Stowarzyszenie Fair Play

Stowarzyszenie Fair Play Główne działania to m.in.organizowanie imprez sportowych i artystycznych,upowszechnianie kultury fizycznej i sportu oraz wspieranie twórczości kulturalnej.

Gdzie raki zimują, czyli zima w stawieRaki zwykle kojarzą się z powiedzeniem „pokażę ci, gdzie raki zimują”, jednak w rz...
29/12/2025

Gdzie raki zimują, czyli zima w stawie
Raki zwykle kojarzą się z powiedzeniem „pokażę ci, gdzie raki zimują”, jednak w rzeczywistości ich zimowe życie kryje znacznie więcej tajemnic, niż mogłoby się wydawać. W opolskich rzekach i stawach te niepozorne skorupiaki odgrywają ważną rolę w ekosystemie, choć coraz częściej muszą walczyć o przetrwanie. Rodzime gatunki zmagają się dziś z chorobami i inwazyjnymi konkurentami, które zmieniają oblicze naszych wód.

Idzie rak nieborak
Na co dzień rzadko zastanawiamy się nad znaczeniem utartych zwrotów, a jednak wiele z nich ma zaskakująco konkretne korzenie. Popularne powiedzenie „pokazać komuś, gdzie raki zimują” wywodzi się z dawnych praktyk związanych z połowem raków. Te wodne skorupiaki spędzają zimę w najgłębszych, trudno dostępnych partiach rzek i stawów, gdzie dawniej dotarcie do nich wymagało sprytu, doświadczenia i sporego wysiłku. Z czasem zwrot nabrał więc metaforycznego znaczenia — zaczął oznaczać postawienie kogoś do pionu, okazanie siły lub nauczenie pokory. Co ciekawe, choć dzisiaj raki rzadko budzą pozytywne skojarzenia, ich obecność w środowisku mówi o kondycji ekosystemu więcej, niż mogłoby się wydawać.

Gdzie raki zimują?
Wychodząc poza metafory i wracając na ziemię, a konkretnie na dno naszych stawów i rzek, warto odpowiedzieć na pytanie, jak naprawdę wygląda zimowe życie raków. W Polsce spotyka się przede wszystkim dwa rodzime gatunki: raka rzecznego, nazywanego również szlachetnym Astacus astacus, oraz raka stawowego Astacus leptodactylus. Oba należą do organizmów bentosowych, czyli tych, które całe życie spędzają blisko dna. Jesienią, gdy temperatura wody spada, jedynie w głębszych partiach zbiornika warunki bywają znośne. Raki rozpoczynają wtedy okres rozrodu. Po długim, trwającym nawet do dziesięciu godzin godowym tańcu, samica składa kilkaset jaj i przyczepia je do odwłoka. Przez całą zimę troskliwie strzeże swojego cennego potomstwa. Dzięki temu na wiosnę pojawiają się młode, które po około dziesięciu dniach od wyklucia zaczynają samodzielne życie w wodnym świecie.

Gdy temperatury spadają, dorosłe raki kierują się w głębsze i spokojniejsze partie zbiorników. Ich aktywność stopniowo słabnie, a apetyt niemal zanika — zimą nie pobierają prawie wcale pokarmu. Przetrwanie zapewniają im schronienia: norki wydrążone w gliniastych brzegach, szczeliny pod kamieniami oraz kryjówki wśród zatopionych korzeni i mułu. Co jakiś czas z tych bezpiecznych miejsc ostrożnie wystawiają szczypce, gotowe pochwycić drobną rybkę lub innego bezkręgowca, jeśli tylko nadarzy się okazja. Choć zimowa woda wydaje się martwa, życie raków toczy się tam wolno, lecz niezmiennie — zgodnie z rytmem natury.

Rak szlachetny – wspaniały bioindykator
Wśród wodnych bezkręgowców Opolszczyzny rak szlachetny, Astacus astacus, zajmuje miejsce szczególne. Jest gatunkiem wskaźnikowym – bioindykatorem. Oznacza to, że ma wąski zakres tolerancji na zanieczyszczenia występujące w wodzie.

Ten czuły wskaźnik czystości rzek i stawów spotykany jest tu zaledwie na kilku stanowiskach, a jego obecność zawsze budzi zaciekawienie badaczy. W Polsce rak szlachetny uchodzi za gatunek zagrożony — wpisano go do krajowej Czerwonej Księgi Zwierząt jako narażony na wymarcie. O dawnej liczebności przypomina dziś jedynie historia. Populacje w całym kraju zdziesiątkowała dżuma racza, choroba wywoływana przez protista Aphanomyces astacii. Jej rozprzestrzenianie ułatwiły inwazyjne gatunki raków, sprowadzone z Ameryki Północnej. Rak pręgowany, niezwykle odporny i szybki w ekspansji, w wielu regionach niemal całkowicie wyparł naszego rodzimego kuzyna. Na Opolszczyźnie jego obecność notuje się w dorzeczach większych rzek, co stanowi zagrożenie dla lokalnych stanowisk raka szlachetnego.

