21/10/2026
Grabież polskich wsi (17 lipca 1943 r., od rana)
Po opuszczeniu polskich wsi przez ludność do grabieży wyruszyli sąsiedzi Ukraińcy. W czasie walk nie wszyscy odważyli się na taką wyprawę. Ukraińcy mieszkający koło torów, jakby zazdrościli tym, którzy mogą rabować i się na tych nędznych rzeczach dorabiać. W zaistniałej sytuacji, kiedy zobaczyli, jak pod stację kolejową przybywają Polacy, wszystko w ich zachowaniu się odmieniło. Z wyczekiwania przeszli do powszechnego ruszenia. Ochoczo zabrali się i oni do rabunku, aby i im z tego „szczęścia” coś się dostało. Z różnych miejscowości, w różnych dniach i porach doby, wyruszali niby niewinni grabieżcy ze słowami – Jak ma się zmarnować, to lepiej zabrać. Na wszelki wypadek zabierali siekiery i brali na furmanki uzbrojonych w widły sąsiadów. W grupie zawsze było raźniej, a i odpowiedzialność zbiorowa koiła sumienie.
Fragment książki "A imię nasze wołyńskie dzieci" napisanej przez Kustosza Pamięci Narodowej Pana Janusza Horoszkiewicza, na podstawie kilkunastoletnich wyjazdów na Wołyń. Link do zakupu książki w komentarzu.
Pierwsza fala grabieży była z rana 17 lipca, kradli Ukraińcy z pobliskich wsi. Potem szły następne fale z coraz odleglejszych miejscowości. Z upływem czasu do ukraińskich wsi zaczęli wracać złodzieje z łupami, zapanowała atmosfera rabunku. Zachłanność opętała ludność ukraińską. Aby nie brakło i dla nich „majna” (majątku) ruszyli w wielkiej masie na kolejny rabunek. Wśród Ukraińców byli i tacy, którzy nie pohańbili się grabieżą, mieli z tego powodu bardzo szybko kłopoty. Ukraińscy grabieżcy chcieli, aby wszystkie ręce były splamione, tak krwią, jak i grabieżą.
Całe gromady Ukraińców zjeżdżały furmankami do wsi jak zbójcy. Tam napotykali ukrywających się jeszcze Polaków, którzy w akcie desperacji walczyli na śmierć i życie. Ilu spośród grabieżców było zabitych, nikt nie liczył. Jak już był zabity, to trudno, życia mu nie przywróci. A ilu Polaków oni zabili, też nikomu się nie chwalili. Ważne, że mogli przygnać krowę, przywieźć zabitą świnię, jakieś narzędzie, nędzne meble, szczęśliwcy nawet przyprowadzali konie. Mimo, że większość gospodarstw była już spalona, to o łupy nie było trudno. Polacy przed opuszczeniem domów bardzo dużo wyposażenia powynosili, mając nadzieję, że jak dom się spali to cokolwiek im zostanie.
Wynosili więc wszystko do ogrodów, chowali w bardzo wysokie żyta, pomiędzy tyczny groch, w zarośla i wszędzie, gdzie się dało. Przykrywali kopami siana, ale największym powodzeniem cieszyło się zakopywanie dobytku. Czerń szybko zorientowała się, że świeżo zagrzebywana ziemia albo zruszone patyki kryły pod sobą „skarby” Polaków. A że dużo rzeczy było dobrze ukrytych, proceder poszukiwań trwał aż do zimy. Co raz ktoś coś znalazł a pozostali z zazdrością spoglądali na jego szczęście. Te łupy wieźli na wozach i nieśli na własnych plecach. Jednak nikt nigdy z Ukraińców nie słyszał, aby ktoś z tych grabieżców się wzbogacił i z tego powodu żył w dostatku.
Na ukrywającą się w gryce żonę Władysława Domaszewicza (38 l.), zwanego „Kijowski” z Huty Stepańskiej natrafili właśnie tacy rabusie. Zagubiła się koło mostu w Wyrce, a błądząc i tracąc siły, jedyne, co mogła zrobić, to ukryć się i modlić o ocalenie. Niespodziewanie pojawiła się furmanka, którą powoził stary Ukrainiec. Na furmance siedział jego syn z dorosłymi synami i kilku Ukraińców. Kiedy zobaczyli żonę Władysława (imię jej niezapamiętane, pochodziła z Użania) natychmiast chcieli ją zabić posiadanymi narzędziami. Wówczas zawołał do nich starzec i zatrzymał mord. Kazał im brać „majno”, a on sam, jak powiedział, kobietę zabierze, a potem zabije, ale nie teraz. Nikt nie ośmielił się zakwestionować jego decyzji, chociaż najprawdopodobniej wiedzieli, że starzec nie chce jej zabić, a uratować. Słowo ojca było święte. Kazał jej siadać koło siebie na furmankę i siedzieć. Kiedy furmanka była już załadowana powiedział do syna i wnuków – Wy się tu jeszcze rozglądnijcie, ja jadę. Przyjdziecie na nogach - dodał na odjezdnym. Nie czekając odpowiedzi ruszył i podwiózł żonę Domaszewicza, aż pod wodociągi koło Rafałówki. Pokazał jej drogę i kazał szybko uciekać. Kobieta szczęśliwie dotarła do stacji kolejowej a tam wszystko opowiedziała.
Zapraszamy na Marsz Orląt Lwowskich i Przemyskich do Warszawy, 21 listopada Plac Trzech Krzyży godz. 15