01/05/2026
POCHODY I MAJÓWKI W OBRZYCACH
1 maja, w Święto Pracy, w odległych czasach PRL, wszyscy pracownicy Szpitala Psychiatrycznego w Obrzycach byli zobowiązani do wzięcia udziału w pochodzie. Personel ubrany odświętnie, z łopoczącymi sztandarami i transparentami, na których widniały hasła: "Sercem i umysłem służymy socjalistycznej Ojczyźnie" lub "Zdrowie psychiczne dla wszystkich" zbierał się pod budynkiem administracji.
Z orkiestrą dętą na czele, pochód ruszał przez bramę szpitalną, kroczył dumnie ulicą Poznańską aż dotarł do stadionu w Międzyrzeczu, gdzie finisz miały pochody z innych placówek publicznych lub zakładów produkcyjnych.
Po wielu przemówieniach lokalnych notabli, przypinaniu orderów, występach zespołów tanecznych oraz solistów, Obrzyczanie mogli wrócić na teren szpitala i odłożyć flagi.
Teraz nadchodził czas potańcówki na "patelni". „Patelnia”- tak z powodu jego okrągłego kształtu, nazywano obrzycki plac do tańczenia, położony w pobliżu basenów. Później w latach 80-tych wybudowano obok Ośrodek Wypoczynkowy „Nad Obrą”, jednak my dzisiaj powspominamy szalone lata sześćdziesiąte.
Początkowo „Patelnia” była drewniana. Scena do tańczenia i podest dla zespołu były starannie zbite z desek przez obrzyckich stolarzy. Z czasem, szybko próchniejące w wilgotnym lesie deski, zamieniono na wylewkę betonową. Podwyższenie dla zespołu muzycznego również wykonano z trwałego betonu.
W latach 60-tych te zabawy cieszyły się w Obrzycach ogromną popularnością. Ludzie byli spragnieni rozrywki w tych siermiężnych czasach PRL-u. Kiedy tylko usłyszano pierwsze dźwięki kapeli, kto żyw pędził w stronę basenów. Do tańca przygrywał zespół big-beatowy, którego członkowie należeli do obrzyckiej orkiestry dętej. W latach 60- tych grali w nim następujący Panowie (chociaż skład czasami ulegał zmianie): na saksofonie Bolesław Perz, na klarnecie Joachim Boche, Jan Drożyński na akordeonie, a rytm na perkusji podawał Andrzej Madajczak. Jedyną kobietą w zespole była wokalistka Elżbieta Luc. Zespół wykonywał najmodniejsze szlagiery z lat 60, przeboje Filipinek, Skaldów, Czerwonych Gitar. Nikogo wtedy nie trzeba było namawiać do tańca, wszystkim aż się nogi same rwały do pląsów. Na parkiecie wirowały pary w każdym wieku, od młodzieży po emerytów. Nawet kiedy pogoda nie sprzyjała i bardziej trzeba było założyć ciepłe wełniane palto niż zwiewną sukienkę w groszki, to i tak pracownicy szpitala przychodzili z całymi rodzinami i świetnie się bawili. Nikomu nie przeszkadzał deszczyk psujący natapirowaną fryzurę i rozmazujący się tusz do rzęs. Komu już się odechciało pląsów na parkiecie, mógł odpocząć i porozmawiać przy stolikach albo na kolorowych ławkach.
Siedząc przy stoliku można też było z sąsiadami wychylić toast przyniesioną z domu wódeczką, popić oranżadą i zakąsić pajdą chleba ze smalcem i kiszonym ogórkiem.
Przy innych stolikach mężczyźni grali w karty, najczęściej w kopę, oczko, a nawet pokera. Dobierali się w 4 osoby: pielęgniarze, lekarze, pracownicy administracji.
Kobiety częstowały się wzajemnie przyniesionym z domu ciastem i rozmawiały o codziennych problemach. Młodzież tańczyła albo całowała się po krzakach a zaaferowane dzieciaki podglądały i leciały donieść matkom. To był niezapomniany urok starych potańcówek, na których gromadziła się cała społeczność Obrzyc, bez względu na wiek i pełnioną funkcję.
Tak wspominał te imprezy Pan Waldemar Darmosz: „To był 1964 lub 65 rok. Byłem małym chłopcem. Stałem przy oknie, wychylając się przez parapet. Z oddali dobiegały dźwięki popularnej piosenki Filipinek: „Walentyna, Walentyna/ już gwiazd kraina ją dobrze zna/ były kwiaty dla Gagarina/ a Walentyna twista ma”. Nie mogłem się doczekać, kiedy my dzieci pójdziemy tam z rodzicami.
-Mamo, mamo czy mogę już iść?- pytałem matki, niecierpliwie przebierając nogami.
-Biegnij, biegnij…my z tatą zaraz tam przyjdziemy”. Kiedy zapadał zmrok, zapalała się duża latarnia nad „patelnią” i impreza trwała w najlepsze do późnych godzin nocnych. W ciemności słychać było śmiech, muzykę i okrzyki. Nikomu nie chciało się iść do domu. Orkiestra bisowała wiele razy.
To były piękne czasy, ludzie byli sobie jakby bliżsi i życzliwsi. Dzisiaj po tych potańcówkach nie zostało już nic. Tylko betonowa wylewka z dziwnym podestem w lesie nad Obrą, przy nieistniejących już basenach. A muzykę z tamtych lat możemy usłyszeć już tylko w swoich wspomnieniach.
Fot. Powiatowa.