W odpowiedzi na spadek liczebności gatunku w całym kraju prowadzi się programy restytucji raka szlachetnego. Hoduje się młode osobniki i stopniowo wprowadza je do wybranych, czystych rzek i jezior. Proces ten wymaga ostrożności. Raki muszą trafić do wody powoli, najlepiej na jej granicy z lądem, aby mogły samodzielnie wejść do chłodnej toni. W ich skrzelach powinno zniknąć powietrze atmosferyczne, które dostało się tam podczas transportu. Zbyt gwałtowne zanurzenie mogłoby zakończyć się ich uduszeniem — delikatna biologia tych niezwykłych zwierząt nie wybacza błędów.

Rak pręgowaty
Rak pręgowaty Orconectes limosus, to przybysz z Ameryki Północnej, który w ciągu zaledwie kilku dekad całkowicie odmienił obraz polskich wód. Ten niepozorny, a niezwykle ekspansywny gatunek inwazyjny szybko zadomowił się w jeziorach, kanałach i rzekach, skutecznie konkurując z rodzimymi rakami. Jego odporność, szybkie tempo rozrodu i umiejętność przetrwania w zanieczyszczonych wodach sprawiły, że w wielu miejscach wyparł zarówno raka szlachetnego, jak i raka błotnego. Podobnie jak inne gatunki obce, takie jak rdestowiec ostrokończysty czy nawłoć kanadyjska, rak pręgowaty zaburza lokalne ekosystemy i ogranicza przestrzeń życia wielu organizmów. Gatunki inwazyjne są dziś uznawane za drugie największe zagrożenie dla światowej bioróżnorodności — a historia raka pręgowatego w polskich wodach stanowi tego wyrazisty przykład. Dodatkowym ciosem dla populacji raka szlachetnego pozostaje dżuma racza, która rozprzestrzenia się m.in. wraz z wprowadzaniem obcych raków. W rezultacie rodzimy gatunek ustępuje miejsca bardziej ekspansywnemu kuzynowi, a ochrona biologicznej równowagi staje się coraz większym wyzwaniem.

Rak sygnałowy
Rak sygnałowy Pacifastacus leniusculus, to kolejny przybysz z Ameryki Północnej, który w ostatnich dekadach zadomowił się w polskich wodach. Choć z wyglądu przypomina naszego rodzimego raka szlachetnego, jest znacznie bardziej odporny na choroby, przede wszystkim na dżumę raczą. To właśnie ta odporność czyni go tak niebezpiecznym — rak sygnałowy może być nosicielem patogenu, który sam go nie zabija, lecz szybko przenosi się na lokalne gatunki. Dzięki szybkiemu wzrostowi, dużej płodności oraz tolerancji na zanieczyszczenie wody gatunek ten zdominował wiele jezior, starorzeczy i rzek w całym kraju. W efekcie konkurencja o pokarm i kryjówki, a także transmisja chorób sprawiają, że rak sygnałowy wypiera rodzime skorupiaki, pogłębiając problem utraty bioróżnorodności. Jego obecność stanowi jedno z najpoważniejszych wyzwań dla ochrony raków w Polsce.

Krab wełnistoszczypcy
Wśród obcych skorupiaków pojawia się również niezwykły, choć problematyczny gość stanowiący zagrożenie dla przyrody Unii Europejskiej — krab wełnistoszczypcy Eriocheir sinensis. Został zawleczony do Europy na początku XX wieku wraz z wodami balastowymi statków płynących z Chin. Samce rozpoznaje się łatwo po charakterystycznym „futerku” porastającym ich szczypce, które pozostawia odkryte jedynie ich końcówki. Choć gatunek ten jest w Azji ceniony kulinarnie, w Europie stał się poważnym zagrożeniem ekologicznym. Jako niezwykle agresywny i ekspansywny skorupiak wypiera inne gatunki, a dodatkowo powoduje szkody w gospodarce rybackiej. Podkopuje wały przeciwpowodziowe, osłabia brzegi rzek i uszkadza infrastrukturę portową. Jego cykl życiowy, obejmujący okres godowy od jesieni do zimy i wylęgi młodych od marca do czerwca, pozwala mu skutecznie zasiedlać kolejne fragmenty wód. Krab wełnistoszczypcy jest więc kolejnym przykładem tego, jak gatunki inwazyjne potrafią zmieniać całe ekosystemy.

