26/02/2026
Żyję normalnie. Tylko czasem muszę się zatrzymać.
Na co dzień pracuję, mam rodzinę, wychowuję dziecko, śmieję się ze znajomymi, planuję weekendy i wakacje. Stoję w kolejkach, spieszę się rano, narzekam na zmęczenie i cieszę się z małych rzeczy. Moje życie wygląda tak jak życie wielu z Was.
Czasem jednak znikam na chwilę. Mam swoje wizyty, badania, leczenie. To są moje przystanki. Potem wracam — do pracy, do domu, do codzienności.
Wiem, że dla osób zdrowych spotkanie z kimś takim jak ja bywa konfrontacją z własnym lękiem. Z myślą: „A jeśli mnie też to kiedyś spotka?”. To naturalne. Strach przed utratą kontroli, przed niepewnością, przed słowem, którego nie chcemy wypowiadać.
Ale moja obecność nie jest zapowiedzią Waszego losu. Jest tylko dowodem na to, że nawet w trudnych okolicznościach można nadal żyć. Normalnie.
Nie potrzebuję współczucia ani ciszy pełnej napięcia. Nie potrzebuję, żebyście omijali temat albo patrzyli na mnie przez pryzmat czegoś, co dzieje się w tle.
Potrzebuję zwyczajności.
Traktujcie mnie tak jak wcześniej — zapraszajcie, pytajcie o plany, śmiejcie się ze mną. Jeśli chcecie okazać troskę, niech będzie prosta: „Jak się dziś czujesz?” zamiast milczenia. Obecność zamiast dystansu.
Osoby, które mierzą się z leczeniem, nie przestają być sobą. Nadal są rodzicami, partnerami, specjalistami w swojej pracy, przyjaciółmi, ludźmi z poczuciem humoru i marzeniami.
Choroba nie jest tożsamością. Jest doświadczeniem.
A doświadczenie nie odbiera normalności.
Można żyć obok siebie bez lęku. Można patrzeć na kogoś chorego i widzieć przede wszystkim człowieka — nie zagrożenie, nie przypomnienie, nie „co by było gdyby”.
Jestem taka jak Wy.
Po prostu czasem muszę się zatrzymać.