29/05/2026
Jeszcze w latach 80. w Gidlach słychać było dźwięk młota uderzającego o rozgrzane żelazo.
Kuźnia była sercem miejsca.
Nie tylko dlatego, że płonął w niej ogień, a rozgrzane żelazo poddawało się sile rąk i doświadczeniu kowala. Była sercem, bo tu krzyżowały się drogi ludzi, pracy i codziennego życia.
W dawnych Gidlach kuźnia dawała coś więcej niż narzędzia. Dawała zawód i przyszłość. Młodzi chłopcy przychodzili tu jako uczniowie, uczyli się cierpliwości, precyzji i odpowiedzialności.
Jedną z takich historii była kuźnia Jana Szmigielskiego i Mariana Kluzińskiego. Drewniany budynek, palenisko, dźwięk młota i zapach rozgrzanego metalu. Początkowo podkuwano tu konie i zakuwano obręcze na kołach wozów i bryczek. Później powstawały pługi, brony i narzędzia rolnicze trafiające do różnych miejscowości w Polsce.
Kuźnia była miejscem pracy całej rodziny. Ktoś kręcił kółkiem wentylatora, ktoś prowadził korespondencję i zapisywał zamówienia, ktoś inny sprzedawał wyroby na jarmarkach. Praca miała swój rytm wyznaczany przez ogień, porę dnia i potrzeby ludzi.
Po wojnie kuźnia działała jeszcze przez pewien czas, aż w końcu ogień wygasł, a miejsce zaczęło znikać z codziennego krajobrazu. Została pamięć.
Dziś wracamy do niej poprzez obrazy, opowieści i delikatny ruch.
Czy pamiętacie jeszcze dźwięk kowalskiego młota?