15/06/2026
„Kiedy usłyszałam, że w rodzicielstwie chodzi o bycie wystarczająco dobrą mamą - poczułam wyraźną ulgę. Nie, nie muszę być idealna ani najlepsza - mogę być po prostu wystarczająco dobra, aby moje dziecko prawidłowo się rozwijało i było szczęśliwe.”
Ostatnio często słyszę podobne wyznania. W pełni je rozumiem, bo ta świadomość rzeczywiście jest dla rodzica kojąca. I żałuję, że to podejście nie było popularne wtedy, kiedy moje dzieci były małe. Mimo, że zwrot ten do psychologii rozwojowej Donald Winnicott wprowadził już w latach pięćdziesiątych. Jednak okazało się, że to właśnie teraz jest szczególnie dobry czas, aby zdjąć z rodziców ten ciężar oczekiwania (ze strony rodziny, przedszkola czy społecznego otoczenia) o byciu najlepszym czy idealnym.
Tymczasem, kiedy zaczynamy zadawać sobie pytanie, co to tak naprawdę znaczy „być wystarczająco dobrym rodzicem” - odpowiedź nie jest oczywista. Szukamy jej w książkach, kursach, na forach internetowych, stronach rodzicielskich, itd. I często wciąż nie mamy pewności.
Czy wyobrażacie sobie, że nasze matki i ojcowie albo - tym bardziej - dziadkowie, mając kilkuletnie dzieci, chcieliby zapisać się na kurs dla rodziców, aby stać się wystarczająco dobrymi rodzicami? Zapewne uznaliby to za absurdalne. Powiedzieliby o sobie, że kochają swoje dzieci a rodzicem po prostu się jest, z grubsza wiadomo, na czym to polega, a wszyscy wokół myślą podobnie. I tyle na temat.
Ale przecież oni nas wychowali a my tak samo kochamy swoje dzieci.
Co więc się zmieniło?
Cała reszta.
Zmieniły się warunki życia, otoczenie społeczne, historia naszego rozwoju ku dojrzałości. I nie chodzi tu o to, że „dawniej to było dobrze”, lecz o to, że zniknęło wspólne, niewypowiadane – bo powszechne – poczucie bycia wystarczająco dobrym rodzicem. Bo inni rodzice są w podobnej sytuacji jak my.
Dziś rodzicielstwo często oznacza rozterki, poczucie zagubienia i osamotnienia, a nieraz także odczuwanie rodzicielstwa jako ciężaru trudnego do uniesienia.
Brakuje nam bardzo tego poczucia w codzienności gęstej od sytuacji, w których musimy reagować jak rodzice właśnie, a więc będąc silniejsi, więksi a zarazem kochający i mądrze to wszystko harmonizujący.
Czy można coś z tym zrobić?
Co robimy, gdy coś przestaje działać, choruje albo okazuje się nieprzystające do rzeczywistości? Intuicji nie można już niestety zaufać. Zbyt wiele razy nas zawiodła.
Możemy wrócić do początku. Do pytania czego naprawdę potrzebują od nas nasze dzieci i my jako ich rodzice. A więc już nie opieramy się na przeczuciu, ale chcemy zrozumieć, co znaczy „wystarczająco dobry rodzic” - aby sprawdzić, czy jesteśmy nim.
Wpierw zrozumieć rodzicielstwo. I jeśli trzeba coś w nim ulepszyć - zrobić to. Potem doświadczyć skutków zmiany i w końcu poczuć, że jest się wystarczająco dobrym rodzicem.
Bez tego bycia świadomym siebie rodzicem możemy dać się uwieść myśleniu życzeniowemu albo powszechnym, kulturowym poglądom na ten temat.
Trzeba więc ponownie zadać sobie najważniejsze pytanie. Pytanie zaskakujące swoją prostotą i tym, jak rzadko je sobie stawiamy:
Co jest najważniejsze dla mojego dziecka, a co ja - jego rodzic - mogę mu ofiarować?
Odpowiedź (zgodna z nasza wiedzą o rozwoju człowieka) brzmi: rodzicielska troska o bezpieczną, ufną więź, jaką dziecko ma z nami. Tak naprawdę dziecko ma przede wszystkim to. Poczucie, że jest przy nas bezpieczne. Że jest dla nas ważne. Że w trudnym czasie jesteśmy jego ostoją, a gdy ten czas mija, może z zachwytem poznawać świat, mając nas za sobą.
To właśnie ta więź od zawsze miała dla dzieci największe znaczenie. Od chwili, gdy istniejemy jako gatunek, a nawet wcześniej – u naszych przedludzkich przodków.
I właśnie ta ufna więź dzieci do nas jest miarą bycia wystarczająco dobrym rodzicem.
Czy to nie zachwyca swoją prostotą i siłą?
Dlatego dewizą wystarczająco dobrego rodzica mogłoby być pytanie:
Czy to, co robię – albo czego nie robię – wzmacnia bezpieczną i ufną więź mojego dziecka ze mną?
Warto uczynić to przekonanie, głęboko zakorzenione w neurofizjologii zarówno rodzica, jak i dziecka, punktem wyjścia i punktem dojścia wszystkich rodzicielskich trosk i radości.
Zmiana tak podstawowych przekonań wymaga czasu. Warto sobie ten czas dać. Warto też sprawdzać to przekonanie w codziennym życiu, uważnie przyglądając się tej delikatnej, żywej relacji, która łączy dziecko z nami, a nas z dzieckiem.