Co zagraża rodzimym rakom?
Rodzime populacje raków stoją dziś wobec szeregu zagrożeń, które wspólnie prowadzą do ich stopniowego zaniku. Najpoważniejszym z nich pozostaje dżuma racza, choroba wywoływana przez grzyba Aphanomyces astacii. Patogen ten został sprowadzony do Europy wraz z obcymi gatunkami raków i w krótkim czasie zdziesiątkował populację raka szlachetnego. Równie istotne jest pojawienie się inwazyjnych skorupiaków — raka pręgowatego oraz raka sygnałowego — odpornych na chorobę i zdolnych do jej przenoszenia, co pogłębia skalę strat wśród gatunków rodzimych. Oba przybysze rozmnażają się szybciej, są bardziej odporne na zanieczyszczenia i skutecznie przejmują przestrzeń życiową, wypierając raka szlachetnego i raka błotnego. Do tego dochodzi presja ze strony innych obcych skorupiaków, takich jak krab wełnistoszczypcy, który zaburza równowagę ekosystemów, niszczy siedliska i zwiększa konkurencję o zasoby. Wszystkie te czynniki sprawiają, że polskie gatunki raków wymagają dziś wyjątkowej troski, a działania ochronne stają się koniecznością, jeśli chcemy zachować ich obecność w naszych wodach.

Zadanie współfinansowane z budżetu powiatu krapkowickiego.

Rośliny Bożego Narodzenia, czy da się ekologicznie?Chociaż tradycje świąteczne w Polsce są jednymi z najpiękniejszych na...
29/12/2025

Rośliny Bożego Narodzenia, czy da się ekologicznie?
Chociaż tradycje świąteczne w Polsce są jednymi z najpiękniejszych na świecie, to nie wszystkie z nich są z nami od wieków oraz są w pełni zrównoważone. Przyjrzyjmy się Świętom Bożego Narodzenia pod kątem ich wpływu na środowisko naturalne.

Rośliny Świąt
Jednoznacznie ze Świętami kojarzy nam się drzewko bożonarodzeniowe, zwane choinką. Bardzo często choinkami nazywamy rośliny iglaste z grupy nagonasiennych. Błędem, pod kątem botanicznym, jest nazywanie rosnących drzew choinkami. Nazwa „choinka” jest zarezerwowana wyłącznie dla świątecznej dekoracji. W naszej szerokości geograficznej nagonasienne są zazwyczaj roślinami zimozielonymi, czyli niezrzucającymi liści na zimę. Wyjątek stanowi modrzew europejski, który w okresie jesiennym zrzuca igły. W okresie zimowym, ubogim w roślinność, trudno znaleźć w naszej strefie geograficznej inne naturalne dekoracje, dlatego też nasi przodkowie doceniali zielone zimą drzewa z lasu. Co ciekawe, wokół domostw nie sadziło się (tak jak teraz) roślin iglastych, ponieważ miały one przynosić pecha. Iglaki, w zależności od regionu Polski, używane były podczas różnych uroczystości, m.in. podczas pogrzebów, na Wielkanoc czy do obrządków przedślubnych, a nie tylko w okresie bożonarodzeniowym. Jednak najpopularniejszym wykorzystaniem roślin iglastych był czas Bożego Narodzenia, kiedy drzewko miało symbolizować szczęście. Tradycja całych drzewek ubranych w różnokolorowe ozdoby w naszym kraju została zapożyczona z protestanckich Niemiec na przełomie XVIII i XIX wieku, jednak sama tradycja wywodzi się z francuskiej Alzacji. Przedtem w Polsce popularniejszą dekoracją świąteczną była wiecha zrobiona z zielonych gałązek świerkowych bądź jodłowych i podwieszana nad progiem domu. Choinka zastąpiła więc ozdobę zwaną podłaźniczką, czyli wierzchołek drzewa szpilkowego podwieszany szczytem w dół, oraz snop zboża zwany Diduchem.

Wśród najpopularniejszych drzewek bożonarodzeniowych wyróżnić możemy świerki, jodły i sosny. Jednak to jodła pospolita przodowała jako roślina ozdobna. Był to bardzo ważny gatunek dla naszych przodków, najczęściej używany jako choinka. W niektórych regionach Polski służyła również jako element dekoracyjny zwany „sadem”, czyli dekoracją wykonaną z jodły, kolorowych bibułek, tasiemek, owoców i cukierków. Jodłą na Śląsku dekorowano również obrazy, a w tajemnicy przed dziećmi stawiano w nocy choinkę wykonaną z drzewa tego gatunku.

Wśród pięknych i szlachetnych roślin zimozielonych należy wymienić również cisa, roślinę o czerwonych i trujących owocach, na co warto zwracać uwagę szczególnie przy dzieciach i zwierzętach domowych. Zdarza się, że nieumiejętnie dekoruje się tą rośliną potrawy, co jest niebezpieczne dla zdrowia.

Oprócz gałązek chętnie wykorzystujemy do świątecznych dekoracji także szyszki. Wśród ciekawych i wartych uwagi szyszek wyróżnić możemy szyszki północnoamerykańskich iglaków, a mianowicie daglezji zielonej oraz sosny Jeffreya. Te popularne w naszych ogrodach rośliny mogą być ciekawym elementem dekoracji świątecznych.

