01/03/2025
2️⃣5️⃣8️⃣
O OMD i nie tylko…
„Ejtynsy” to najlepszy czas. To moment mojego dzieciństwa, dorastania, nabywania świadomości, pierwszych miłości, a nawet poznawania smaku „zakazanych owoców” (czytaj: papierosy, piwo, wino marki wino). Lata 80-te XX wieku to także wspaniała muzyka, a co z tym związane pojawienie się wielu, czasem kompletnie odmiennych, subkultur. Jednak z tych wszystkich trendów najlepiej przyswajalna była i jest dla mnie nadal scena synth – popowa, newwave’owa czy newromantyczna. Nie wiem ile to już razy słuchałem i coraz mocniej wsłuchiwałem się, tonąc w głębinach muzycznego oceanu, w dokonaniach takich wielkich twórców, jak: Classix Nouveaux, Visage, Japan, Kajagoogoo, The Human League, Red Box, Alphaville czy Ultravox. Jednak z tych wszystkich wielkich gwiazd elektronicznej sceny popowej dziewiątej dekady minionego stulecia najbliższy memu sercu jest chyba duet OMD.
Orchestral Manoeuvres In The Dark powstał w roku moich narodzin, czyli 1978, za sprawą połączenia sił Andy’ego McCluskey’a oraz Paula Humphreysa. Ci młodzi wówczas Brytyjczycy byli pod wielkim wpływem dokonań muzyki elektronicznej, szczególnie takiej spod szyldów Briana Eno oraz Kraftwerku. Postanowili sami tworzyć synth-popową muzykę, co zaowocowało już w 1980 i 1981 wydaniem trzech wspaniałych albumów: „Orchestral Manoeuvres In The Dark”, „Organisation” oraz „Architecture & Morality”. To z nich pochodzą takie wspaniałe utwory, jak: „Enola Gay”, „Electricity”, „Messages”, „Souvenir”, „Joan Of Arc” czy „Joan Of Arc (Maid Of Orleans)”. Szczególnie ten pierwszy doprowadził do wstąpienia OMD do panteonu synth – popowych gwiazd, co w sumie zadziało się w dość niespodziewany sposób nawet dla samego zespołu. „Enola Gay” opowiada o Boeingu B-29 Superfortress, którego nazwa przeszła do historii II wojny światowej nie z powodu jego konstrukcji, a ładunku, który przewoził. Na jego pokładzie był „Little Boy”, czyli bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę. Samolot pilotował Paul Tibbets, którego mamą była Enola Gay Tibbets i stąd nazwa własna pojazdu, która przeszła do historii. Opowieść o bombie atomowej, która zakończyła istnienie ponad 70 tys. istnień ludzkich, jest prawdziwą tragedią. To ludobójstwo wykonane na cywilach amerykańskimi rękoma w imię nauki, postępu, nowych odkryć stanowi, wg wielu historyków i socjologów, zwrotny punkt w dziejach naszej cywilizacji. Choć szczerze mogę napisać, że tych przełomowych momentów, które miały dać nam – ludzkości do myślenia, które miały nas naprostować i zawrócić ze zwodniczej ścieżki zmierzającej do samozagłady miało być wiele. I niestety okazywało się po wielokroć, i pewnie będzie nadal się to okazywać, że osób o dyktatorskich zapędach na Ziemi niestety nigdy nie zabraknie. Tekst „Enola Gay” jest smutny, tragiczny, katastroficzny, ale warstwa muzyczna stanowi wspaniałą dyskotekową, energiczną materią, która podbiła listy przebojów na początku lat 80-tych XX wieku w wielu krajach, zwłaszcza tam gdzie władanie językiem angielskim nie było na wysokim poziomie (szczególnie Francja, Portugalia, Włochy i Hiszpania). Mimo wymowy antywojennej i antynuklearnej, który zbliżał dokonanie OMD do twórczości Rogera Watersa, szczególnie z okresu wydania „The Final Cut”, „Enola Gay” stała się wielkim hitem, królową dyskotekowych parkietów, co przyniosło McCluskey’emu i Humphreysowi sławę.
Ja oczywiście te pierwsze dokonania OMD poznałem znacznie po czasie, bo pierwszy mój kontakt z ich twórczością był za sprawą zakupienia, niestety pirackiej kasety (takie wtedy były czasy, gdy na polskim rynku fonograficznym pojawiały się nielicencjonowane płyty zachodnich artystów, wydawane pod takimi szyldami, jak Takt czy Leo Records) „Sugar Tax” (1991). To z niej pochodziły hity: „Sailing On The Seven Seas” i „Pandora’s Box”. Później dopiero zacząłem nadrabiać zaległości w dyskografii OMD oraz innych noworomantycznych i synthpopowych artystów.
Dzisiaj zauważamy wielki powrót do kultury, stylizacji i muzyki rodem z lat 80-tych. Nie chodzi tylko o powrót sentymentalny mojego pokolenia, ale myślę tu bardziej o przywoływaniu elektroniki i wybijaniu rytmu przez automaty perkusyjne w dokonaniach współczesnych artystów. I to jest piękne! Co więcej nie tylko do synth-popu, ale także do twórczości heavymetalowej czy glamrockowej nawiązują także współczesne bandy, które dodatkowo stosując przejaskrawiony, czasem wręcz karykaturalny makijaż przywodzą na myśl lidera Twisted Sister - Dee Snidera.
04.02.2020 miałem przyjemność uczestniczyć w koncercie OMD w warszawskiej Progresji, gdzie udałem się w doborowym towarzystwie żony i ukochanego kuzyna – kompana wielu koncertowych wypraw. Było to wspaniałe przeżycie, tym bardziej, że stanowiło wyjątkowy czas w zalanym pandemią świecie, w pandemicznej izolacji.
Ten weekend jest pod znakiem „ejtynsów”. Impreza w tym duchu – to najlepsze co może mnie spotkać w kontekście lekko spóźnionego karnawałowego szaleństwa. Będę odpowiednia muzyka (także OMD), będą stroje z epoki i gadżety przypominające tamte czasy, gdy cieszyliśmy się ze zwykłych – niezwykłych gum Turbo, kiedy kolekcjonowaliśmy puste puszki po zagranicznych napojach, kiedy banany i pomarańcze były prawdziwym rarytasem rzucanym na półki sklepowe tylko dwa razy do roku – na święta. Cieszmy się więc z tego, co mamy, a także z możliwości słuchania wspaniałej synth – popowej, elektronicznej i rockowej muzyki sygnowanej latami 80-tymi.
Muzyka życia Szymon Gogolewski