13/05/2026
Festiwal Saski w Kutnie
W tym roku impreza odbyła się w majówkę i jeśli tylu ludzi rezygnuje z tradycyjnego grillowania na rzecz maszerowania i strzelania do siebie nawzajem (z lekkim tylko dodatkiem grillowanej chłopskiej chaty), to coś jest na rzeczy! Obozowisko wojskowe zostało sprawnie rozlokowane i, co godne najwyższej pochwały, gemajni postawili nawet obowiązki ponad przyjemności, zaczynając popołudnie od uporządkowania szpeju i przygotowania tutków do patronów. Podejrzewamy, że mogło nie wynikać to z ich wrodzonych cnót, a raczej złowrogiego oka sierżanta niczym zabłąkana kula spadającego na swych wojaków... W każdym razie, robota została zrobiona nim, zgodnie z obyczajem, wojsko rozeszło się do karczmy, tudzież na dziorgę, lokalnie - harendę (choć w tym przypadku nie dotyczyła ona chłopskich zapasów i trzody, a tylko i wyłącznie kwiatów).
Tymczasem żołnierskie baby, dobrze wiedzące, że na chudy żołd mężowski nie ma co liczyć, udały się na rynek, by dorobić do rodzinnych kies. I tak to pełen najznamienitszych rzemieślników plac wzbogacił się o kolejne ciężko pracujące niewiasty, w tym kwiaciarkę z koszem pełnym pachnących bzów.
Magia rekonstrukcji pozwoliła cieszyć się nie tylko widokiem wspaniałego dworu królewskiego, pracą biegłych rzemieślników, paradą wojsk w rozmaitej barwie, ale i poczuć zapach prochu i kurzawę wojennej zawieruchy. Popołudniem wszyscy udali się na odległe (na tyle, by wojsko mogło zaznać ulubionego aspektu swego fachu - maszerowania...) zielone błonia nadrzeczne, gdzie rozegrała się jedna z potyczek, jakich pełno było podczas wojny siedmioletniej. Oto oddziały rosyjskie, jednej z armii potykającej się w wojnie, nazywanej czasem pierwszą wojną światową, nawiedzają wieś, by zaborem mienia wieśniaków uzupełnić swoje braki. Nim się wycofają, do wsi przybywają Prusacy, wypierają oddział rosyjski. Lecz czy na lepsze dla polskich chłopów? Ta armia żąda nie tylko zapasów, bierze też rekruta! Nim jednak Prusacy zdążą się wycofać z łupami i nowymi żołnierzami, przybywa kolejny z aktorów starcia - oddziały wojsk koronnych, załoga pobliskiego garnizonu, której dowództwo wysyła zwiad, zaalarmowane odgłosami wystrzałów. Choć Rzeczypospolita formalnie nie brała udziału w wojnie, niejedna potyczka odbyła się na jej ziemiach… Walka jest nieunikniona - a przecież wiadomo, że w okolicy widziano też wojska austriackie...
Po długiej i pełnej eksplozji inscenizacji - oddziały wszelkich armii udały się, już zupełnie pokojowo, ku miastu i obozowi. Nawet chłopstwo nie było stratne - niejeden donosił o rosłym flisaku z napadniętej wioski, który dźwigał na plecach pokaźny wór cebuli (choć tutaj nie ma pewności, czy przypadkiem nie skorzystał z mgieł wojny i nie pozyskał go z tratwy flisackiej konkurencji - różnie o tym później w karczmach mówili).
A wieczorem, w nie mniejszej zgodzie, na zabawę, na której nawet pruskie kulasy w fontannie nie mogły wywołać skandalu, a podobno i dwór królewski incognito wmieszał się pomiędzy rzemieślników, przekupki, wojaków i chłopstwo.
Album 2/2
Tekst Ola Olof Nigbor