Rośliną, która na stałe wpisała się w polskie tradycje, jest jemioła. Tradycja całowania się pod jemiołą sięga XVII wieku i pochodzi z Anglii. Owoce jemioły, podobnie jak cisu, są dla człowieka trujące. Dla wielu gatunków ptaków, takich jak np. jemiołuszki, jemioła stanowi pokarm oraz miejsce schronienia i gniazdowania. Jemioła to zimozielony półpasożyt, czyli gatunek samożywny (przeprowadzający fotosyntezę), jednak osłabiający drzewa poprzez wyciąganie z nich wody i soli mineralnych.

Co jest EKO?
Temat ten wraca co roku jak bumerang, bo nie jest jasne, która z wersji świątecznego drzewka jest najbardziej ekologiczna. Zanim kupimy jakiekolwiek dekoracje świąteczne, przejrzyjmy ozdoby znajdujące się w naszych domach. Najbardziej korzystną dla środowiska opcją będzie wykorzystanie dekoracji z lat poprzednich. Nakręcanie sprzedaży i konsumpcjonizmu w okresie przedświątecznym jest wyjątkowo widoczne. Z kolei wykorzystanie zeszłorocznych bombek, gałązek czy lampek choinkowych będzie najrozsądniejszym wyborem. Początek grudnia to dobry czas, żeby przejrzeć wszystkie świąteczne dekoracje – możemy się zdziwić, jakie skarby znajdują się na naszych strychach, w piwnicach czy schowane głęboko w szafie. Dzięki temu możliwe jest, że znajdziemy ozdoby świąteczne, które w naszym domu są od pokoleń, co pozwoli na wydobycie najskrytszych wspomnień rodzinnych. Ozdoby w starym stylu, określane jako vintage (czyli ozdoby mające ponad 20 lat) czy retro (stylizowane na wiekowe), przeżywają ostatnio swój renesans i są wyjątkowo modne. Dodatkowo takie postępowanie spowoduje, że zaoszczędzimy sporo pieniędzy.

Kiedy już upewnimy się, że zakup choinki jest niezbędny, zastanówmy się, co jest lepszym rozwiązaniem. Niestety, nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Choinki sztuczne są wykonane z tworzyw sztucznych i mogą generować mikroplastik oraz toksyczne, a nawet kancerogenne substancje. Koszt środowiskowy wyprodukowania takiej choinki jest wysoki, jednak jeżeli planujemy używanie jej przez wiele lat (a może przez resztę życia?), wtedy warto sięgnąć po taką choinkę.

Choinka żywa daje niepowtarzalny klimat świąteczny, czasem nawet wprowadza zapach świąt do naszych domów. Musimy jednak pamiętać, że i to bywa zgubne – choinki hodowane masowo nie pachną tak intensywnie. Choinki ze świerka, jodły czy sosny wprowadzają do mieszkania olejki eteryczne działające inhalacyjnie, wspomagając przy tym pracę układu oddechowego, co jest szczególnie ważne w okresie przeziębieniowym i grypowym.

Rozsądnym rozwiązaniem, chociaż nie dla każdego, będzie również obcięcie kilku gałązek (np. po cięciu pielęgnacyjnym) i włożenie ich do wazonu oraz tradycyjne udekorowanie. Jest to rozwiązanie dla osób mniej wymagających w kontekście dekoracji świątecznych. Takie gałązki można również wykorzystać do przygotowania stroików lub wianków. Możliwe jest również udekorowanie takiej kompozycji zwykłymi lampkami, co da bardzo zbliżony efekt do zwykłego drzewka.

Jeżeli nie zależy nam, aby drzewko było idealne, ale równie piękne, możemy zapytać o takie drzewka firmy zajmujące się zielenią miejską lub leśników. Często w ich pracy wykonuje się cięcia pielęgnacyjne lub całkowicie usuwa się rośliny, które stanowią dla nich niepotrzebny odpad, a dla nas mogą być kompromisem jako pomysł na zero waste, czyli wykorzystanie i niezmarnowanie rzeczy na pozór zbędnych.

Żywa czy sztuczna?
Aby przekonać się, która opcja jest bardziej ekologiczna, można obliczyć tzw. ślad węglowy potrzebny do produkcji oraz utylizacji drzewek bożonarodzeniowych. Do produkcji naturalnej, standardowej choinki zużywa się 3,1 kilograma dwutlenku węgla rocznie, a do jej utylizacji, czyli spalania lub recyklingu, zużywane jest około 3,5 kilograma tego związku. Podczas rozpadu na wysypisku choinka naturalna emituje do atmosfery 16 kilogramów CO₂. Przewagą choinek naturalnych jest ich biodegradowalność, czyli możliwość kompostowania, ale także wykorzystanie ich jako opału albo oddanie do schroniska jako zabawek dla psów i kotów. Jeżeli choinka została zakupiona w doniczce i ma nieuszkodzone korzenie, nadaje się również do posadzenia w ogrodzie, dzięki czemu może posłużyć jeszcze wiele lat. Żywe choinki warto również kupować w sprawdzonych źródłach z odpowiednimi certyfikatami. Plantacje ekologiczne mogą być dobrym wyborem, a w dodatku możemy w ten sposób wesprzeć lokalnych rolników.

