21/09/2026
Relacjonuje inspektor Filip.
Drogi pamiętniczku, to był ciepły, wręcz upalny czas i na tym koniec sielanki. Zaczęło się rodeo bez trzymanki, kilka upadków na twardą glebę, ale bez spoilerowania – lecimy od początku.
Dostajemy info, że koło węzła Mirowskiego jest taki jeden gagatek, który siedzi sobie na kawałku zieleni przy autostradzie A4 albo się na nią pcha, całe szczęście resztki rozsądku odwodzą go od tego pomysłu. Jeździ schronisko, jeździmy my (KTOZ i DOG ALERT) – zazwyczaj, gdy dojeżdżamy, winowajcy zamieszania już nie ma. Schronisko, widząc, że ich jazdy nie przynoszą żadnego rezultatu, przekazuje nam tę interwencję.
Jeszcze pod koniec lipca jedziemy z klatką i ustawiamy się w okolicy, w której było najwięcej sygnałów. On ma nas w nosie, nawet się nie pojawia...
Potem długo cisza, bardzo długo.
Koło 16 sierpnia pojawiają się w miarę regularne sygnały, więc postanawiamy działać.
27 sierpnia, na podstawie kilku konkretnych sygnałów, stawiamy klatkę, wypełniamy ją jedzeniem i montujemy fotopułapkę. Następnego dnia dostajemy zdjęcie, na którym nasz obiekt raczy się bufetem z samego końca klatki. Planujemy akcję i pada magiczne: „jak już wchodzi do klatki, to formalność".
Wieczorem 28 sierpnia jesteśmy na miejscu i prężnie szykujemy się do wizytacji. Pojawia się policja, żeby sprawdzić, czy niczego nie psocimy. W trakcie rozmowy policjant informuje nas, że widział psa, jadąc do nas. Odjeżdżają z lekkim niedowierzaniem, że można siedzieć po nocy, czekając, aż złapie się pies.
Jest i on! Grać! Obchodzi nas w bezpiecznej odległości, jakbyśmy byli zabłąkanymi turystami. Udaję się na pieszą, szpiegowską wycieczkę jego śladem. To jeden z tych momentów, kiedy był bliski wejścia na autostradę, ale na szczęście zrezygnował i nasypem zszedł na dół, gdzie zniknął w zaroślach. Wracam do reszty ekipy. Przyszedł, wszedł do klatki, zaczyna jeść i... d**a – jest szybszy niż nowa technologia. Klatka nie zamknęła się do końca i pies uciekł. Czekamy jeszcze dłuższą chwilę, ale nie wraca. Dokładamy jedzenia i jedziemy się przespać.
Nowy dzień, nowe pomysły. Udaje się zorganizować transport dużej klatki, bo do małej już nie wchodzi – jest spalona.
29 sierpnia montujemy osprzęt do dużej klatki i dodatkową kamerę.
30 sierpnia wieczorem czekamy. Przychodzi, wchodzi do dużej klatki, odpalamy i znów guzik – zanim zapadka opadła, pies się wyślizgnął. To nie koniec nieszczęść: pada akumulator w jedynym aucie, jakim dysponujemy na miejscu. Pan z lawety niczym wybawca ratuje nas po 40 minutach, a tę nierówną walkę kończymy grubo po północy.
Następnego dnia burza mózgów. Wypada na zagrodę, której jeszcze nie mamy. Do klatki pies nie wchodzi, a jedzenie jest zmieniane trzy razy dziennie.
Kolejne dni to pełna mobilizacja i szukanie części do zagrody: szklarnia, zagroda dla królika, słupki z odzysku – na początek wystarczy. Pomysł wykorzystania darmowej trampoliny z OLX też był, ale nie pytajcie jak.
4 września jedziemy zmontować wszystko, co mamy, do kupy. Pies zostaje w międzyczasie okrzyknięty pseudonimem „Makłowicz". Zapytacie, dlaczego? Ponieważ czas od jego pojawienia się, przez wejście do klatki, degustację i smakowanie każdego dostawanego kawałka, przekraczał nawet długość programu emitowanego kiedyś w TVP, a robił to w równie wyrafinowany sposób. Brakowało nam jedynie słynnego „fiu, fiu, fiu".
W kolejnych dniach dokarmiamy, planujemy dalej, zamawiamy zagrodę i dokupujemy brakujące elementy. „Makłowicz" zaczyna wchodzić aż na koniec zagrody. Wpadają też dziki, szczur, sroki oraz zabłąkany kot.
Przychodzi zagroda. Jej elementy wykorzystamy w tej, która już stoi, musimy ją jednak zmodyfikować, dostroić i przetestować, żeby nie robić tego na miejscu, bo mogłoby to wystraszyć psa.
17 września zaczynamy dokładać na miejscu kolejne elementy zagrody. Musimy robić to segmentami, aby pies nie zobaczył dużych zmian naraz i dalej chciał wchodzić.
W sobotę 19 września dokładamy ostatnie elementy zagrody. W środku nocy i nad ranem pies wchodzi do samego końca.
W niedzielę 20 września rano dopracowujemy ostatnie szczegóły, a około południa montujemy na miejscu małą elektrownię. Prąd – jest, dron – jest, nastawienie na złapanie – jest!
Jak się okazało, „Makłowicz" ma nie tylko wyrafinowane kubki smakowe, ale i nozdrza. Ten dwulatek nas wyczuwał, mimo że staliśmy dość spory kawałek od pułapki, i nawet nie miał ochoty do niej podejść. Byliśmy więc zmuszeni opuścić dotychczasową lokalizację, a że w pobliżu było KFC, padło na szejki.
To był moment zero. Jakież było zdziwienie ludzi w owym lokalu, kiedy padło wykrzyczane hasło „jest przed!" i sześcioosobowa chmara, z szejkami w rękach, wybiegła na złamanie karku i poleciała do samochodów. Tam szybka aktualizacja: wszedł do klatki, padło magiczne „mamy go!". Po chwili byliśmy przy zagrodzie, gdzie chłopak trochę się denerwował, więc daliśmy mu czas na ochłonięcie z emocji. Zapakowanie do transportera przebiegło bardzo spokojnie i bez problemów – pies wręcz sam do niego wszedł. Nam pozostało posprzątać wszystko i świętować. 🥳🥳
„Makłowicz" przebywa obecnie w schronisku na Rybnej, a my zabieramy się za kolejny temat 😉
Ps. W trakcie całej akcji poznaliśmy bardzo miłego Pana, który w okolicy uprawiał pole ziemniaków. Na tym polu z resztą często przebywał nasz bohater. Przez te wszystkie dni przyglądał się naszym zmaganiom z boku, aż w końcu nie wytrzymał i zapytał:
– Przepraszam, a ten pies jest ze złota?
Uśmiechnęliśmy się, bo faktycznie, patrząc z boku, mogło tak wyglądać. Tyle nocy, tyle godzin, tyle pomysłów i tyle razy „prawie".
Ale nie, nie jest ze złota. To zwykły bezdomny pies, którego dla wielu nie było warto szukać i łapać. Dla nas jednak każdy pies jest ważny. I właśnie dlatego nie mogliśmy go zostawić, samego, przy autostradzie, na łasce losu.