11/06/2026
SOBOLEW NIE MA JEDNEGO BOHATERA❗️TA HISTORIA NIE NALEŻY DO JEDNEJ OSOBY❗️
Musi to w końcu wybrzmieć głośno.
Bo to, co dzieje się z historią Sobolewa, przestaje być w porządku. Mam już przesyt słuchania wykrzywionej narracji 😬
Od miesięcy obserwuję, jak historia schroniska w Sobolewie została sprowadzona do jednej twarzy. Do jednego nazwiska. Do jednego „bohatera”.
Dla mnie nie jest to uczciwe. I jest mi zwyczajnie po ludzku przykro.
Coraz częściej mam wrażenie, że nie liczy się już to, kto ile i co zrobił. Tylko kto głośniej krzyczy. Kto potrafi wejść przed kamerę. Kto mocniej rozepchnie się łokciami. Kto lepiej opowie historię po swojemu. Kto zostanie w centrum kadru.
A reszta ❓️
Ma zniknąć w tle.
I nawet realna praca, dokumenty, działania i lata zaangażowania przestają mieć znaczenie, jeśli nie towarzyszy im odpowiednia narracja.
Ta błędna narracja jest dziś powielana przez osobę znaną, z zasięgami — być może nie zawsze ze złymi intencjami — ale z ogromnym wpływem na to, jak ta historia zostaje zapamiętana poprzez sprowadzenie tego do walki tylko jednej osoby, jednej wolontariuszki.
I właśnie dlatego jej skutki są tak bolesne.
To nie jest w porządku, że jedni urastają do legendy, a inni są po prostu wymazywani z tej historii.
Ze względu na mój znaczący wkład oraz wkład innych osób ja w tym wszystkim potrzebuję postawić granicę.
SOBOLEW NIE WYDARZYŁ SIĘ DZIĘKI JEDNEJ OSOBIE❗️
Za tą historią stoją przede wszystkim byli wolontariusze — ludzie, którzy byli tam od początku, widzieli to miejsce od środka, dokumentowali, ratowali, walczyli, nagłaśniali, płakali nad tymi psami i wracali tam mimo wszystkiego.
Byliśmy wszyscy najbliżej codzienności tego miejsca i to nasza praca często była fundamentem tego, co później mogło zostać udowodnione.
Nie było naszej zgody na to, co działo się w schronisku. WSPÓLNIE zebraliśmy obszerny materiał dowodowy do zawiadomienia z lat 2016–2017.
Bez tego zaangażowania prawda o Sobolewie mogłaby nigdy nie ujrzeć światła dziennego.
Mecenas Justyna Chejde jako była wolontariuszka przez lata była również głosem wolontariuszy i głosem tych zwierząt na sali sądowej. Reprezentowała sprawę przez długie lata, która dotyczyła setek zwierząt i pracy wielu zaangażowanych ludzi. Jej działania nie były głosem jednej osoby, lecz częścią wspólnej walki o prawdę i sprawiedliwość dla zwierząt z Sobolewa.
Moje bliskie środowisko wie, ile kolejnych lat poświęciłam schronisku w Sobolewie i pomocy zwierzętom, które tam zostały.
W skrócie. Przez lata siedziałam w dokumentach, analizowałam nieprawidłowości, zgony zwierząt, przyczyny ich śmierci, łączyłam kropki i nagłaśniałam to, co odkrywałam i walczyłam o zamknięcie.
To właśnie od tych dokumentów, informacji publicznych, pism i niewygodnych pytań ruszało domino.
Dokumenty dotyczące sprawy osobiście przekazałam Posłowi Łukasz Litewka i Doda . Dziękuję dziewczynom z grupy protestowej za zorganizowanie tych wspólnych spotkań 🩷 Dziękujemy z całego serca Dodzie i Łukaszowi za wszystko 🩷
Ja też nie szłam tą drogą sama.
Na mojej drodze stawało wiele osób, które wspierały mnie w tej walce, które pomagały zdobywać informacje, nagłaśniać sprawę i nie pozwalały zwątpić wtedy, gdy wydawało się, że nic się nie zmieni.
Było też wiele osób, które przez lata próbowały dotrzeć do mediów, polityków, osób publicznych i ludzi z dużymi zasięgami, wierząc, że tylko nagłośnienie sprawy na szeroką skalę może przerwać ten koszmar.
Każda rozmowa. Każdy telefon. Każda wiadomość. Każde spotkanie.
To wszystko było częścią tej samej walki.
Przez lata wiele osób — w tym również ja — zwracało się o pomoc do ludzi, którzy mieli większe możliwości działania, większe wpływy, większe zasięgi i narzędzia, które mogły pomóc zakończyć ten koszmar szybciej. Pisaliśmy, prosiliśmy, przekazywaliśmy informacje i dokumenty. Często bez odzewu.
Nie piszę tego z żalem.
Piszę to dlatego, że taka również jest część tej historii.
Przez długi czas wydawało się, że jesteśmy bezsilni wobec tego, co dzieje się za bramą Sobolewa.
A jednak nie odpuściliśmy.