Choinka sztuczna przy produkcji pochłania ponad 8 kilogramów CO₂, a jej utylizacja – aż 40 kilogramów. Choinki sztuczne bywają nietrwałe i mogą być niskiej jakości, jednak przy wyborze porządnie wykonanego sztucznego drzewka może nam ono posłużyć wiele lat. Jeżeli planujemy choinkę sztuczną używać przez następne lata, to może okazać się bardziej ekologiczna od choinki żywej. Pamiętajmy jednak, że do produkcji plastikowych choinek zużywa się ropę naftową i gaz ziemny, które są źródłami nieodnawialnej energii, wymagającymi niszczenia struktury naszej Ziemi. W kontekście kryzysu ekologicznego kluczowe jest ograniczenie konsumpcji i wybór zrównoważonych rozwiązań.

Zadanie współfinansowane z budżetu powiatu krapkowickiego.

Ja sobie wybrałem za obronę, babkę Chrysta Pana…Jest takie niepozorne miejsce nieopodal Odry, kryjące w sobie wiele taje...
30/11/2025

Ja sobie wybrałem za obronę, babkę Chrysta Pana…
Jest takie niepozorne miejsce nieopodal Odry, kryjące w sobie wiele tajemnic i legend. To Dolina Świętej Anny w Odrowążu, do której przybywa wielu wiernych, by się pomodlić i na chwilę odpocząć. Warto tu zajrzeć będąc na spacerze lub wycieczce rowerowej.

Choć to miejsce zna każdy mieszkaniec Odrowąża, to jednak ciężko powiedzieć, jakie były jego początki. Nie brak jednak licznych legend i opowiastek. Jedna z nich mówi, że dawno temu nadodrzańską ścieżką jechał pewien gospodarz z furą. W tym czasie panowała straszna burza. Nagle w pobliżu lipy miał uderzyć piorun w zaprzęg, przewracając go. Jak podaje legenda, mimo to rolnik cudownie ocalał.

W dowodzie wdzięczności gospodarz powiesił na lipie wizerunek Matki Boskiej Gidelskiej. Nieprzypadkowo, bo ta słynąca cudami figurka Maryi miała uratować stratowanych przez konie dorosłych. To jeden z chętniej wymienianych cudów gidelskich. Matka Boska z Gidli uwalniała nie tylko od chorób, ale i od rozmaitych tragedii i nieszczęść. I nadal to czyni.

Na przestrzeni lat kult świętych w nadorzańskiej dolinie w Odrowążu się zmieniał. Przez wiele lat wisiał tam wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej. Najistotniejsze zmiany nastąpiły, gdy proboszczem parafii Malnia, do której należy Odrowąż, został śp. ksiądz Hubert Skomudek. Z jego inicjatywy, a także determinacji wiernych, postanowiono wybudować w tym miejscu kapliczkę poświęconą świętej Annie, babci Jezusa Chrystusa, oraz głównej patronce diecezji opolskiej.

Od obrazka do kapliczki
Pierwszą drewnianą kapliczkę wykonał w tym miejscu zmarły już mieszkaniec Odrowąża oraz stolarz Rudolf Thomas. Konstrukcja składała się z niewielkiej skrzyni przykrytej daszkiem. Za szybką umieszczono wizerunek świętej Anny Samotrzeciej, ale także obrazek Matki Boskiej Opolskiej. Od momentu poświęcenia miejsce to zaczęto nazywać Doliną Świętej Anny. Do kapliczki coraz chętniej zaczęli przybywać mieszkańcy Odrowąża, parafianie oraz inne osoby, by na chwilę odpocząć i pomedytować. Niejedno dziecko uczyło się tu modlitw i śpiewów do babci Jezusa Chrystusa, tak bliskiej Ślązakom.

Kult religijny w Dolinie Świętej Anny rozwijał się. Organizowano tu nabożeństwa, a mieszkańcy Odrowąża troszczyli się o piękno tego wyjątkowego zakątka. Przynosili kwiaty, zapalali świece. Z czasem pojawiły się tu ławki i elementy małej architektury. Niestety nie każdy potrafił uszanować piękno i świętość tego miejsca. Na przestrzeni lat kapliczka była wielokrotnie przedmiotem aktów wandalizmu. Rzucano w nią kamieniami, uszkadzano święte wizerunki. Zniszczenia były na tyle poważne, że figurki trzeba było wymieniać aż kilkukrotnie. W konsekwencji wybudowano także zupełnie nową i trwalszą obudowę kapliczki.

