29/05/2026
Ojcowskie zmartwienia grodziskiego kata Johanna Gotfrieda Dietricha i miłosne wybory jego pięknych córek.
cz.II - Przeczytaj koniecznie!!!!!
(Dalsza część artykułu kolegi Jędrzeja opublikowanego 24 kwietnia na naszym portalu)
Druga, acz nieznana z imienia, córka naszego kata swojego przyszłego męża nazwiskiem Knuter Rammthun pozna przypadkiem, gdy w mieście stanie na postój zimowy (hibernę, jak to się wówczas mówiło) wyjątkowa jednostka. Będzie to 5 Pułk Kirasjerów Księcia Ludwika Wirtemberskiego, oczywiście nie cały, lecz szwadron, za to nie byle jaki, bo przyboczny/gwardyjski (z niem. Leib Esquadron) tego pułku (zapewne około 100 kawalerzystów) pod dowództwem rotmistrza/kapitana von Stülpnagela.
Choć to czyste spekulacje, możemy przypuszczać, jak ta ciężkozbrojna jednostka kawalerii (nosząca podczas walki kirysy czyli pancerze chroniące tułów) znalazła się w Grodzisku. Pierwsza jest taka, że garnizon poznański, wzmocniony niebywale przez Prusaków w trakcie i po wydarzeniach insurekcji kościuszkowskiej w Wielkopolsce, z powodu dodajmy bohaterskich wyczynów naszych powstańców/insurgentów, nie pomieściłby na zimę wszystkich pruskich żołnierzy, których łatwiej było aprowizować i zakwaterować w okolicznych miasteczkach. Działo się to na koszt Polaków, w dodatku rozstawiono w ten sposób sieć posterunków wojskowych na wypadek kolejnej zbrojnej próby polskiej szlachty, nie tworząc od razu drogiego w utrzymaniu garnizonu. Drugie założenie jest takie, że jednostka stanęła tu z czystej złośliwości księcia Ludwika Wirtemberskiego. Dlaczego? Otóż książę (będąc obcokrajowcem) zrobił niesamowitą karierę wojskową w Polsce, zostając ostatecznie głównodowodzącym wojsk litewskich. Jego żoną została piękna i inteligentna dama Maria Czartoryska (ta od Puław, Arkadii i powieści), prywatnie córka jednego z najbogatszych ludzi w Rzeczypospolitej, księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego i tak się składa - ówczesnego właściciela miasta Grodziska.
Pełnia szczęścia? Otóż nie. Ludwik Wirtemberski zdradza interesy Polski, służąc potajemnie pruskiemu królowi Fryderykowi Wilhelmowi II Hohenzollernowi. Wstrzymuje celowo działania i modernizację armii litewskiej, z premedytacją dowodzi tak nieudolnie podczas wojny rosyjsko-polskiej w 1792 r. (symulując równocześnie swoje choroby), że w zasadzie doprowadza do klęski i nieprzydatności operacyjnej tych wojsk, o czym świadczy choćby ta informacja źródłowa: „[…] Nie umocnił bowiem twierdz, nie zgromadził zapasów, nie sporządził sensownych planów obrony. Przez jego działania w chwili wybuchu wojny 1792 roku jednostki litewskie były w opłakanym stanie, znacznie gorszym od sił koronnych dowodzonych przez Józefa Poniatowskiego. Na Litwę natarł 33-tysięczny korpus Michaiła Kreczetnikowa. Wówczas Ludwik sabotował działania swojej armii, opóźniał jej koncentrację oraz odwrót. Mińsk i Wilno padły praktycznie bez walki. Wkrótce pojawiło się widmo całkowitego załamania frontu […]. Katastrofę podległych mu wojsk powstrzymano jedynie wskutek sprzecznej z wolą dowódcy inicjatywy oficerów średniego szczebla, którzy robili bardzo wiele, aby ich oddziały nie uległy panice i wycofały się z zagrożonych okrążeniem odcinków […]”.
Machinacje księcia wychodzą na jaw po przychwyceniu przez czujnych polskich urzędników jego prywatnej korespondencji. Książę chwali się w niej swoją podłością, obiecując królowi Prus dalszy sabotaż. Oburzona małżonka w patriotycznym odruchu rozwodzi się z nim listownie, za co on w gniewie zabiera jej pierworodnego syna Adama (którego wychowa w nienawiści do matki i Polaków). Książę Ludwik po tej wpadce próbuje nadal dowodzić powierzonym mu wojskiem, jednak zdegradowany 1 czerwca 1792 r. przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego powraca do rodzinnego Trzebiatowa w Księstwie Pomorskim, które szybko wejdzie w skład Królestwa Prus. W roku 1794 r., podczas wybuchu insurekcji kościuszkowskiej, zostaje wysłany przez króla Prus wraz ze swym pułkiem do wzmocnienia garnizonu poznańskiego, czyniąc zeń bazę wypadową przeciwko powstańcom, korpusowi generałów Dąbrowskiego i Madalińskiego.
