09/01/2026
Czas na Generalną Dyrekcję Dróg Rowerowych?
Lektura dzisiejszego komunikatu Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad [GDDKiA] o drogowym skoku cywilizacyjnym Polski wywołuje słodko-gorzkie uczucia. Z jednej strony imponują setki kilometrów nowych autostrad wybudowanych przez ostatnie 20 lat. Z drugiej jednak, z perspektywy rowerzysty, trudno ukryć irytację. Polska infrastruktura rowerowa tkwi dokładnie tam, gdzie drogi krajowe były na początku wieku. I o ile kierowcy doczekali się rewolucji, o tyle dla rowerzystów nadziei na zmianę wciąż nie widać.
Ta analogia jest bardziej trafna, niż mogłoby się wydawać. Doskonale pamiętamy polskie drogi lat 90. i wczesnych lat 2000.: dziurawe nawierzchnie, brak ciągłości i dwupasmówki nagle urywające się w polu kapusty. Dziś kierowcy podróżują komfortowo i – co najważniejsze – przewidywalnie przez cały kraj.
A rowerzyści? My wciąż tkwimy w epoce infrastrukturalnej improwizacji. To świat „teleportacji”, gdzie ścieżka kończy się na granicy gminy, asfalt zamienia się w błoto, a standardy bezpieczeństwa znikają wraz z tabliczką „koniec terenu zabudowanego”. Skoro sukces drogowy udało się osiągnąć dzięki centralnemu planowaniu i silnej instytucji, dlaczego wciąż upieramy się przy chaosie w przypadku jednośladów?
Odpowiedzią na ten stan może być Generalna Dyrekcja Dróg Rowerowych.
Samorządowe rozdrobnienie to ślepa uliczka
Zrzucenie ciężaru budowy infrastruktury rowerowej niemal wyłącznie na barki samorządów doprowadziło do patologii. Mamy do czynienia z systemem, w którym jakość podróży zależy od zamożności i „widzimisię” lokalnego włodarza, a perspektywa planowania kończy się na granicy samorządu.
To rodzi fundamentalne problemy, których nie da się rozwiązać z poziomu gminy czy powiatu:
☑️Brak spójności: Bogata gmina wyleje asfaltową velostradę, a sąsiednia, biedniejsza – w najlepszym wypadku wysypie leśną ścieżkę szutrem. Rowerzysta jadący w dłuższą trasę wpada w infrastrukturalną czarną dziurę.
☑️Absurd granic administracyjnych: Drogi rowerowe rzadko łączą się w logiczną całość między województwami. Służą rekreacji „wokół komina”, a nie realnemu przemieszczaniu się na większe odległości.
☑️Wolna amerykanka w standardach: W jednym miejscu mamy bezpieczne, separowane pasy, kilometr dalej – znienawidzoną kostkę Bauma lub, co gorsza, farbę na jezdni o dużym natężeniu ruchu, udającą infrastrukturę.
Czym powinna być GDDR?
Nie potrzebujemy kolejnego urzędu do stawiania stojaków pod szkołą. Generalna Dyrekcja Dróg Rowerowych miałaby być odpowiednikiem GDDKiA, ale dedykowanym wyłącznie infrastrukturze dla jednośladów. Jej celem musi być stworzenie szkieletu komunikacyjnego kraju.
Główne zadania takiej instytucji powinny być jasne:
☑️Strategia zamiast przypadku: Wytyczenie głównych korytarzy rowerowych łączących największe miasta i regiony (zagęszczona siatka na wzór tras EuroVelo).
☑️Dyktat standardów: Narzucenie wymogów technicznych na poziomie krajowym. Koniec z kostką, koniec z krawężnikami, koniec z absurdalnymi serpentynami. Rowerostrada ma być prosta, płaska i asfaltowa. Kropka.
☑️Centralna kasa: GDDR dysponowałaby własnym budżetem i środkami z UE. To odciążyłoby samorządy z gigantycznych kosztów budowy tras tranzytowych, pozwalając im skupić się na tym, co robią najlepiej – dojazdach lokalnych, czyli tzw. „ostatniej mili”.
>>Lekcja od starszego brata: Rower to gospodarka