Fundacja "Wołyń Pamiętamy"

Wskazówki dojazdu Strona internetowa Kontakt: organizacja

Fundacja "Wołyń Pamiętamy" https://www.paypal.me/wolynpamietamy

38 1750 0012 0000 0000 4087 6383

BNP Paribas
(248)

Ooooo zmiana narracji. Najpierw zabici ukraińcy byli ofiarami polskich odwetów a teraz sytuacja wymaga tego aby ich prze...
23/10/2026

Ooooo zmiana narracji. Najpierw zabici ukraińcy byli ofiarami polskich odwetów a teraz sytuacja wymaga tego aby ich przemianować na ofiary band UPA 🙂. Trzeba przecież pokazać, że nie wszyscy ukraińcy mordowali. Właśnie dlatego nie polecam książki tego pana. Przekazujcie pamięć na postawie książki Kustosza Pamięci Narodowej Pana Janusza Horoszkiewicza "A Imię Nasze Wołyńskie Dzieci". Link w komentarzu

W tym tygodniu na Notatniku Reportera przybliżam postać Romana Szuchewycza - człowieka Roku Obwodu Lwowskiego 2027.
Dziś garść ciekawostek o naszym bohaterze.
Roman Szuchewycz przestawiany jest w ukraińskich hagiografiach jako człowiek, który walczył z dwoma totalitaryzmami i jeszcze z Polakami.
Tymczasem fakty są takie, że z totalitaryzmem niemieckim Roman Szuchewycz głównie kolaborował; zaczął z nim walczyć dopiero, jak Niemcy przegrali pod Stalingradem i wiadomo było, że przegrają wojnę. A co do Sowietów, to owszem, walczył z nimi. Ale jego oddziały zabiły więcej.... ukraińskich cywilów niż Sowietów.
Tak, UPA zabijało również Ukraińców - wystarczyło ich skrytykować lub nie chcieć się dołączyć do antypolskich akcji. Historycy szacują liczbę zabitych Ukraińców od 10 nawet do 30 tysięcy. Warto to wiedzieć na temat patrona roku 2027.
Największą skuteczność oddziały UPA wykazały zaś wobec bezbronnych cywilów polskich, na Wołyniu i w Galicji.
Z oddziałami zbrojnymi szło im znacznie gorzej.
PS: przypominam, że w tym tygodniu wysyłam książkę "Opowieści z Wołynia" do wszystkich bibliotek, które się do mnie zgłoszą. Niech wiedza o postaci Szuchewycza stanie się wiedzą powszechną!
Proszę pisać na priv lub na maila.
Można również nabyć tę książkę w najlepszej cenie w historii. Link w pierwszym komentarzu.
PS: jeśli ten wpis wydał Ci się ważny, podaj go dalej!

Wydałam dwa tomy książki napisanej przez Komendanta obrony Lwowa Czesława Mączyńskiego - "Boje Lwowskie". Wiedzcie, że p...
23/10/2026

Wydałam dwa tomy książki napisanej przez Komendanta obrony Lwowa Czesława Mączyńskiego - "Boje Lwowskie". Wiedzcie, że polskie dzieci nie są uczone w szkołach o polskim Lwowie i jego obronie przed ukraińskimi zamachowcami. Naród bez pamięci, jest narodem ułomnym. Link do zestawu w komentarzu. Można wybrać sobie przy okazji tego zakupu - książkę gratis (wydaną przez Fundację Wołyń Pamiętamy).
https://www.sklep.wolynpamietamy.org/boje-lwowskie-tom-1-2-czeslaw-maczynski-zestaw

Most w Wyrce usłany trupami. Przerażeni Polacy mogli ocenić rozmiar bestialstwa ukraińskiego. Tam, gdzie były spalone do...
22/10/2026

Most w Wyrce usłany trupami.
Przerażeni Polacy mogli ocenić rozmiar bestialstwa ukraińskiego. Tam, gdzie były spalone domy, unosił się odór z trupów i ze spalonych zwierząt. Z jednego domu, spalonego do wysokości okien, wystawały przewieszone nogi, a reszta ciała spalona była wewnątrz. Nieco dalej na zabitej świni siedział poczerniały trup mężczyzny, podparty tyczkami, aby nie spadł.

Fragment książki "A Imię Nasze Wołyńskie Dzieci" Kustosza Pamięci Narodowej Pana Janusza Horoszkiewicza, który przez kilkanaście lat jeździł na Wołyń, stawiając w miejscach po wymordowanych polskich wioskach - krzyże. Link do zakupu książki podaję w komentarzu.