Pułk zostaje w Wielkopolsce na tyle długo, że na miejsce zimowania roku następnego książę wybiera dobra ex-teścia. Tu właśnie żołnierzowi pułku nazwiskiem Knuter Rammthun wpadnie w oko piękna grodziska katówna. Niepomny na profesję ojca pragnie się z nią żenić, ale panna jest katoliczką, a on protestantem. Dumny żołnierz nie chce brać ślubu w grodziskiej farze, a grodziscy księża obstają, że nigdzie indziej sakramentu mu nie udzielą. O dziwo, w tym momencie z pomocą młodym przychodzi regulamin wojskowy (zwyczajowo przeszkoda w sprawach prywatnych), który dopuszcza zawarcie przez żołnierza małżeństwa w domu panny młodej w miejscu jego stacjonowania - cóż, wola była ogromna, by do tego małżeństwa doszło. Dlatego rotmistrz von Stülpnagel (z rodziny, która wyda wielu wybitnych pruskich i niemieckich generałów) pisze oficjalny list do grodziskiego pastora Röhla, w którym żąda udzielenia tego ślubu na podstawie wspomnianego prawa.
Początkowo pastor oponuje, wzdraga się, stosuje wybiegi, że skoro to żołnierz na służbie, to właściwym byłby do udzielenia ślubu polowy kapelan pułku. Ten, niejaki Bertuch, przebywa niestety w trzebiatowskim garnizonie przy reszcie oddziału. Po szybkiej wymianie korespondencji pomiędzy wszystkimi stronami ślub zostaje udzielony w domu prywatnym kata Jana Gotfryda Ditrycha przy ul. Kaciej na Nowym Mieście (pomiędzy 4 a 26 listopada 1795 r.), w dodatku przy wojskowej asyście. Pastora spotykają za to nieprzyjemności w mieście (zapewne od podkomorzego gnieźnieńskiego Jakuba Radońskiego, zarządzającego miastem jak własnym folwarkiem z ramienia księcia Czartoryskiego). W swoim liście z 27 listopada 1795 r. kapelan polowy Bertuch przeprasza za te i inne niedogodności grodziskiego pastora, tytułując go wielce czcigodnym i szanownym Panem Bratem w Urzędzie i dziękując za okazaną pomoc. Niestety, o dalszych losach nowożeńców nic pewnego nie wiadomo, choć prawdopodobnie przenoszą się wiosną do Trzebiatowa.
Nasz biedny kat reputacją się raczej nie przejmował, gdyż ta szorowała po dnie od kilku lat za sprawą wyborów życiowych kolejnej córki, Marii Rozyny. Przebywała ona bowiem poza domem, z którego podobno uciekła około roku 1793 „bez ślubu”, o zgrozo, z pracownikiem ojca, hyclem Janem Baumertzem. Kto wie czy to właśnie nie starsza Beata uciekła „z chłopem” pierwsza co mogło ośmielić młodszą siostrę. Zdaje się jednak, że po zamążpójściu opisanej na wstępie siostry Beaty, Maria Rozyna wraz z kawalerem powraca do domu, ponieważ siedem miesięcy po „domowym ślubie nieznanej z imienia siostry z kirasjerem” wychodzi za mąż w grodziskiej farze 20 lipca 1796 r. Co ciekawe, jej wybrankiem jest Jan Baumertz, co pozwala mi sądzić, że ów hycel wywędrował z Grodziska raczej po nauki, by podnieść kwalifikacje i zostać być może pełnoprawnym katem, a Maria Rozyna udała się razem z nim za wiedzą rodziców, bo może stwierdziła, że ona tej rozłąki nie przeżyje, albo na przykład była już z Baumertzem w ciąży i trzeba było zejść z oczu lokalnym mieszkańcom.