Świętość żyje
Mimo wielu trudnych zdarzeń kult w Dolinie Świętej Anny przetrwał do dziś. Mieszkańcy Odrowąża nadal gorliwie troszczą się o to miejsce – koszą trawę, zapalają świece i dbają o porządek. Dzięki staraniom księdza proboszcza parafii Podwyższenia Krzyża Świętego w Malni pod kapliczką organizowane są nabożeństwa przeplatane licznymi śpiewami, modlitwami i kazaniami. Najczęściej organizowane są one pod koniec lipca, czyli w czasie gdy przypada liturgiczne wspomnienie świętej Anny.

Dolina Świętej Anny to urokliwy, cichy zakątek modlitwy. Warto tu przyjechać odbywając na przykład wycieczkę rowerową. Miejsce to znajduje się nieopodal śluzy, pośród pól. Najłatwiej dostać się do niej od ulicy Krótkiej w Odrowążu lub od strony drogi wiodącej pod most autostradowy.

Sakralny skarb w sercu wsiW malowniczym krajobrazie powiatu krapkowickiego znajduje się prawdziwy skarb lokalnej archite...
30/11/2025

Sakralny skarb w sercu wsi
W malowniczym krajobrazie powiatu krapkowickiego znajduje się prawdziwy skarb lokalnej architektury i duchowości – zabytkowa kaplica w Malni. Mimo swoich niewielkich rozmiarów jest ona świadectwem niezwykłej determinacji, wspólnotowości i artystycznej wrażliwości Ślązaków.

Kaplica została wzniesiona na samym początku XX wieku na ziemi ofiarowanej przez miejscową rodzinę Barton. Jak wskazują historyczne przekazy, budową kierował Józef Friedla. Brak jakichkolwiek wzmianek o tej inwestycji w oficjalnej kronice parafii w Otmęcie sugeruje, że była to inicjatywa oddolna, całkowicie sfinansowana i zrealizowana siłami samych mieszkańców Malni. Była to praktyka dość powszechna na Śląsku.

Duchowe serce wioski
Kaplica od samego początku pełniła niezwykle ważną rolę w życiu codziennym wsi. W jej wieży, stanowiącej integralną część budowli, zawieszono niewielki dzwon. To właśnie jego dźwięk wzywał mieszkańców trzy razy dziennie na modlitwę „Anioł Pański”, wyznaczając rytm dnia. Każdy nieregularny, nagły dźwięk niósł ze sobą jednak zupełnie inną, smutną wiadomość – zwiastował odejście któregoś z mieszkańców.

Architektoniczna perełka
Mimo że kaplicę w Malni zbudowano prostymi metodami, dostosowanymi do minimalnych wymogów ówczesnej lokalnej techniki budowlanej, zachwyca ona znakomitymi proporcjami i swoistą lekkością wyrazu. Jej forma jest skromna, pozbawiona przesadnego detalu, ograniczającego się jedynie do zwyczajowego fryzu łukowego. Wysunięta ku ulicy wieża-dzwonnica harmonijnie łączy się z korpusem głównym zwieńczonym sklepieniem łukowym, a całość pokrywa stromy, dachówkowy dach.
Architektoniczny kunszt kaplicy polega na jej doskonałych proporcjach. Oglądając ją, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jej budowniczowie, kierując się intuicją i własnymi fascynacjami, nieświadomie nawiązali do form znacznie poważniejszych, monumentalnych budowli.

Bezcenne dziedzictwo
Kaplica w Malni to znacznie więcej niż tylko budynek. To milczący świadek historii. Istnieją przekazy, że to właśnie w tym miejscu modlił się jeden z najsłynniejszych mieszkańców wioski – Józef Cebula, błogosławiony męczennik II wojny światowej. Tu też od dziesięcioleci gromadzą się parafianie, by wyruszyć procesyjnie do kościoła z okazji takich uroczystości jak dożynki, czy obchody patronalne wsi. Spod kapliczki rusza również coroczna, tradycyjna pielgrzymka na Górę Świętej Anny, tutaj też wita się pątników wracających z tej religijnej wyprawy.

Miejsce jest bardzo zadbane i zachwyca o każdej porze roku. Wszystko za przyczyną dobrodusznej rodziny z Malni, która pieczołowicie sprząta kaplicę i jej obejście oraz sadzi kwiaty. Warto dodać, że na przestrzeni lat przeprowadzono też kilka mniejszych i większych remontów obiektu. Wymieniono stolarkę drzwiową i okienną, odmalowano elewację. Przed obiektem wyłożono kostkę, a do dzwonu zamontowano elektryczny napęd. Dodatkowo na fasadzie kaplicy ulokowano obraz przedstawiający scenę Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. W Malni to wydarzenie biblijne obchodzone jest jako święto patronalne miejscowości.

