10/06/2026
Dzisiaj przelała się u mnie czara goryczy.
Dostałam zgłoszenie o dwóch pisklętach znalezionych w piasku. Nie o podlotach skaczących po trawniku. Nie o młodych ptakach, które właśnie uczą się latać. O pisklętach. Takich, które w większości były jeszcze nagie.
Osoba, która je znalazła, najpierw zadzwoniła do Straży Miejskiej.
I to co usłyszała, sprawiło, że aż się zachorowałam z wściekłości.
Bo według relacji usłyszała, żeby ptaki zostawić, bo za kilka dni nauczą się chodzić.
Rozumiecie? Za kilka dni.
Prawie nagie pisklęta leżące w piasku, chyba na placu zabaw.
Kiedy dostałam tę informację, rzuciłam wszystko, wzięłam termofor i pojechałam na miejsce. W międzyczasie dowiedziałam się, że jedno pisklę zostało rozdeptane przez dziecko, które w nie wbiegło. Kiedy byłam mniej więcej w połowie drogi, przyszła kolejna wiadomość. Drugie przestało się ruszać.
No po prostu opadło mi wszystko. Nie mam pretensji do osoby zgłaszającej. Nie każdy musi wiedzieć, czym różni się pisklę od podlota. Nie każdy musi znać się na ptakach. Właśnie dlatego ludzie dzwonią do instytucji, które powinny wiedzieć więcej.
Przez długi czas próbowałam bronić Straży Miejskiej. Rok temu byłam u nich osobiście. Rozmawiałam zarówno z dyżurnymi, jak i z kierownictwem ekopatrolu. Słyszałam wtedy, że funkcjonariusze przechodzą szkolenia, że potrafią odróżnić pisklę od podlota i że problemem są często nieprecyzyjne zgłoszenia mieszkańców.
I wiecie co? Byłam skłonna w to wierzyć. Byłam też skłonna tłumaczyć, że są między młotem a kowadłem. Że miasto szuka oszczędności. Że nie da się odebrać każdego zwierzęcia. Że czasem nie mają możliwości interwencji.
Ale dzisiaj chyba skończyły mi się argumenty.
Bo czym innym jest odmowa przyjazdu. Czym innym jest powiedzenie, że nie mają możliwości pomóc. Czym innym jest uczciwe przyznanie: nie wiemy, proszę skontaktować się z ośrodkiem rehabilitacji.
Natomiast powiedzenie o prawie nagich pisklętach leżących w piasku, że za kilka dni nauczą się chodzić, nie jest brakiem interwencji. To jest przekazanie błędnej informacji. A błędna informacja w takich sytuacjach może kosztować życie.
I właśnie dlatego jestem tak wściekła.
Bo wystarczyło powiedzieć: proszę zabrać do pudełka i ogrzać. Wystarczyło powiedzieć: proszę szukać ośrodka rehabilitacji. Wystarczyło powiedzieć: proszę znaleźć osobę, która odkarmi pisklęta. Albo nawet zwykłe: nie znamy się na tym, proszę szukać pomocy gdzie indziej. Dosłownie każda z tych odpowiedzi byłaby lepsza.
Mieszkańcy mają prawo oczekiwać pomocy albo przynajmniej rzetelnej informacji od instytucji utrzymywanej z ich podatków.
Nie powinno być tak, że w mieście wojewódzkim ludzie odbijają się od kolejnych numerów telefonów, a na końcu i tak szukają na własną rękę. Zostawiłam w Straży Miejskiej mój numer z prośbą żeby przekazać ludziom, jeśli SM nie jest w stanie podjąć interwencji. Myślicie że chociaż raz komuś go podali?
Ja pomagam, bo chcę. Ale nie jestem służbą miejską. Nie jestem całodobowym centrum interwencyjnym. Nie jestem opłacana z publicznych pieniędzy. Nie mam etatu, samochodu służbowego ani możliwości bycia jednocześnie w kilku miejscach.
A mimo to coraz częściej mam wrażenie, że od jednej wolontariuszki oczekuje się więcej niż od całego systemu.
Dlatego tym razem naprawdę zastanawiam się nad złożeniem oficjalnej skargi.
I mam pytanie - czy jest tu może prawnik albo osoba znająca się na odpowiedzialności urzędników i służb publicznych? Bo chciałabym wiedzieć, jakie możliwości mają mieszkańcy w sytuacji, gdy instytucja publiczna udziela informacji, które mogą prowadzić do cierpienia albo śmierci zwierząt.
Bo to nie jest już kwestia braku pomocy. To jest kwestia odpowiedzialności za słowa.
Jeśli ktoś zna przepisy albo miał podobną sytuację, będę wdzięczna za kontakt.
A jeśli chcecie nam pomóc pomagać dalej:
📞 BLIK: 694 207 727
💚 Zrzutka:
www.zrzutka.pl/na-skraju-zycia
💳 Nr konta:
Stowarzyszenie Na Skraju Lasu
98 1140 2004 0000 3002 8565 7682
Tytuł: darowizna na cele statutowe
🏛️ 1,5% KRS 0000534337