Zupełnie inaczej widział całą sytuację ksiądz Wawrzyniec Perszyński, promotor Najświętszego Różańca w parafii grodziskiej, który oczywiście pobłogosławił małżeństwo, ale w pro memoria dla tego wydarzenia napisał, że Jan Baumertz, służący w Grodzisku u kata Jana Ditrycha, uciekł z jego córką Marią Rozyną i żyjąc z nią na sposób małżeński przez trzy lata, wałęsał się po świecie. Wróciwszy więc do domu, oboje otrzymali od prepozyta zgodę na zawarcie małżeństwa bez dokonania w sposób kanoniczny jakiejkolwiek zapowiedzi, wspomniany zaś wyżej promotor, błogosławiąc młodym, zaznaczył ku przestrodze: „Niech Bóg nie dopuszcza do takiego sposobu błogosławienia małżeństwa”. Jak pokażą dalsze wydarzenia i losy rodziny Ditrych, grodziski promotor Najświętszego Różańca jako ksiądz był wyznaczony do pełnienia obowiązków kaznodziei niemieckiego w grodziskiej parafii, a zatem obsługiwał też kościół pw. św. Anny, i w związku z powyższym pełnił posługę wśród niemieckojęzycznych katolików z Grodziska.
Mija przecież kolejny roczek i w Grodzisku zapewne aż huczy od plotek, gdy 30 listopada 1797 r. zawiera tu opisane wyżej małżeństwo 38-letnia panna Beata Ditrych, najstarsza córka grodziskiego kata Jana Ditrycha, ze świeżo owdowiałym (bo zaledwie przed sześcioma miesiącami), a dobrze znanym grodziszczanom, rakoniewickim katem Franciszkiem Otto, będącym już w słusznym, bo pięćdziesiątym roku życia. Ślubu oblubieńcom udziela ponownie Wawrzyniec Perszyński za zgodą prepozyta rakoniewickiego (nota bene swojego brat pełniącego tam (w latach 1781-1800) funkcję proboszcza, Jakuba Perszyńskiego. To, że katówna wychodzi za kata, to nic dziwnego, w końcu wspomniany ostracyzm powodował, że najczęściej rodziny katowskie wydawały dzieci w obrębie swojego środowiska zawodowego, jednocześnie miało to również taki skutek, że majątek z warsztatem i miejscem zamieszkania pozostawał w rękach rodziny. Jednak burzliwa i skandaliczna historia tego związku stawia sprawę w nieco innym świetle.
Kiedy w domu Jana Gotfryda (nazywanego też z polska Bogumiłem) zostanie już tylko jedna córka Joanna, grodziski kat, będąc od roku 1795 wdowcem, postanawia zawrzeć drugi związek małżeński. 29 kwietnia 1798 r. Jan Gotfryd Ditrych, mający już 53 lata, żeni się z Pudyką Katarzyną Zbawioną, panną lat 24, dziewczyną z sąsiedztwa, której ojciec Jan posiadał posesję graniczącą z nieruchomością kata. Nazwisko rodowe panny młodej wskazuje, że mogła pochodzić z rodziny, która zmieniła wyznanie na katolickie. Małżeństwo doczeka się potomstwa i 14 października 1805 r. Józef Jacobi, wikariusz grodziski, ochrzci urodzonego 13 października tegoż roku Ferdynanda Józefa, syna Jana Gotfryda Dittricha (pisownia nazwiska w oryginale z dokumentu) i jego drugiej żony Katarzyny. Chłopiec nie uniknie swojego losu i przejmie zawód ojca, zostając ostatnim grodziskim katem na urzędzie, chociaż Jan Gotfryd posiadał jeszcze oprócz córek innych synów (co wykazano również w spisie komunikujących parafii katolickiej z lat 1796-1797), a mianowicie Jana i Karola (ze związku z Anną Franciszką) oraz Antoniego Ferdynanda (ur. w 1799 r.) i Józefa Antoniego (ur. w 1808 r.) ze związku z Katarzyną ze Zbawionych.
Morał jaki płynie dla nas z tej historii jest banalny. Otóż kiedyś młodzież wcale lepsza nie była, natomiast bycie dobrym rodzicem nikomu nie przychodzi z łatwością. Z pewnością obciążenia zawodu ojca wpływały na sytuację w rodzinie co może tłumaczyć tempo w jakim córki wybywały czy wręcz uciekały z domu. Długotrwałe obcowanie ze śmiercią może powodować przecież zmianę osobowości człowieka w kierunku postępującej obojętności, okrucieństwa, nadużywania alkoholu). Czy stało się to udziałem kata Jana Gotfryda Ditrycha, cóż na razie o tym „akta milczą”.
Na zdjęciu: Książę Ludwik Wirtemberski (po lewej), w środku porwany syn Adam, ze związku z Marią Czartoryską oraz brat księcia książę Alexander.
Ilustracja prezentowana na stronie https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludwik_Wirtemberski za http://www.schloss-kirchheim.de/de/288423.html?image=288428, [dostęp: 22.10.2025 r.]
Jędrzej Czechowski