2026-05-17 Ognisko wiosenneOgnisko wiosenne za nami. Wprawdzie nieco pokapało, a na powrocie popadało, co wpłynęło na fr...
19/05/2026

2026-05-17 Ognisko wiosenne

Ognisko wiosenne za nami. Wprawdzie nieco pokapało, a na powrocie popadało, co wpłynęło na frekwencję, ale i tak wesoło było. Żadna kiełbaska nie zakończyła żywota w ogniu, piekły się ziemniaki, kawały leciały, serwowano ciasto agrestowe i mnóstwo innych słodyczy. Panowie zadbali o ogień - suche drewno na rozpałkę przyjechało w sakwie z Opola!!! Na zbiórce było nas dwanaścioro, a na miejsce samotnie dojechali: Bruno, Vit (ek) i Jacek (prosto z imprezy w Turawie, jeszcze z piżamą w sakwie). Aaa i jeszcze dwóch, niezidentyfikownych rowerzystów. Lubimy wszyscy to miejsce nad Małą Panwią i jej starorzeczem nieopodal Biadacza. Spokój, cisza, piękne drzewa, śpiew ptaków. Piszę te słowa po piętnastej, za oknem leje regularnie, przed czym przestrzegała nas wilga (tam, przy ognisku) oraz prognozy.

Spisała TEla.

2026-05-10 W nieznane, na początku, a dalej ... stare kątyWłaściwie to nikt nie wymyślił konkretnej trasy na dziś i tak ...
16/05/2026

2026-05-10 W nieznane, na początku, a dalej ... stare kąty

Właściwie to nikt nie wymyślił konkretnej trasy na dziś i tak na żywioł jechaliśmy. Na dobry start kamionka Madeja w Falmirowicach, potem przez Raszową do Utraty (tchu?) na wieżę widokową. Wiało dość mocno, ktoś powiedział, że wieża się rusza, więc ruszyliśmy i my dalej przez Izbicko, Otmice do Kamienia. Tu wymoczyliśmy wymęczone nogi i nie tylko… niektóre leginsy też. Tu też grupa się przegrupowała. Jedni ruszyli na Kamionek, Chorulę, inni przez Miedzianą do Opola. Ta druga grupa szwendała się nieco. W temacie kamieni. A to duży kamień w Kamieniu, interesujący obiekt do ćwiczeń gimnastycznych, a to kamieniołom w Kamieniu, interesujący obiekt między innymi również do ekstremalnych ćwiczeń gimnastycznych. Niestety kamieniołom pomału grodzi się…., a taka atrakcja była… No i tyle. Jeszcze miły przystanek nad Odrą z koncertem trzciniaków.

TEla.

2026-05-03 Majówka w Czechach. Dzień czwarty - zamek SoviniecTo ostatni dzień naszego pobytu, Januszek i Kazio wyruszyli...
10/05/2026