I w końcu przyszedł ten dzień.
Dzień, w którym wspólnym wysiłkiem wielu ludzi udało się doprowadzić do tego, że ostatni pies opuścił Sobolew.
Za historią Sobolewa stoją cudowni ludzie z protestów - Edytka i inne osoby, które zrobiły wszystko, by ta sprawa przestała być lokalnym problemem i stała się sprawą ogólnopolską. Rozpędzili tą machinę.
To były konkretne działania, będące częścią ogromnej pracy wielu ludzi zaangażowanych w ujawnianie tego, co działo się w Sobolewie. Dzięki temu, że było nas tak wiele byliśmy silni.
Za tą historią stoją także ludzie, którzy przez lata zabierali zwierzęta z Sobolewa, dawali im domy, leczyli je, szukali rodzin adopcyjnych i pokazywali światu, że za numerem ewidencyjnym stoi żywa istota.
To dzięki nim wiele zwierząt dostało szansę, której inaczej mogłyby nigdy nie otrzymać.
W tej historii zapisały się przede wszystkim organizacje, które podczas ewakuacji wzięły na siebie ogrom odpowiedzialności — przejęły zwierzęta, których wcześniej nie znały, zapewniły im leczenie, transport, miejsce i opiekę.
To one do dziś niosą na swoich barkach skutki tego, co wydarzyło się za bramą Sobolewa.
To dzięki nim oraz dzięki darczyńcom wspierającym je wpłatami, zbiórkami i pomocą rzeczową te zwierzęta dostały szansę na dalsze życie.
Zwierzęta zabrane z Sobolewa od pierwszej chwili zasługiwały na leczenie, bezpieczeństwo, troskę i godną przyszłość. Te zwierzęta zasługiwały na Wasze bliki❗️
DIOZ Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt Fundacja dla Szczeniąt Judyta OTOZ Animals i inne organizacje wzięły to na barki.
Za każdym psem, który opuścił Sobolew, stoi nie tylko jego uratowanie, ale również ogrom codziennej pracy, kosztów i zaangażowania organizacji, domów tymczasowych oraz ludzi, którzy otworzyli swoje serca i portfele, by im pomóc.
Mecenas Katarzyna Topczewska czuwała nad całym procesem i zrobiła wszystko, by psy mogły bezpiecznie opuścić Sobolew 🩷
Stoją za tym także ludzie, którzy przez lata jechali ratować psy ze schroniska i ci, którzy ratowali je przed schroniskiem.
Ludzie, którzy walczyli o psy w swoich gminach.
Ludzie, którzy mieli swoje rodziny, swoje problemy i swoje zmęczenie jak każdy z nas — a mimo to robili swoje.
Po cichu.
Bez fleszy.
Bez potrzeby uznania.
Trudno patrzeć spokojnie na to, jak po latach tworzy się nową, uproszczoną wersję tej historii.
Taką, w której jedni urastają do legendy, a inni są po prostu wymazywani.
Nie walczyliśmy o to, żeby spierać się o pierwsze miejsce na podium.
Wydaje mi się, że w ratowaniu zwierząt nie ma miejsca na bycie najważniejszym.
Nie ma miejsca na pomniki.
Nie ma miejsca na zawłaszczanie cudzej czy wspólnej pracy.
Jest tylko miejsce na prawdę.
Chciałabym nadal wierzyć, że w ratowaniu zwierząt nie chodzi o błyszczenie, gwiazdorstwo czy "budowanie kariery".
Mi wystarczy prawda.
Moją intencją nie jest umniejszanie niczyich zasług. Tego samego oczekuję od innych.
Każdy, kto dołożył swoją cegiełkę do tej historii, zasługuje na szacunek.
Nie zgadzam się jednak na sytuację, w której zasługi jednych są wyolbrzymiane kosztem wymazywania innych.
Nie chcę, by ktokolwiek zaciemniał rzeczywistość i pisał tę historię od nowa.
Bardzo cenię uczciwość i nie ma mojej zgody na tworzenie nowej wersji wydarzeń kosztem ludzi, którzy naprawdę tworzyli tę historię od początku.
Oczywiście nie mam wpływu na narracje tworzone gdzieś obok 🤷♀️ z tym pewnie nie da się wygrać.
Ale zawsze będę przypominać o pracy każdego, kto miał w tym swój udział.
Widzę wszystkich — bez wyjątku.
Także tych, którzy stali zmarznięci pod siatką schroniska w dniu jego likwidacji 🥺
Bo ta historia kosztowała zbyt wiele — cierpienia, śmierci, łez, lat pracy i zaangażowania — żeby została sprowadzona do jednego nazwiska.
Dlatego jeśli ma zostać po niej jedno zdanie, to tylko takie:
SOBOLEW NIE MIAŁ JEDNEGO BOHATERA.
MIAŁ ICH WIELU.
I każdy z nich dołożył swoją cegiełkę do tego, że 25 stycznia 2026 roku ostatni pies opuścił to miejsce.
I tylko taka PRAWDA powinna zostać po tej historii.
Ps. na zdjęciu część wolontariatu 💕