A po drugiej stronie drogi na zabitej krowie posadzony był drugi mężczyzna. Widok ten był wstępem do tego, co wędrowców czekało przed mostem za Wyrką. Na drodze i obok drogi przy moście w Wyrce leżały trupy, czarniejące, napuchnięte, od których unosił się niewyobrażalnie odrażający trupi odór. Wszystko, co zostawili uciekinierzy napadnięci w czasie zasadzki tj. furmanki, wozy drabiniaste i dobytek, było już zabrane przez Ukraińców. Pozostawili jedynie trupy, które się teraz rozkładały, a odór nie pozwalał zbliżyć się w ich pobliże. Najpierw Polacy próbowali omijać zwłoki, ale nie było możliwości, aby zmusić konie do przejazdu. Po przyniesieniu długiego drąga z pobliskiego spalonego młyna, zdołano ściągać trupy do rowu. Dopiero po zepchnięciu ciał konie poszły. Trupy Polaków tak pozostały, nikt ich zapewne nie zakopał.
1471 W kolejnej wsi Niemcy zauważyli, jak kilku Ukraińców przeszukuje zgliszcza. Zaskoczeni nie próbowali nawet uciekać. Niemcy kazali ich zabrać a w Rafałówce oddać do dyspozycji komendanta.
Zostali powiązani i położeni na furmankach. Na leżących posiadali ci, co już wcześniej na nich jechali i tak dojechali do Rafałówki. Tam, po naradzie z dowództwem, Niemcy rozstrzelali pojmanych Ukraińców.

22/10/2026
W odpowiedzi na ukraińską propozycję nazwania pociągu kursującego do Chełma imieniem Mychajła Hruszewskiego, proponuję n...
21/10/2026

W odpowiedzi na ukraińską propozycję nazwania pociągu kursującego do Chełma imieniem Mychajła Hruszewskiego, proponuję nazwać Dworzec PKP w Chełmie im. Naszego Bohatera Stanisława Basaja ps. "RYŚ". Kto jest za? Koszulki z podobizną Rysia, dostępne są w sklepie Fundacji Wołyń Pamiętamy. Link w komentarzu.

Polacam "Sprawę ukraińską" Tadeusza Gluzińskiego, z której dowiecie się m.in kto, kiedy i w jakim celu przemianował Rusi...
21/10/2026

Polacam "Sprawę ukraińską" Tadeusza Gluzińskiego, z której dowiecie się m.in kto, kiedy i w jakim celu przemianował Rusinów w Ukraińców. Link do książki w komentarzu.

Grabież polskich wsi (17 lipca 1943 r., od rana)Po opuszczeniu polskich wsi przez ludność do grabieży wyruszyli sąsiedzi...
21/10/2026