2026-05-03 Majówka w Czechach. Dzień czwarty - zamek Soviniec

To ostatni dzień naszego pobytu, Januszek i Kazio wyruszyli o 8 rano w drogę powrotną - najpierw Czesio zapakował ich na bagażnik auta i wywiózł za dwie najwyższe góry. A potem minęli jeszcze jedną i dalej już mieli tylko z górki z wiatrem, więc koło 13-tej dotarli na własnych kołach do Nysy, wsiedli w pociąg i szybciej od nas dotarli do domu. My mieliśmy czas, bo wracaliśmy samochodami, więc postanowiliśmy jeszcze pojeździć po okolicy. Ja się uparłam, że dość oglądania smerków i pięknej przyrody, pora na program kulturalno-oświatowy. Na wieży widokowej wpadł mi w oko zamek w Sovincu i koniecznie chciałam go zobaczyć. Ale było do niego 25 km przeważnie pod górkę, wiał silny wiatr co dla elektryków nie stanowi problemu, ale został nam Jacuś na zwykłym rowerze. Aby nie zostawać w tyle wypożyczył sobie elektryka i pojechaliśmy. Monika i Andrzej pojechali na zamek samochodem, gdyż Monia nie chciała męczyć kontuzjowanej ręki. Na elektrykach jechało się bardzo dobrze, Jacuś aż tak się rozpędził, a ja za nim, że nie zauważyliśmy, kiedy reszta skręciła w boczną drogę. Gdy się zorientowaliśmy i zawróciliśmy upłynęło sporo czasu i drogi, a nigdzie ich nie było widać, zadzwoniliśmy, okazało się, że są daleko z przodu. Nie pozostało nam nic innego jak ich gonić - spotkaliśmy się w najbliższym miasteczku. Zrezygnowaliśmy z oglądania ruin i pojechaliśmy od razu na Soviniec. I warto było, zamek jest piękny, warto go pozwiedzać, choć artefaktów jak to w czeskich zamkach za wiele nie ma, ale widok z murów i wieży przepiękny. Z zamku pojechaliśmy 3 km w dół zobaczyć Arboretum o wdzięcznej nazwie Maczu Pikczu, a po drodze mogliśmy podziwiać całe łąki usiane pierwiosnkami. Arboretum obejrzeliśmy z dołu, bo nie było czasu ani sensu drapać się pod górkę po alejkach, skoro z dołu wszystkie rośliny były dobrze widoczne. Wracając mogliśmy jeszcze raz podziwiać pierwiosnki i zamek z drugiej strony. Jacuś uparł się by nam pokazać Galerię u Pradziada i warto ją zobaczyć, bo jest po drodze w miejscowości Jirikov. Rzeźbiarz Jiri Holouszka prezentuje w tym miejscu swoje prace, których jest tutaj ponad 250. Siedziba znajduje się na fermie danieli, gdzie znaleźć można ogromną szopkę betlejemską w której znajdują się rzeźby naturalnej wielkości. Największą rzeźbą i kolejnym unikatem jest postać władcy gór - Dziada Pradziada, która ma 10 m i waży 15 ton. Kolejnym unikatowym dziełem jest gigantyczny obraz Rzeszy Pradziada, a wszystkie trzy są wpisane do czeskiej księgi rekordów. W galerii znajduje się też pracownia, gdzie można zobaczyć kolejne etapy twórcze oraz wiele innych ciekawych eksponatów, a wszystko pięknie w drewnie wyrzeźbione. Świetnie bawiliśmy się karuzeli i na placu zabaw, a Jacuś pograł w karty z diabłami w piekle. Gdy już wszystko obejrzeliśmy ruszyliśmy w drogę powrotną, Jacuś oddał elektryka, zapakowaliśmy swoje rowerki na hak, pożegnaliśmy Adama i Basię i ruszyliśmy do domu. Chcieliśmy pojechać przez Mesto Albrechtice, bo mamy tam swoją ulubioną knajpkę, ale Czesiowa nawigacja tak nas dookoła po górach ciągała, że ją zamknęli zanim dotarliśmy. Jacuś znalazł przed samą granicą w Tremesnej jeszcze lepszą polsko-czeską, gdzie podano nam pyszny smażeny syr, hranulki i o dziwo aż trzy sałatki - co w Czechach jest ewenementem - od razu widać, wpływy polskie. Najedzeni i zadowoleni z udanego wyjazdu bez przeszkód około godz. 20-tej dotarliśmy do domu. Trasa rowerowa w tym dniu to 57 km.

TEwa.