Wnętrze zachwyca
Warto również zajrzeć do środka kaplicy. Tam znajdziemy m.in. stary krzyż oraz kilka zabytkowych figur przedstawiających m.in. wizerunek Najświętszego Serca Pana Jezusa, Niepokalanego Serca Maryi i świętego Franciszka. Tutaj też przechowywane są chorągwie oraz feretron. Ponadto ważnym elementem wyposażenia jest figura błogosławionego Józefa Cebuli, jednak obecnie znajduje się ona w świątyni parafialnej, co powiązane jest z obchodami roku jubileuszowego w Kościele.

Opisywana przez nas kaplica to perła, która przetrwała w niemal niezmienionej formie do naszych czasów, przypominając o tym, że prawdziwe skarby kultury często kryją się nie w wielkich metropoliach, ale właśnie w takich miejscach jak Malnia – będąc nieocenionym dziedzictwem powiatu krapkowickiego i dumą jego mieszkańców. Warto zatrzymać się na chwilę przy drodze, by docenić jej urok i poznać jej historię.

Zapomniane miejsca KrapkowicWielu mieszkańców naszego regionu chętnie wraca myślami do dawnych czasów – do ulic, budynkó...
29/11/2025

Zapomniane miejsca Krapkowic
Wielu mieszkańców naszego regionu chętnie wraca myślami do dawnych czasów – do ulic, budynków i miejsc, które dziś często nie istnieją, a kiedyś odgrywały ważną rolę w życiu miasta. Współczesne Krapkowice jak i wiele innych miejscowości to efekt setek lat zmian, rozwoju i przekształceń – również tych, które dziś są już niemal zapomniane.

Mało kto wie, że w XIII i XIV wieku w przestrzeni obecnego miasta istniały miejsca, które dziś trudno byłoby odnaleźć na mapie. Wśród nich – wieś książęca Oracze, kaplica św. Jerzego i św. Wojciecha, a także pierwszy szpital miejski. Ich historia sięga średniowiecza i pokazuje, jak dynamicznie rozwijały się Krapkowice już od swoich najwcześniejszych lat.

Oracze – przedmiejska wieś
Jeszcze zanim Krapkowice stały się rozwiniętym ośrodkiem miejskim, powstawały wokół nich wsie podległe księciu. Jedną z nich były Oracze (Oratsche) – osada położona wzdłuż Odry, od północnej części miasta w stronę Opola. Pierwsza znana wzmianka o tej wsi pochodzi z dokumentu księcia Alberta z 1324 roku. Władca wspomina w nim o ciężkich doświadczeniach mieszkańców i obniża im czynsz dziedziczny – z 12 do 8 groszy rocznie, płatnych w dniu św. Marcina.

Oracze były typowo rolniczą wsią, zamieszkaną przez ludzi uprawiających książęcą ziemię. Obowiązywał ich także obowiązek dziesięciny. Przez wieki miejsce to miało charakter wiejski, aż do połowy XIX wieku, kiedy to rozpoczął się rozwój przemysłu wapienniczego – odkryto złoża wapienia, wybudowano piece do jego wypalania, a z czasem także zakład papierniczy i linię kolejową z Gogolina do Prudnika.

Dzisiejsza ulica Opolska w Krapkowicach przebiega przez dawny teren tej osady. Dziś to część miasta o funkcji mieszkalno-usługowej, ale historia Oraczy przypomina o wiejskich korzeniach tego miejsca.

Kaplica i szpital – opieka i modlitwa w jednym miejscu
W samym centrum średniowiecznych Krapkowic, w obrębie murów miejskich, już w XIV wieku funkcjonowała kaplica poświęcona św. Jerzemu i św. Wojciechowi. Z dokumentów wynika, że istniała co najmniej od 1384 roku. Nabożeństwa odprawiał w niej ksiądz altarzysta Johannes. Kaplica posiadała kryptę grobową, a z czasem powstał przy niej cmentarz.

Według dawnych zapisów, obiekt przestał funkcjonować po okresie reformacji. W 1794 roku ksiądz Andreas Olick wspominał już tylko o ruinie, która pozostała z dawnego kościoła szpitalnego. Co ciekawe, według relacji spisanych w 1838 roku przez wikarego Johanna Kosellka, najstarsi mieszkańcy opowiadali legendę o ostatnim templariuszu, który miał uciec z kaplicy w Krapkowicach. Choć nie ma dowodów potwierdzających obecność templariuszy w mieście, sama opowieść przetrwała pokolenia.

Szpital św. Jerzego – pierwszy taki przytułek w Krapkowicach
Tuż przy kaplicy, w 1416 roku, dziedziczny wójt miasta Petrus Temchin ufundował pierwszy szpital miejski – przytułek przeznaczony dla biednych i chorych mieszczan. Dokument fundacyjny zatwierdzili książęta Bolko IV i Bernhard, zwalniając wszelkie daniny na rzecz szpitala z podatków.