Grabież polskich wsi (17 lipca 1943 r., od rana)
Po opuszczeniu polskich wsi przez ludność do grabieży wyruszyli sąsiedzi Ukraińcy. W czasie walk nie wszyscy odważyli się na taką wyprawę. Ukraińcy mieszkający koło torów, jakby zazdrościli tym, którzy mogą rabować i się na tych nędznych rzeczach dorabiać. W zaistniałej sytuacji, kiedy zobaczyli, jak pod stację kolejową przybywają Polacy, wszystko w ich zachowaniu się odmieniło. Z wyczekiwania przeszli do powszechnego ruszenia. Ochoczo zabrali się i oni do rabunku, aby i im z tego „szczęścia” coś się dostało. Z różnych miejscowości, w różnych dniach i porach doby, wyruszali niby niewinni grabieżcy ze słowami – Jak ma się zmarnować, to lepiej zabrać. Na wszelki wypadek zabierali siekiery i brali na furmanki uzbrojonych w widły sąsiadów. W grupie zawsze było raźniej, a i odpowiedzialność zbiorowa koiła sumienie.
Fragment książki "A imię nasze wołyńskie dzieci" napisanej przez Kustosza Pamięci Narodowej Pana Janusza Horoszkiewicza, na podstawie kilkunastoletnich wyjazdów na Wołyń. Link do zakupu książki w komentarzu.
Pierwsza fala grabieży była z rana 17 lipca, kradli Ukraińcy z pobliskich wsi. Potem szły następne fale z coraz odleglejszych miejscowości. Z upływem czasu do ukraińskich wsi zaczęli wracać złodzieje z łupami, zapanowała atmosfera rabunku. Zachłanność opętała ludność ukraińską. Aby nie brakło i dla nich „majna” (majątku) ruszyli w wielkiej masie na kolejny rabunek. Wśród Ukraińców byli i tacy, którzy nie pohańbili się grabieżą, mieli z tego powodu bardzo szybko kłopoty. Ukraińscy grabieżcy chcieli, aby wszystkie ręce były splamione, tak krwią, jak i grabieżą.
Całe gromady Ukraińców zjeżdżały furmankami do wsi jak zbójcy. Tam napotykali ukrywających się jeszcze Polaków, którzy w akcie desperacji walczyli na śmierć i życie. Ilu spośród grabieżców było zabitych, nikt nie liczył. Jak już był zabity, to trudno, życia mu nie przywróci. A ilu Polaków oni zabili, też nikomu się nie chwalili. Ważne, że mogli przygnać krowę, przywieźć zabitą świnię, jakieś narzędzie, nędzne meble, szczęśliwcy nawet przyprowadzali konie. Mimo, że większość gospodarstw była już spalona, to o łupy nie było trudno. Polacy przed opuszczeniem domów bardzo dużo wyposażenia powynosili, mając nadzieję, że jak dom się spali to cokolwiek im zostanie.
Wynosili więc wszystko do ogrodów, chowali w bardzo wysokie żyta, pomiędzy tyczny groch, w zarośla i wszędzie, gdzie się dało. Przykrywali kopami siana, ale największym powodzeniem cieszyło się zakopywanie dobytku. Czerń szybko zorientowała się, że świeżo zagrzebywana ziemia albo zruszone patyki kryły pod sobą „skarby” Polaków. A że dużo rzeczy było dobrze ukrytych, proceder poszukiwań trwał aż do zimy. Co raz ktoś coś znalazł a pozostali z zazdrością spoglądali na jego szczęście. Te łupy wieźli na wozach i nieśli na własnych plecach. Jednak nikt nigdy z Ukraińców nie słyszał, aby ktoś z tych grabieżców się wzbogacił i z tego powodu żył w dostatku.
Na ukrywającą się w gryce żonę Władysława Domaszewicza (38 l.), zwanego „Kijowski” z Huty Stepańskiej natrafili właśnie tacy rabusie. Zagubiła się koło mostu w Wyrce, a błądząc i tracąc siły, jedyne, co mogła zrobić, to ukryć się i modlić o ocalenie. Niespodziewanie pojawiła się furmanka, którą powoził stary Ukrainiec. Na furmance siedział jego syn z dorosłymi synami i kilku Ukraińców. Kiedy zobaczyli żonę Władysława (imię jej niezapamiętane, pochodziła z Użania) natychmiast chcieli ją zabić posiadanymi narzędziami. Wówczas zawołał do nich starzec i zatrzymał mord. Kazał im brać „majno”, a on sam, jak powiedział, kobietę zabierze, a potem zabije, ale nie teraz. Nikt nie ośmielił się zakwestionować jego decyzji, chociaż najprawdopodobniej wiedzieli, że starzec nie chce jej zabić, a uratować. Słowo ojca było święte. Kazał jej siadać koło siebie na furmankę i siedzieć. Kiedy furmanka była już załadowana powiedział do syna i wnuków – Wy się tu jeszcze rozglądnijcie, ja jadę. Przyjdziecie na nogach - dodał na odjezdnym. Nie czekając odpowiedzi ruszył i podwiózł żonę Domaszewicza, aż pod wodociągi koło Rafałówki. Pokazał jej drogę i kazał szybko uciekać. Kobieta szczęśliwie dotarła do stacji kolejowej a tam wszystko opowiedziała.
Zapraszamy na Marsz Orląt Lwowskich i Przemyskich do Warszawy, 21 listopada Plac Trzech Krzyży godz. 15

Kolejny schron - grób w Kolonii TurSchrony stały się grobami, które ofiary budowały własnymi rękami. Taki sam śmiertelny...
20/10/2026

Kolejny schron - grób w Kolonii Tur
Schrony stały się grobami, które ofiary budowały własnymi rękami. Taki sam śmiertelny los, jak ofiary ze schronu Dziekańskich, spotkał trzy rodziny z parcelacji Kolonii Tur. Były to rodziny dwóch braci Markiewiczów (s. Franciszka), Stanisława i Wiktora oraz spokrewniona z nimi rodzina szwagra Madeja (lub Madonia). Wszyscy oni przybyli do Turu z kieleckiego tj. z Centrali.1310 Rodzina Wiktora Markiewicza liczyła sześć osób: rodzice i czworo dzieci. Stanisław Markiewicz miał żonę i córkę Krystynę. Madej natomiast ożeniony był z ich siostrą Zofią. Małżonkowie ci mieli dwie córki - Janinę i Genowefę oraz syna Henryka.