2026-05-02 Majówka w Czechach. Trzeci dzień - wjazd na PradziadaPogoda na majówkę udała nam się znakomicie, codziennie s...
10/05/2026

2026-05-02 Majówka w Czechach. Trzeci dzień - wjazd na Pradziada

Pogoda na majówkę udała nam się znakomicie, codziennie słońce i chociaż pierwszy dzień był trochę chłodny to później było już tylko lepiej, a nawet panował niezły upał. Zaplanowaliśmy więc wjazd na Pradziada w sobotę, bo widoczność bardzo dobra była a z małej Morawki to niedaleko, tyle że ciągle pod górkę. Nie przeszkadzało nam to wcale, ponieważ znaczna część grupy idąc zgodnie z duchem czasu i peselem przesiadła się na elektryki i tylko 3 osoby się pod górkę spociły. Wspinaczkę zaczęliśmy z parkingu Hvezda i po raz pierwszy wjazd mi się podobał, gdyż na elektryku to bajka - na płaskim wystarczy jechać na eco, pod górkę włączamy standard i samo jedzie, a my możemy podziwiać okolice zamiast się pocić i sapać. Straszne są tylko zjazdy - bo jak się maszyna rozpędzi to gna bez opamiętania i ręce cierpną od hamowania. Pierwszy odcinek drogi bardzo mi się podobał, bo ruch puszczany jest jednostronnie, więc ludzi i samochodów mało, tylko gnające i kurzące autobusy zakłócają sielankę. Gorzej jest od „Owczarni”, gdzie tłumy opuszczają samochody, autobusy, które je tam przywiozły i bez ładu, i składu lezą całą szerokością jezdni na szczyt. A rowerzyści muszą uprawiać slalom gigant między nimi, go pod górkę jeszcze jest w miarę, ale z górki to już bardzo kłopotliwe. Jako że podział na elektryki i „zwykłe” był znaczący to i na szczycie w różnym czasie dotarliśmy by zrobić społeczne foto. Gdy naoglądaliśmy się już pięknych widoków, Kazik z Czesiem opalali się na trawce, a ja z Januszkiem i Jacusiem wjechaliśmy windą na punkt widokowy by obejrzeć dalsze okolice. „Beskidki” w tym czasie zaczęły już zjazd i udali się swoją trasą do Suchej Rudnej, bo nie dali się zwieźć Jacusiowi tak jak ja - byłam pierwszy raz i uwierzyłam mu, że do Svyczarni jest asfalt. Owszem był, ale jaki, już bym wolała, żeby go wcale nie było, poszarpany i pourywany, kamienie, resztki śniegu i lodu. Ręce bolały od hamowania, więc pod schroniskiem udzieliłam mu stosownej reprymendy. Ale widoki były trzeba przyznać piękne, a na dodatek trafiła nam się ciekawostka - ślub w stylu Boho - para młoda z wiankami na głowie, panna młoda w haftowanej kwiecistej sukience, pan młody w garniturze i japonkach. Gdy się już napatrzyliśmy, odpoczęliśmy, zaczęliśmy zjazd slalomem między ludźmi, aż do Owczarni, potem spokojniej, ale ja kilka razy musiałam się zatrzymywać, bo ręce drętwiały od trzymania na hamulcu. I tu się wyjaśniło czemu Czesio nosi przydomek „Pirat” - zaliczył dwie niebezpieczne sytuacje. Najpierw jego własny termos wpadł mu pod koła wybijając go w górę, a potem o włos minął się z pędzącym w górę autobusem i do końca dnia był już spokojny. Gdy wszyscy spotkaliśmy się na parkingu pod Hvesdą Jacuś z Czesiem, którym było mało udali się okrężna drogą do domu przez Suchą Rudną i tam spotkali „Beskidki”, a ja z Januszkami najkrótszą do naszej ulubionej knajpki „Na Rychle” gdzie tym razem zamówiłam czosnkowa polevkę i knedle i nie byłam zawiedziona. Gdy już konsumowaliśmy dotarli do nas Jacuś i Czesio i też przysiedli się do stołu. Po obiedzie Jacuś znów pojechał po zastrzyk adrenaliny w „Bike Parku”, a my do domku. Dzisiejszy dystans to 47 km.

TEwa.

Adres

Oleska 23/4
Opole
45-052

Telefon

+48696880305

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Opolski Klub Turystyki Rowerowej Rajder umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Ta Organizacja

Wyślij wiadomość do Opolski Klub Turystyki Rowerowej Rajder:

Udostępnij