26/02/2026
Bogumiła Salmonowicz
Z dołu
Nieustannie wypatruję ciebie w błękitach. Zadarta głowa
w oczekiwaniu na zmiany dźwiga pod chmurami zbyt wiele.
A tam głodne smoki wielogłowe albo wytresowane słonie.
Piłka jak globus na giętkich trąbo-ogonach nagle staje się
gigantycznym grzybem z pożółkłych fotografii Nagasaki.
Wyobrażam sobie tamten strach. Gwałtowny, bez szans na kolejny wdech.
Nasz rósł powoli, jak w zmęczonej wędrówce po schodach. Latem odpoczął
na półpiętrze, potem w zachwycie nad ciepłym wrześniem bezmyślnie
wbiegał na drugie. Jesienią jak wiosną – znowu nie dotykam plamek
na jej dłoniach, nie przytulam. Przez telefon jak mantrę powtarzam pytania
o leki, czy obiad o trzeciej nie zjechał z klamki i czy aparat tlenowy ma zapas.
Przez osobne okna w skupieniu odgaduję kolory wiatrów. Może to one niosą litery
dla naszych losów wymyślonych przez ciebie – wielkiego magika ery chrystusowej.
Z nawyku zadzieram głowę. W obłokach plączą się marzenia. Słońce, plaża,
roześmiani ludzie, drące się mewy, rozhuśtane trawy na wydmach
i ten szum. Nasza powrócona ziemia.
(listopad 2021)
Esej interpretacyjny do wiersza Bogumiły Salmonowicz „Z dołu”
Wiersz Z dołu zaczyna się od gestu zadzierania głowy, pozornie prostego, codziennego, ale w poezji Salmonowicz stającego się niemal aktem egzystencjalnym. Bohaterka patrzy w górę jak ktoś, kto łowi znaki. Błękity nie są tu tylko kolorem; są przestrzenią nadziei, ale też projekcją lęków. Głowa zadarta zbyt długo musi „dźwigać pod chmurami zbyt wiele” to jeden z tych wersów, w których widać, jak poetka umie nadać fizyczności wymiar psychiczny. Patrzenie w niebo staje się ćwiczeniem z wytrzymałości, bo chmury nie są niewinne. Mogą przybrać kształt „smoków” czy „wytresowanych słoni”, a piłka, niewinny rekwizyt dzieciństwa, przeobraża się nagle w „gigantyczny grzyb z pożółkłych fotografii Nagasaki”.
Ten obraz działa jak błysk: lekkie przechodzi w ciężkie, zabawa w katastrofę. Tak wygląda psychika człowieka obciążonego niepewnością, wystarczy jedno skojarzenie, żeby zwyczajne niebo stało się ekranem grozy. Poetka nie robi tego przypadkiem: Hiroshima i Nagasaki są symbolem lęku totalnego, tego bez wyjścia. I właśnie o takim lęku jest wiersz, o trwodze, która ma w sobie coś z atomowej eksplozji, choć jednocześnie rozwija się powoli, codziennie, przez telefon, przez troskę o chorującą bliską osobę.
Kontrast między nagłym strachem tamtej katastrofy a wolno narastającym lękiem w wierszu jest jednym z jego najmocniejszych napięć. Strach „tamten” jest gwałtowny, natychmiastowy, „bez szans na kolejny wdech”. Strach podmiotu przeciwnie, wpełza w życie, osiada na klamkach, rośnie jak mozolna wspinaczka po schodach. Salmonowicz bardzo trafnie pokazuje psychologię długiego, przewlekłego lęku: lato daje chwilowe wytchnienie, wczesna jesień przynosi złudzenie poprawy, ale powrót nieuchronnie następuje.
Wiersz mówi o chorobie matki, babci, kogoś najbliższego, lecz mówi o niej nie wprost, nie patetycznie. Troska ujawnia się w pytaniach o obiady, o leki, o działanie aparatu tlenowego. W tych codziennych rytuałach telefonicznej kontroli jest naga czułość, ta najtrudniejsza, zawieszona między nadzieją a przeczuciem straty.
„Jesienią jak wiosną – znowu nie dotykam plamek / na jej dłoniach” — ten wers jest jak ukłucie. Poetka jednym obrazem skupia cały ból pandemii, dystansu, zakazu bliskości. Dotyk, podstawowa forma miłości, zostaje unieważniony. Wiersz oddycha właśnie taką oszczędną, lecz boleśnie precyzyjną metaforyką.
Dalej Salmonowicz przenosi nas w świat rozdzielonych okien, oddzielnych przestrzeni, w których trzeba „odgadywać kolory wiatrów”. Wiatry unoszą „litery dla naszych losów”, poetka pozwala sobie na metaforę magiczną, ale nie eskapistyczną. Ta magia jest raczej pragnieniem sensu, próbą uchwycenia boskiego ładu tam, gdzie panuje chaos. Pojawia się „wielki magik ery chrystusowej”, ktoś, kto potrafi z narracji życia stworzyć coś, co ma prowadzić, nieść.
A jednak wiersz wraca do ziemi „z nawyku zadzieram głowę”. Nawyk jest tu najpiękniejszym słowem. Nawyk wiary, nadziei, wypatrywania. Nawyk pamięci o bliskiej osobie. Nawyk marzenia. W obłokach znów plączą się obrazy beztroski: słońce, plaża, mewy, wydmy. Wszystko to, co utracone albo chwilowo zawieszone, powraca jako tęsknota za normalnością. „Nasza powrócona ziemia”, finałowy wers, ma w sobie coś z błagalnego westchnienia i z obietnicy. Jakby poetka chciała powiedzieć: jeszcze wrócimy, jeszcze będziemy, jeszcze odzyskamy.
Z dołu to wiersz o patrzeniu w górę w czasach, gdy wszystko ciągnie w dół. O lęku, który zjada codzienność, i o czułości, która trzyma świat w całości. O człowieku, który stojąc na schodach, w telefonicznej trosce, w powtarzaniu pytań o leki, próbuje ocalić kogoś najważniejszego.
A przede wszystkim, to wiersz o pamiętaniu, mimo strachu. O zadzieraniu głowy, nawet gdy niebo przypomina grzyb z fotografii katastrofy. Bo tylko tak można przetrwać, patrząc w błękit, który czasem jednak wraca.
Tomasz Walczak