Fragment książki "A imię nasze wołyńskie dzieci" napisanej przez Kustosza Pamięci Narodowej, Pana Janusza Horoszkiewicza, na podstawie kilkunastoletnich jego wyjazdów na Wołyń. Link do zakupu książki podaję poniżej
https://www.sklep.wolynpamietamy.org/a-imie-nasze-wolynskie-dzieci-janusz-horoszkiewicz

Kiedy narastało zagrożenie banderowskie te trzy rodziny wykopały wspólny schron w ziemi, aby mieć kryjówkę. Rodzice i dorosłe dzieci przez kilkanaście nocy pracowali przy jego wykopaniu, oszalowaniu i powtórnym zasypaniu. Noce nie były długie, a pracę trzeba było zakończyć przed wschodem słońca, aby nikt obcy nie zauważył ich budowli. Wątpliwe, aby mieszkający w okolicy Ukraińcy nie zauważyli tego. Młodzież, tak polska, jak i ukraińska, noce spędzała na randkach, trzymane były warty, a pastuchy jeszcze przed wschodem słońca gnali krowy na wypas.
W noc ataku nie wiedzieli co robić, uciekać czy się skryć w tym schronie. Wiele razy już się kryli, kiedy widzieli w okolicy pożary, ale potem wracali do domów. Opuścić oddalone od kolonii domy nie było takie łatwe, pozostawiało się na pastwę losu majątek i zwierzęta, które mogły być pod nieobecność gospodarzy rozgrabione. W tych strasznych wojennych czasach każda, nawet najlichsza odzież, obuwie, miska gliniana, garnek, czy cokolwiek, stanowiło wartościową rzecz. Wahające się rodziny w ostateczności zdecydowały, aby siedzieć w schronie i czekać, aż się uspokoi. Na wszelki wypadek w schronie został też szwagier Madej, o co prosiły kobiety i dzieci. Z nim czuli się
bezpieczniej, miał on ze sobą włócznię do obrony. Nie wszystkie jednak dzieci chciały wejść do schronu, a wolały pozostać na zewnątrz, aby obserwować wydarzenia. Były to dorosłe dzieci Madeja: Janina (20 l.) i Henryk (15 l.) oraz Wiktora Markiewicza, Eugeniusz (15 l.).
Obaj Markiewicze wchodzili w skład miejscowej namiastki samoobrony. Niewiele ona miała wspólnego ze zwartą samoobroną Huty Stepańskiej i Wyrki, ale była na zasadzie, lepsze coś niż nic. Chodzili na warty podobnie jak inni sąsiedzi. Broni jednak żadnej nie mieli, jedynie szpikulce własnej roboty. Podobnie jak wszyscy mężczyźni musieli bronić swoich rodzin. W chwili zagrożenia wybiegli z domów właśnie w tym celu. W ostatnich czasach takie alarmy były wiele razy.
Jednak teraz wszystko potoczyło się nie tak jak wcześniej, zagrożenie nie minęło. Napad ukraińskich banderowców poraził swoim ogromem. Niezliczone masy czerni szły w stronę kolonii. O żadnej obronie Turu nie było mowy. Wszystko przebiegało w tak wielkim tempie, że zanim ojcowie zorientowali się w sytuacji, Ukraińcy byli już na ich podwórkach. Schron, w którym skryły się ich rodziny, pozostał na tyłach atakujących. Jedyną nadzieją było to, że go nie odnajdą, bo pomóc ukrytym nijak nie można było. W zaistniałej sytuacji nie było innego wyjścia, jak uciekać razem z innymi w kierunku Wyrki a potem do Huty Stepańskiej.
Cały następny sobotni dzień czekali z nadzieją, że ukryci w schronie przetrwali i niebawem dotrą do nich, ale nie dotarli. Uciekając w niedzielę o świcie w kierunku Rafałówki, mieli jeszcze nadzieję na odszukanie rodzin, ale musieli zawrócić z powrotem do Huty Stepańskiej. Przy opuszczeniu Huty Stepańskiej w niedzielne popołudnie kolumna poszła inną drogą i nie mieli możliwości dotrzeć do zgliszcz swoich gospodarstw.
Zabici pozostali na wieki najprawdopodobniej w schronie, bo nikt już ich żywymi nie widział. Byli to: Madej IN, jego żona Zofia z domu Markiewicz, ich córka Genowefa (3 l.); Żona IN Stanisława Markiewicza i jego córka Krystyna (4 l.); Wiktora Markiewicza żona IN i jego troje małych dzieci. Razem dziewięć osób. Ile było takich schronów nikt nie wie, po niektórych rodzinach wszelki ślad zaginął.

Zapraszam na Marsz Orląt Lwowskich i Przemyskich do Warszawy. Spotykamy się 21 listopada na Placu Trzech Krzyży w Warszawie o godz. 15.

Adres

Waryńskiego 2
Opole
45-047

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Fundacja "Wołyń Pamiętamy" opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Kontakt: Organizacja

Wyślij wiadomość do Fundacja "Wołyń Pamiętamy":

Skróty

Udostępnij