Opiekę nad szpitalem sprawowali przez wieki proboszczowie, członkowie magistratu i lokalni możnowładcy. W pierwszej połowie XIX wieku szpital już nie istniał – budynek został rozebrany, a w jego miejscu urządzono ogród warzywny. Znajdował się on w rejonie dawnej bramy Opolskiej, również dziś nieistniejącej.

Historia, która przetrwała dzięki pasji
Wiedzę o tych zapomnianych miejscach zawdzięczamy przede wszystkim pasjonatom historii lokalnej, którzy przez lata zbierali i dokumentowali dzieje miasta. Jednym z nich był dr Johannes Chrząszcz, autor wydanego w 1914 roku opracowania „Historia miasta Krapkowice na Górnym Śląsku”. To właśnie z jego dzieła pochodzi wiele bezcennych informacji, w tym cytowane dokumenty księcia Alberta.

Nieocenioną rolę odegrał również Henryk Steinhoff, który zajął się tłumaczeniem i opracowaniem tekstów źródłowych, przyczyniając się do ich upowszechnienia wśród współczesnych czytelników. Dzięki pracy takich osób historia Krapkowic nie została zapomniana, lecz może być dziś na nowo odkrywana – również przez młodsze pokolenia.

Fot. Źródło: Archiwum Państwowe w Opolu

Święty Urbanie, patronie nasz W sercu każdej małej ojczyzny tkwią miejsca, które stanowią jej duchowy i historyczny fund...
29/11/2025

Święty Urbanie, patronie nasz

W sercu każdej małej ojczyzny tkwią miejsca, które stanowią jej duchowy i historyczny fundament. Dla mieszkańców wsi Odrowąż takim miejscem jest niewielka, a jednak niezwykle znacząca murowana kapliczka, poświęcona świętemu Urbanowi – patronowi rolników. To nie tylko obiekt sakralny, ale także materialny zapis wiary, tradycji i nadziei wielu pokoleń.

Wybór świętego Urbana, papieża i męczennika z III wieku, na patrona kapliczki nie był przypadkowy. W kulturze ludowej czczono go jako orędownika dobrej pogody, opiekuna plonów i urodzajów. Dla społeczności wiejskiej, której byt całkowicie zależał od natury, wiara w pośrednictwo świętego była bardzo głęboka.

Architektura i symbolika
Kapliczka w Odrowążu przyciąga uwagę swoją formą. Murowana, dwukondygnacyjna budowla ze ściętymi narożami u dołu prezentuje styl charakterystyczny dla XIX-wiecznej architektury małomiasteczkowej i wiejskiej. Taka forma nadaje obiektowi zarazem stateczności i lekkości, czyniąc go harmonijnie wpisanym w krajobraz wsi.

Wnętrze kapliczki to skromne, ale przejmujące świadectwo pobożności. Centralnym punktem jest niewielki ołtarz, na którym umieszczono krzyż – znak ofiary Chrystusa – oraz figurę Matki Bożej, będącej dla wiernych źródłem pociechy i nadziei. Na ścianie dominuje jednak wizerunek samego patrona – obraz św. Urbana. Jego obecność w tym miejscu była codziennym przypomnieniem o opiece, jakiej rolnicy spodziewali się dla swoich pól i rodzin.

Ważnym elementem wyposażenia kapliczki jest ręcznie napędzany dzwon. Przez wiele dekad przypominał on lokalnej społeczności o modlitwie Anioł Pański, a także obwieszczał śmierć mieszkańca Odrowąża.

Historia i tradycja pisana datami
Obecna budowla, wzniesiona najprawdopodobniej w 1841 roku, nie była pierwsza w tym miejscu. Zastąpiła ona starszą, drewnianą zapewne, konstrukcję. Można przypuszczać, że budowa zarówno pierwszej, jak i jej murowanej następczyni, była aktem zbiorowej mobilizacji i wyrazem przywiązania do tradycji w trudnych czasach zaborów.

Najbardziej wymownym świadectwem żywotności tradycji jest doroczna uroczystość odbywająca się 25 maja, w dzień świętego Urbana. Wówczas to kapliczka staje się centrum uroczystej procesji błagalnej o urodzaje. Ten barwny i podniosły obrzęd, praktykowany jest nieprzerwanie od pokoleń. Uczestniczą w nim mieszkańcy wsi, a także inni, pozostali parafianie. W kondukcie niesie się także obraz świętego Urbana, figurę Matki Bożej, a także chorągwie i sztandary. Nie brak też pieśni oraz aktów zawierzenia świętemu patronowi.

Kapliczka św. Urbana w Odrowążu to znacznie więcej niż tylko zabytkowy obiekt. To milczący strażnik historii i architektoniczny symbol wiary. Przetrwała zmiany polityczne, społeczne i gospodarcze, pozostając niezmiennym punktem odniesienia dla lokalnej społeczności. Jest namacalnym łącznikiem między przeszłością a teraźniejszością oraz ziemią a niebem.

Adres

Krapkowice
47-300

Telefon

692 190 982

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Stowarzyszenie Fair Play umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij