Klub Konfederacji Czeladź

Klub Konfederacji Czeladź Strona dla sympatyków Konfederacji w Czeladzi. Dawniej prowadzona przez Klub Konfederacji Czeladź, a obecnie przez redaktorów z partii Nowa Nadzieja.

Dawniej prowadzona przez Klub Konfederacji Czeladź, a obecnie przez partię Nowa Nadzieja.

11/03/2026

Proszę o UDOSTĘPNIANIE, bo to wstyd i hańba❗ Europosłowie Lewicy i KO zagłosowali PRZECIWKO moim poprawkom uchylającym ETS2 i dyrektywę o przymusowych remontach klimatycznych budynków❗

Ci ludzie właśnie udowodnili, że chcą dla Was ogromnych podwyżek opłat za ogrzewanie oraz kosztownych obowiązkowych remontów mieszkań i domów, by dostosować je do chorych, zeroemisyjnych wymogów! Przecież to będzie katastrofa finansowa dla milionów Polaków.

I oni chcą Wam wmówić, że działają na korzyść zwykłych obywateli?! To są jakieś kpiny. Maski opadły. Dokładnie zapamiętajcie te nazwiska - to oni odrzucili moje poprawki znoszące ETS2 i dyrektywę budynkową EPBD! 👇
❌ Robert Biedroń (przeciwko uchyleniu ETS2 i dyrektywy budynkowej)
❌ Krzysztof Śmiszek (przeciwko uchyleniu ETS2 i dyrektywy budynkowej)
❌ Joanna Scheuring-Wielgus - polityk (przeciwko uchyleniu ETS2 i dyrektywy budynkowej)
❌ Borys Budka (przeciwko uchyleniu ETS2)
❌ Bartłomiej Sienkiewicz (przeciwko uchyleniu dyrektywy budynkowej)
❌ Magdalena Adamowicz (przeciwko uchyleniu dyrektywy budynkowej)

Mieszkania drożeją, rachunki szaleją, wiele polskich rodzin ledwo wiąże koniec z końcem, a wianuszek polityków koalicji Tuska ma to gdzieś, bo ich stać i głosują przeciwko obywatelom. Mam wielką nadzieję, że już niedługo ludzie wywiozą ich na wyborczych taczkach, a ja zrobię co w mojej mocy, by cała ta patowładza upadła!

01/01/2026

Proszę o UDOSTĘPNIANIE, ruszam ze zbiórką podpisów pod petycjami ws. wycofania ETS2 i dyrektywy o przymusowych remontach klimatycznych budynków❗
✅ Petycje podpisujcie tutaj ➡️ https://ewazajaczkowska.pl/petitions

👉 Musimy zebrać jak najwięcej podpisów, dlatego przekazujcie te petycje dalej gdzie tylko możecie! Złożę je osobiście w Parlamencie Europejskim i eurokraci będą mieli obowiązek się do tego ustosunkować. Chcę również wywrzeć presję na polski rząd, by zaczął bronić interesów polskich obywateli, a nie brukselskich aparatczyków!

❌ System ETS2 to parapodatek, który doprowadzi do ogromnych wzrostów opłat za paliwa i ogrzewanie budynków. Podwyżki będą tak duże, że Ursula von der Leyen i jej świta zgodzili się na przesunięcie wejścia w życie ETS2 z 2027 na 2028 rok, tylko dlatego, żeby uderzył on w obywateli dopiero po wyborach parlamentarnych w wielu krajach UE. W ten sposób chcą uniknąć gniewu ludzi przy urnach wyborczych. My domagamy się całkowitego odrzucenia ET2 a nie odkładania wyroku!

❌ Dyrektywa EPBD wprowadza obowiązkowe remonty budynków, by obniżyć ich emisje CO2. Doprowadzi to do ruiny budżety domowe wielu polskich rodzin i pogłębi kryzys mieszkaniowy. Ministerstwo Klimatu i Środowiska już potwierdziło, że za sprzeciw będą kary stwierdzając, że “w istocie się pojawią, bo państwo musi działać w taki sposób, żeby na koniec skłaniało nawet te jednostki, które mimo wszystko nie chcą działać. Tak jest z mandatami.”
Zgodnie z przepisami wszystkie nowe budynki mieszkalne od 2030 roku będą musiały być budynkami o zerowych emisjach. Natomiast do 2030 zużycie energii pierwotnej w budynkach mieszkalnych zmniejszyć ma się o co najmniej 16%, a do 2035 o 20-22% w porównaniu do 2020 roku.

Zarówno ETS2, jak i dyrektywa budynkowa EPBD to uderzenie przede wszystkim w biednych i średnio zamożnych. To oni najbardziej odczują te zmiany. Dlatego jako polski poseł do Parlamentu Europejskiego robię co w mojej mocy, by temu przeciwdziałać.

Wielokrotnie przekonywaliśmy się, że presja ma sens. Musimy wykorzystać wszelkie możliwe narzędzia, by walczyć o dobro obywateli i budżety domowe polskich rodzin. Dlatego apeluję do wszystkich - dołączcie do zbiórki podpisów, przekazujcie petycje znajomym i rodzinie. Musi być nas jak najwięcej! Pokażmy, że odrzucamy chorą politykę klimatyczną eurokratów i chcemy niższych opłat!

W niedzielę 18 maja idź do swojego lokalu wyborczego między godziną 7:00 a 21:00 i zagłosuj na Sławomira Mentzena!
15/05/2025

W niedzielę 18 maja idź do swojego lokalu wyborczego między godziną 7:00 a 21:00 i zagłosuj na Sławomira Mentzena!

Kęs historii od II wojna światowa w kolorze. Ciekawe tym bardziej, że opisuje pewien proces z którym i dzisiaj mamy do c...
29/04/2025

Kęs historii od II wojna światowa w kolorze. Ciekawe tym bardziej, że opisuje pewien proces z którym i dzisiaj mamy do czynienia. Wtedy były to oskarżenia o proniemiecką propagandę teraz o prorosyjską. Historia kołem się toczy.

82 lata temu…

PISTOLET DOKTORA GOEBBELSA

Był 30 stycznia 1943 roku. Młody, sosnowy las był otulony grubą warstwą śniegu. Podpułkownik Friedrich Ahrens w milczeniu patrzył na wilka, kopiącego opodal dziurę w zmarzniętej ziemi. Gdy zwierzę dostrzegło niemieckiego oficera, warknęło i uciekło w las. Kilka metrów dalej pułkownik dostrzegł prosty brzozowy krzyż. Taki, jaki stawiano na żołnierskich mogiłach. Pułkownik Ahrens był dowódcą 537. pułku łączności z niemieckiej Grupy Armii Środek. Jego sztab znajdował się w położonej nad Dnieprem willi. Dawnym ośrodku wypoczynkowym i konferencyjnym NKWD. Gdy pułkownik wrócił z lasu, zameldował przełożonym o znalezisku.

Podobny meldunek 18 lutego 1943 r. złożył sztab pułku żandarmerii, stacjonujący w sąsiednim mieście na podstawie raportu por. Ludwiga Vossa, dowódcy 570. grupy tajnej policji polowej przy GA „Środek”. Niezależnie od meldunków niemieckich oficerów, do niemieckiej żandarmerii zgłosili się znani nam już ślusarz Iwan Kriwoziercew, leśniczy Iwan Andriejew i starzec Parfien Kisielew. Bohaterscy Rosjanie poinformowali Niemców, co skrywa ów ponury las. Raporty i zeznania skierowano do Berlina, a z Oberkommando des Heeres nadszedł rozkaz: sprawdzić teren, gdy mrozy odpuszczą, a z lasu spłynie śnieg.

Lasu-świadka ponurej sowieckiej „oszibki”, pełnego niemo krzyczących, przerdzewiałych orzełków i guzików, który na dziesięciolecia miał stać się synonimem niesłychanej tragedii i niesłychanej podłości, cynizmu i kłamstwa…

* * *

Jeśli podobają Ci się moje wpisy, zachęcam do wspierania mnie przez Patronite lub BuyCoffee pod adresem "wojnawkolorze", a także do komentowania i udostępniania.

* * *

Klęska 6. Armii ''marszałka'' Paulusa w oblężonym Stalingradzie 2 lutego 1943 roku (co opisywałem) była kubłem lodowatej wody wylanym na kierownictwo III Rzeszy. Niemcom w oczy zajrzało widmo klęski. Poza ogłoszeniem tzw. wojny totalnej 18 lutego przez Josepha Goebbelsa w berlińskim Pałacu Sportu, naziści zaczęli szukać dodatkowych argumentów, które mogłyby stać się orężem w walce z Aliantami. Szczególnie sen z powiek nazistom spędzało zagrożenie ze strony Sowietów i strach przed dotarciem Armii Czerwonej do Niemiec.

Wówczas oczy Berlina spoczęły na niepozornym lesie niedaleko nikomu wówczas nieznanej stacji Gniezdowo, 13 kilometrów na zachód od Smoleńska.

Niemcy o grobach zamordowanych w Katyniu polskich oficerów wiedzieli od 1941 roku, ale nie przywiązywali do tego wówczas wagi. O tym, że teren ośrodka wypoczynkowego NKWD stał się miejscem kaźni tysięcy jeńców wiedziano z zeznań sowieckich jeńców (nawet pracowników ośrodka NKWD), a także od polskich robotników z Organizacji ''Todt'', którzy w 1942 r. ustawili brzozowe krzyże na mogiłach, widziane później przez ppłk Ahrensa.

Raporty ppłk Ahrensa i por. Vossa do Berlina przekazał płk Rudolf-Christoph von Gersdorff, oficer rozpoznania GA ''Środek''. Jako miejsce zbrodni wskazał uzdrowisko Katyń, 11 km na zachód od Gniezdowa. W odpowiedzi 29 marca 1943 roku otrzymał rozkaz rozkopania mogił. Na miejscu już znajdowała się komisja, kierowana przez prof. Gerharda Buhtza, z Uniwersytetu Wrocławskiego, a zarazem lekarza sądowego przy GA ''Środek''. Prof. Buhtz badał groby wyrywkowo, ale szybko odkrył, że skala zbrodni jest znacznie większa. Nakazano jednak jak najściślejsze zachowanie tajemnicy.

Innego zdania był aparat partyjny. Hans Meyer, kierownik placówki SD ds. propagandy w Smoleńsku wysłał na początku kwietnia 1943 roku raport do Berlina, w którym zwrócił uwagę, że nagłośnienie sprawy masowych grobów byłoby bardzo korzystne propagandowo.

Nie był to pierwszy raz, kiedy propaganda III Rzeszy miała wykorzystać zbrodnie sowieckie. Już latem 1941 roku Niemcy bardzo mocno nagłaśniali masowe zbrodnie NKWD w tzw. masakrach więziennych i marszach śmierci, które miały miejsce na terenach Kresów Wschodnich. Opisywałem to w cyklu o Barbarossie. Przypomnę tutaj pokrótce, że NKWD i milicja zamordowały wówczas od 50 do ponad 100 tysięcy ludzi, nierzadko po wymyślnych torturach. Jednak wówczas Niemcy sami wstrzymali działania propagandowe z obawy o przestraszenie społeczeństwa.

Tym razem miało być inaczej. O sprawie Katynia szybko dowiedział się sam minister Goebbels. Podbudowany udanym przemówieniem w Pałacu Sportu, zadbał o oprawę propagandową. Przez kilkanaście dni na miejscu trwały ekshumacje, prowadzone przez prof. Buhtza. Miały na celu upewnić się, że ciał jest co najmniej kilka tysięcy, że leżą tam od 1940 roku i że wszystkie należą do Polaków, zamordowanych przez NKWD. Wiele informacji uzyskano od Kriwoziercewa, Kisielewa i Andriejewa. Były to zeznania tym cenniejsze, że Kisielew był jedynym naocznym świadkiem zbrodni i słyszał egzekucje - jego dom był najbliżej miejsc kaźni. Zamieszczono też ogłoszenia w lokalnej prasie, wzywające świadków do podania informacji.

Wiele uwagi poświęcano udziałowi zagranicznych obserwatorów, przede wszystkim Polaków. Do Smoleńska 10 kwietnia wyjechała niewielka grupa przedstawicieli polskiej inteligencji, w tym pisarz Ferdynand Goetel i dyrektor Rady Głównej Opiekuńczej, dr Edward Seyfried. Ci mogli wcześniej zaznajomić się z miejscem zbrodni. Pojawili się także zagraniczni dziennikarze, w tym z krajów neutralnych - Szwecji, Szwajcarii i Portugalii. Zaplanowano także pracowników Międzynarodowego Czerwonego Krzyża jako obserwatorów. Niemcy wiedzieli, że siła uderzenia będzie większa, jeśli zajmie się tym prasa państw trzecich.

Gdy propagandowy pistolet był już gotowy, minister Goebbels pociągnął za spust.

* * *

13 kwietnia 1943 roku o 9:15 Radio Berlin podało komunikat o odnalezieniu dziesięciu tysięcy zamordowanych w Katyniu ciał polskich oficerów.

Tę datę obchodzi się dziś jako Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej.

* * *

Komunikat berlińskiego radio był istotnie wystrzałem, który sprawił, że świat zamarł. Szczególnie zszokowani byli Alianci, bowiem nikt w Londynie i Waszyngtonie nie analizował w ogóle roli Związku Radzieckiego przed 22 czerwca 1941 roku.

Przez kilka dni niemiecka propaganda tryumfowała całkowicie. Prasa niemiecka, krajów neutralnych i okupowanej Europy - w tym polskie ''gadzinówki'' - na pierwszych stronach informowały o sowieckiej zbrodni, opatrując to sugestywnymi zdjęciami ciał i żałobnymi ramkami nekrologów. Oficerów wprost nazywano "męczennikami". Przez kolejne dni Niemcy przez megafony i na stronach tytułowych gazet w Generalnym Gubernatorstwie podawali dane zidentyfikowanych ofiar. Ekshumowano w sumie 4243 ciała i zidentyfikowano 2730 do czerwca 1943 roku.

15 kwietnia 1943 roku Niemcy wystosowali prośbę do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o zbadanie sprawy. Zaproszono też alianckich jeńców wojennych pod przewodnictwem amerykańskiego ppłk Johna Van Vlieta i brytyjskiego ppłk Franka P. Stevensona. Mieli pełną swobodę poruszania się po terenie ekshumacji i zadawania pytań. Sporządzili później raporty, w których jasno zadeklarowali winę sowiecką. Sugerowano nawet zaproszenie gen. Sikorskiego do Katynia. Minister Goebbels napisał 12 kwietnia w swoim dzienniku, że ''Katyń jest moim zwycięstwem''.

Gdy Sowieci wreszcie zebrali się w sobie, wydali 17 kwietnia oświadczenie. Agencja TASS zaprzeczyła wszelkim oskarżeniom i - w bałamutny, prymitywny sposób - przypisała całą winę Niemcom. Przyznano, że owszem, polscy jeńcy znajdowali się w sowieckiej niewoli, ale to Niemcy ich zabili w 1941 roku.

17 kwietnia 1943 roku polski rząd emigracyjny w Londynie gen. Sikorskiego wystosował prośbę do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o zbadanie tej sprawy. Dwa dni po Niemcach, choć obie strony działały niezależnie. Dla niemieckiej propagandy był to niesłychany prezent, cynicznie wykorzystany przez Goebbelsa. Nie interesowali go bynajmniej ani pomordowani polscy oficerowie, ani pobudki polskiego rządu - co sam przyznawał w swoich dziennikach - tylko szansa, jaką dostał. Plan rozbicia tzw. ''koalicji antyhynkelowskiej'' wydawał się bardzo realny.

Propagandowy pistolet Goebbelsa wyrządził więcej szkód Aliantom, niż jakakolwiek ''cudowna broń'' III Rzeszy.

Pamiętajmy o jeszcze jednym. Była to wiosna 1943 roku. Do tego momentu mało kto w Europie zetknął się z horrorem masowych mogił. Widziano, owszem, pojedyncze groby, lub miejsca egzekucji kilkunastu, kilkudziesięciu, najwyżej kilkuset osób. A w Katyniu odnaleziono ponad cztery tysiące ciał (a Niemcy podawali, że było ich dziesięć tysięcy). I to nieprzypadkowych, a wyłącznie oficerów, intelektualistów. Lata jeszcze miną, nim świat ujrzy niemieckie fabryki śmierci w Auschwitz, Dachau, czy Bergen-Belsen. Wtedy tysiące ciał w jednym miejscu zaplanowanej egzekucji szokowały. Uczucia te dobrze oddawał obecny w Katyniu Józef Mackiewicz: ''Jeden, dwa, trzy trupy ludzkie robią już ciężkie i przygniatające wrażenie. Proszę sobie wyobrazić ich tysiące, tysiące, i wszystkie w mundurach oficerów polskich...''

Jednak oczywistym było, że Goebbelsa kompletnie nie interesował ani los polskich ofiar, ani motywacje polskiego rządu emigracyjnego. Arcymistrz kłamstwa cynicznie bowiem wykorzystywał polską tragedię do własnych celów. Jak sam pisał 17 kwietnia: ''Wygląda na to, że polski rząd emigracyjny chce tę sprawę po to wykorzystać, aby zdemaskować Sowietów (...). Jakie motywy powodują przy tym Polakami, jest mi obojętne. Najważniejsze, że są one w danym momencie przydatne do naszych celów i zrobię z nich najlepszy możliwy użytek''.

* * *

Co było później - wszyscy wiemy. 25 kwietnia 1943 roku minister spraw zagranicznych ZSRR, Wiaczesław Mołotow, wręczył polskiemu ambasadorowi w Moskwie, Tadeuszowi Romerowi, notę o zerwaniu stosunków dyplomatycznych. Sowiecka propaganda rozpętała wściekłą nagonkę na polski rząd, przedstawiając go jako współpracowników Hynkela i ukrytych faszystów. Za nimi, niczym barany, którymi w istocie byli, sprawę podchwycili dziennikarze brytyjscy i amerykańscy. Premier Wlk. Brytanii, Winston Churchill i minister SZ, Anthony Eden naciskali na Polaków, by ci przestali mieć czelność pytać o los tysięcy swoich pomordowanych obywateli.

Alianckie elity szybko przyjęły sowiecką wersję. 27 kwietnia 1943 r. brytyjski "Daily Express" podawał: "Powodzenie intrygi Goebbelsa. Kłótnia o historię tzw. masakry". Dwa dni później z kolei "Evening standard" opublikował skandaliczną karykaturę przedstawiającą gen. Sikorskiego, jako ślepca podtrzymującego klin przy rozbijaniu przez Goebbelsa "jedności sojuszniczej".

Minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, Anthony Eden wygłosił w Izbie Gmin 4 maja 1943 r. przemówienie, w którym położył duży nacisk na ''utrzymanie jedności Sojuszników'', o Katyniu w ogóle nie wspominając. William Averell Harriman, ambasador USA w Moskwie, na spotkaniu z gen. Sikorskim 1 maja 1943 roku powiedział mu, ''że niezależnie od tego, czy oskarżenia Niemców okażą się prawdziwe, czy fałszywe, oświadczenie strony polskiej będzie miało katastrofalny skutek w Moskwie''.

Więcej wstrzemięźliwości miał sir Owen O'Malley, brytyjski dyplomata, ambasador przy rządach emigracyjnych. O'Malley sporządził 24 maja 1943 roku raport, w którym wskazał, że zbrodnia w Katyniu jest dziełem sowieckim. Raport trafił do rąk najpierw ministra Edena, potem do premiera Churchilla, aż wreszcie w sierpniu 1943 roku na biurko prezydenta USA, Franklina Roosevelta. Raport, po przeczytaniu przez Roosevelta, został natychmiast utajniony. Tak samo stało się z raportami płk Henry'ego I. Szymanskiego, amerykańskiego oficera łącznikowego przy Armii Polskiej gen. Andersa z 30 kwietnia i 29 maja 1943 r.

Jak wiecie z moich wpisów, Alianci nie tylko przyjęli sowiecką wersję wydarzeń wiosną 1943 roku, ale w styczniu 1944 roku wysłali własną "ekspertkę" do Katynia. Była nią Kathleen Harriman, słodka idiotka bez jakichkolwiek kompetencji, córka amerykańskiego ambasadora w Moskwie, która sporządziła odpowiedni raport, w którym winą za Katyń obarczyła Niemców, bo... ciała były równo ułożone.

Koalicja nie została rozbita. Niedługo później, 22 maja 1943 r., w USA miał premierę skrajnie sowietofilski, hagiograficzny film o Stalinie "Mission to Moscow". Konsultantami kasowej produkcji wytwórni Warner Bros. byli sowieccy dyplomaci. Film ten przedstawiał sowieckie czystki, kolektywizację i pierwsze lata wojny zgodnie z sowiecką propagandą. Po jego premierze już nikt nie śmiał wątpić w wyzwoleńczą rolę Związku Radzieckiego.

Jak skomentował to sir O'Malley: ''Zmuszeni byliśmy ukryć się za dobrym imieniem Anglii, niczym mordercy, którzy ukryli dowody swojej zbrodni pod cienką warstwą igieł''.

Uważa się, że sprawa Katynia miała załamać stosunki polsko-sowieckie, ale nie jest to prawda. Sowieci od miesięcy tylko szukali pretekstu, by zerwać stosunki z polskim rządem, który uznali tylko pod naciskiem Brytyjczyków i który od początku był dla nich kłopotliwy. Od początku roku 1943 przygotowywali ośrodek tzw. Związku Patriotów Polskich Wandy Wasilewskiej, mający stanowić konkurencyjny "rząd" polski, a także szykowali się do tworzenia swojej "armii polskiej", dowodzonej przez Zygmunta Berlinga.

Jednak faktem jest, że Stalin wyciągnął z tej sprawy największą korzyść. Pozbył się niewygodnego dla siebie balastu, jakim był niezależny od niego polski rząd, zrywając z nim stosunki. Wykorzystując niemiecką akcję propagandową jako pretekst, od razu oskarżył Polaków o tajne konszachty z nazistami i tendencje faszystowskie. Używał także później tego argumentu, by oczerniać Armię Krajową, zarzucając jej mordowanie "ludowych" partyzantów. Cała sprawa katyńska była dla Stalina świetnym fundamentem pod zbudowanie konkurencyjnego polskiego ośrodka politycznego, zależnego od Moskwy.

Największymi przegranymi okazali się być sami Polacy - szybko zmarginalizowani na arenie międzynarodowej przez pożytecznych idiotów zachodniego świata.

* * *

Na zakończenie tego tragicznego wpisu chciałbym podkreślić, że sprawa Katynia była tylko jednym z wielu niemieckich "pistoletów propagandowych". Niemal równolegle z badaniem mordu na polskich oficerach - w maju 1943 roku - Niemcy rozpoczęli ekshumacje w Winnicy na Ukrainie. Odkryto tam 91 masowych grobów w trzech miejscach, skąd wydobyto 9432 ciała ofiar sowieckiego Wielkiego Terroru lat 1937-1938. Tak jak w Katyniu, sformowano tutaj międzynarodową komisję lekarską złożoną z 13 wybitnych lekarzy patologów z całej Europy. Pracowała ona od 13 do 15 lipca 1943 roku. Niektórzy z nich, jak dr Alexandru Birkle z Rumunii, czy dr Ferenc Orsos z Węgier, uczestniczyli w badaniach w Katyniu. Chociaż i te odkrycia mocno nagłośniono, to nie zdobyły one szerszego zainteresowania w Europie. Wszak ich ofiarami byli obywatele ZSRR i nikt się o nich nie upomniał. Po wojnie Sowieci nie zdecydowali się oskarżyć Niemców o mord w Winnicy, jak zrobili to z Katyniem.

Warto dodać, że nagłaśnianie sowieckich zbrodni zbiegło się w czasie z otwarciem poboru do niemieckiej armii dla cudzoziemców. Na przednówku 1943 roku Niemcy znowu zaczęli grać kartą "antybolszewickiej krucjaty" i straszenia widmem komunizmu w Europie. Właśnie w tym okresie Niemcy usiłowali - całkowicie bezskutecznie - zjednać sobie zarówno polskich górali w ramach tzw. "Góralskiego Legionu Waffen-SS" (o czym już pisałem), jak i Ukraińców do "Galicyjskiej Dywizji Waffen-SS", Łotyszy do Legionu Łotewskiego (o czym też pisałem) i Estończyków do Batalionu Narva (o czym będę pisał). Wtedy też Adenoid Hynkel dał zielone światło na formowanie 1. Dywizji Kozackiej i innych jednostek wschodnich w ramach Wehrmachtu.

To była cała sieć zagrań i ataków propagandowych, niezwykle pomysłowych i skutecznych. W dobie zagłady 6. Armii w Stalingradzie, III Rzeszy zajrzało w oczy widmo klęski i potrzebne były wszystkie ręce na pokład, by odwlec nieuniknione. Czy się to udało? Ostatecznie nie. Ale warto o tym pamiętać.

Jeśli podobają Ci się moje wpisy, zachęcam do wspierania mnie przez Patronite lub BuyCoffee pod adresem "wojnawkolorze", a także do komentowania i udostępniania.

🇵🇱 Polska może być dumna, silna i bogata!Wspólnie  możemy to osiągnąć potrzebujemy Twojego wsparcia!Dołącz do kampanii  ...
28/04/2025

🇵🇱 Polska może być dumna, silna i bogata!
Wspólnie możemy to osiągnąć potrzebujemy Twojego wsparcia!
Dołącz do kampanii i budujmy lepszą przyszłość!

👉 Wesprzyj nas już dziś!

22/04/2025

TEOLOGIA KGB

Dzisiaj w wieku 88 lat po długiej chorobie zmarł papież Franciszek.

Zbiegiem okoliczności, a może decyzją kogoś ważniejszego, miało to miejsce w drugi dzień Świąt (skądinąd polecam mój wpis okolicznościowy o II WŚ, bo go nie widzieliście).

Chciałbym powiedzieć, że bardzo mi przykro.

Jednak zanim na to odpowiem, spełnię obiecany wpis i cofniemy się w czasie do lat 60. XX wieku, sięgając także do okolic II Wojny Światowej. To historia wprost z dżungli Ameryki Południowej, slumsów Meksyku, której macki sięgają daleko, daleko - do ponurych murów Łubianki, siedziby NKWD i KGB…

W połowie i końcu lat 60. pojawiło się dwóch niezwykle aktywnych duchownych latynoamerykańskich: ksiądz Gustavo Gutierrez i franciszkanin o. Leonardo Boff. Pierwszy pochodził z Peru, drugi z Brazylii. Obaj jednak ukończyli renomowane uczelnie w Europie (ks. Gutierrez w Leuven w Belgii i Lyonie we Francji, o. Boff w Monachium w Niemczech). Wywodzili się z ubogich rodzin i pełnili posługę w dzielnicach biedy w Ameryce Południowej.

Ameryka Południowa w latach 60. i 70. była bardzo biednym kontynentem, w którym ponad połowa ludności była niepiśmienna. Realizowano tam iście dziewiętnastowieczny model kapitalizmu, gdzie obok garstki bogaczy - bogatych fabrykantów i plantatorów - wegetowały miliony biedaków, niemających żadnych szans na awans społeczny. Ludność żyła w slumsach, w głodzie i nędzy. Przemoc była codziennością - od prostytucji i morderstw z głodu, po handel ludźmi i narkotykami. W dodatku krajami ciągle wstrząsały bunty, rebelie, zamachy stanu. Tak z inspiracji amerykańskiego CIA (gdy rządy lokalne zbyt skręcały w lewo), lub z inspiracji sowieckiego KGB (gdy rządy zbyt skręcały w prawo). W dżunglach kryły się bandy socjalistycznej, komunistycznej, anarchistycznej partyzantki, szerząc terror. Operetkowi, brutalni dyktatorzy zmieniali się jak w kalejdoskopie. A jeszcze w ich pobliżu często kręcili się gdzieniegdzie podejrzani dżentelmeni z wytatuowanymi grupami krwi na przedramieniu, mówiący z ciężkim, niemieckim akcentem, usilnie starający się nie zwracać na siebie uwagi…

W takiej scenerii obaj wymienieni duchowni zaczęli głosić iście rewolucyjne hasła przywrócenia sprawiedliwości społecznej na drodze rewolucji.

Tak powstała tzw. teologia wyzwolenia.

Idea była szczytna. Głosiła ona, że Kościół Katolicki musi otworzyć się na biednych i stać się „kościołem ubogich i dla ubogich”. Odwoływała się do wizji Chrystusa jako wyzwoliciela i rewolucjonisty, obalającego zastany porządek. Stąd pojawiła się nazwa - teologia wyzwolenia od biedy, ucisku i niesprawiedliwości. Obaj teolodzy (oraz ich zwolennicy) krytykowali więc nierówności społeczne, a obiektami ich ataków stali się bogaci posiadacze i ten kler - w ich mniemaniu - stający po stronie posiadaczy. Według teorii trzeba „wyzwolić się” od grzechu zbiorowego, czyli struktur prowadzących do niesprawiedliwości, ubóstwa, czy przemocy.

Gdyby teologia wyzwolenia zatrzymała się wyłącznie na tym, nie byłoby w tym chyba nic złego.

Idea trafiła na bardzo podatny grunt, będąc bardzo atrakcyjną dla biednych i niewykształconych mas. Wywodziła się niejako z południowoamerykańskiej chadecji, powstałej po II Wojnie Światowej. Pierwszy latynoamerykański kongres chadecki w Montevideo w 1947 roku krytykował „imperializm, totalitarny neofaszyzm, komunizm i reakcję kapitalistyczną”. Dziesięć lat później kongres w Sao Paulo szedł już mocno w kierunku socjalizmu i zapowiadał już „umocnienie demokracji społecznej, co implikuje sprawiedliwość dla wszystkich i wyzwolenie klasy robotniczej”.

Problemem samej teologii wyzwolenia był fakt, że Ewangelia była mieszana z teoriami Marksa, Engelsa i Lenina i przybierała coraz bardziej skomunizowane formy. Kościół miał w tym pomóc, utrzymując ubóstwo i żyjąc jak pierwsi apostołowie - bez kościelnego przepychu i bogactw. Ksiądz miał dzielić troski całego ludu. Idee „teologii wyzwolenia” głosiły m. in. walkę klas i konieczność „śmierci” starego człowieka i „narodzenie się” nowego, na wzór Chrystusa. Zbiegało się to z postulatami komunistycznymi o „stworzeniu komunistycznego człowieka”. Cechą wspólną teologów wyzwolenia był stosunkowo młody wiek - mieli po 20, najwyżej 30 lat i nie pamiętali świata przed II Wojną Światową.

Wielu duchownych osobiście włączyło się w działalność polityczną, zwalczając nierzadko własnych hierarchów kościelnych. Świetnym przykładem chrześcijańsko-marksistowskich koalicji były ugrupowania w Chile. W 1971 roku powstały tam socjalistyczne ugrupowania: „Chrześcijanie dla Socjalizmu” i „Jedność Ludowa”, wspierające kandydaturę lewicowego kandydata Salvadora Allende (skądinąd agenta sowieckiego).

Takie ugrupowania wyrastały jak grzyby po deszczu w całej Ameryce Południowej: w Argentynie w 1968 roku powstał „Ruch Księży Trzeciego Świata”, w Boliwii w 1970 r. - „Rewolucyjna Partia Chrześcijańsko-Demokratyczna”, a na Haiti - „Partia Społeczno-Chrześcijańska”. Jednym z bardziej znanych duchownych zaangażowanych politycznie jest żyjący do dziś niejaki Carlos Christo, znany jako „brat Betto”, brazylijski dominikanin, znany z zażyłości z komunistycznym dyktatorem Kuby, Fidelem Castro, a obecnie z lewicowym prezydentem Brazylii Lula da Silvą, zaprzyjaźnionym z Putinem. Z kolei brazylijski biskup Helder Camara utrzymywał, że Marks zajął pozycję podobną Arystotelesowi i optował za wykorzystaniem go jak greckiego filozofa w średniowieczu przez św. Tomasza z Akwinu.

Z czasem wielu duchownych podążyło za hasłami o „słusznej przemocy”, dołączając do lewackich partyzantek. Tak powstała idea „Chrystusa z karabinem na ramieniu”, wojującego guerrillero, którego uwiecznił lewicowy argentyński malarz Carlos Alonso. Jednym z takich duchownych był komunistyczny kolumbijski ksiądz Camilo Torres, twórca ideologii zwanej „kamilizmem” i cytatu: „Gdyby Jezus żył dzisiaj, byłby rewolucjonistą”. Torres był fanatycznym komunistą, zakochanym w Stalinie po swojej wizycie w ZSRR. Planował przejąć władzę w ramach „Zjednoczonego Frontu” - koalicji lewicowych ugrupowań. Gdy ugrupowanie to się rozpadło, zdecydował się dołączyć w szeregi komunistycznej partyzantki. Zginął w jej szeregach w lutym 1966 roku.

Najsłynniejszym przykładem było dwóch braci - jezuita Ferdinand i ks. Ernesto Cardenal, członkowie tzw. sandinistów, nikaraguańskiego ugrupowania socjalistycznego, walczącego z prawicowym, skorumpowanym rządem Nikaragui. Czasami powstawały „katolicko-komunistyczne” ugrupowania zbrojne, jak „Haitańskie Rewolucyjne Siły Zbrojne” ks. Jeana Baptiste’a George. Nierzadko też klasztory i kościoły stanowiły szpitale i magazyny broni dla lewackich bojówek, jak w Chile, czy Boliwii.

Jak zwykle w takich przypadkach „inni szatani byli tam czynni”.

W 1978 roku na zachód zbiegł generał Ion Mihai Pacepa, szef Departamentul de Informații Externe - zarządu wywiadu zagranicznego komunistycznej Rumunii. Generał Pacepa złożył rewelacyjne wyjaśnienia. Dowodził on, że za popularnością „teologii wyzwolenia” stało sowieckie KGB, a także służby komunistycznej Bułgarii i Rumunii. Twierdził on, że projekt powstał w 1968 roku, gdy z inspiracji komunistów zwołano konferencję w Medellin, gdzie przedłożono lewicowym duchownym założenia ideologii.

Komunistyczne służby zapewniały wsparcie logistyczne i finansowe dla całego ruchu, pozwalając propagować jego idee. Dla komunistycznych wywiadów niezadowolone i biedne, ale religijne masy były bardzo atrakcyjnym celem, łatwym do manipulowania za pomocą religii. Dla Bloku Wschodniego przekonanie mas latynoamerykańskich do lewicowej, lub wręcz komunistycznej „teologii wyzwolenia” zapewniało wsparcie cywilów dla komunistycznych partyzantek, wprost działających w terenie. Nawet jeśli generał Pacepa ubarwił swoją historię, to udział sowieckiego wywiadu jest bezsprzeczny i potwierdziły go odtajnione w 1992 roku dokumenty archiwum Wasilija Mitrochina. Rozwój teologii przypadł zaś na czasy lewackiej rewolucji roku 1968 - silnie wspieranej przez KGB i GRU - i świetnie wpisywał się w jej nurt. Warto tu dodać, że prace „teologów wyzwolenia” były chętnie i szybko wydawane w PRL, co nie spotykało prac innych duchownych z zachodu.

Nie było to właściwie nic nowego. Podobne pomysły z wykorzystaniem duchownych komuniści usiłowali zaimplementować choćby w Polsce. Najsłynniejszym tego przykładem była działalność tzw. księży patriotów po 1944 roku. Tak w styczniu 1950 roku narodziła się „Komisja Księży” przy Związku Bojowników o Wolność i Demokrację - kapłanów zaangażowanych w poparcie dla władz komunistycznych w Polsce i uniezależnienie od Watykanu. „Księża patrioci” byli bardzo chętnie przeciwstawiani „reakcyjnym”, „nacjonalistycznym” duchownym. Popierali upaństwowienie Caritasu, usuwanie administratorów apostolskich i atakowali Episkopat Polski, w tym Prymasa kardynała Stefana Wyszyńskiego. Uspokoili się dopiero po śmierci Stalina, odwilży gomułkowskiej i groźbie ekskomuniki. Ruch zamarł samoistnie wraz z końcem lat 60.

Warto dodać, że nie był to jedyny projekt komunistów co do Kościoła w Polsce. Innym przykładem było forsowanie i promowanie tworu o nazwie „Kościół Polskokatolicki”, całkowicie kontrolowanego przez władze i wykorzystywanego do komunistycznej propagandy, np. „mszy” organizowanych 22 lipca i 1 maja. Na jego czele postawiono suspendowanego księdza Maksymiliana Rode, agenta SB, osobistego wroga kard. Wyszyńskiego.

Co z tym wspólnego miał zmarły papież?

Jorge Mario Bergoglio - przecież Argentyńczyk - od początku swego pontyfikatu jako Franciszek chętnie okazywał sympatię dla „teologów wyzwolenia” i rehabilitował ich nauki. Warto w tym miejscu podkreślić, że „teologia wyzwolenia” była zaciekle zwalczana przez Kościół Katolicki pod przewodnictwem świętego Jana Pawła II i ówczesnego kardynała Josepha Ratzingera. Było to potrzebne, bo lokalne władze i wojsko nie patyczkowały się z „teologami wyzwolenia” i często ich więziły, torturowały i zabijały. W niektórych krajach nuncjatury apostolskie i biskupi byli określani jako „kolaboranci komunistów”, dochodziło do ataków, a władze zakazywały uroczystości religijnych. Sytuacja robiła się bardzo groźna dla Watykanu.

Polski papież już w 1979 roku podczas pielgrzymki do Meksyku potępił ten ruch, jako sprzeczny z nauczaniem Kościoła. Wyraz swego największego sprzeciwu dał podczas pielgrzymki do Nikaragui w 1983 roku, gdzie osobiście skarcił na lotnisku ks. Ernesto Cardenala - ideologa ruchu. Następnie podczas Mszy w Mangui papież musiał uciszać zrewoltowane tłumy „sandinistów”, machających ostentacyjnie transparentami o równosci chrześcijaństwa i rewolucji. Przez cały swój pontyfikat Jan Paweł II zwalczał „teologię wyzwolenia” jako ruch szkodliwy i w zasadzie antykościelny. Doceniał część jego postulatów, jak troska o ubogich i sprawiedliwość. Jednak w 1984 roku odciął się oficjalnie od założeń „teologii wyzwolenia” w dokumencie Libertatis nuntius. Jego dzieło kontynuował także wierny kardynał Ratzinger jako papież Benedykt XVI.

Po latach krwawych walk dyktatur i partyzantek, a nawet masakr lewicowych duchownych przez armię i szwadrony śmierci (jak w Salwadorze w 1989 roku), „teologia wyzwolenia” zaczynała znikać z kart historii i być zapominana. Pomógł w tym kres dyktatur i koniec Zimnej Wojny w 1991 roku. Zbiegło się to w czasie z rozpadem Związku Radzieckiego, a więc i odcięciem kroplówki sowieckiej pomocy z GRU i KGB.

Jednak wraz z nadejściem pontyfikatu Franciszka w 2013 roku, nastąpił zwrot w postrzeganiu dogasającej, wręcz martwej ideologii. Nowy papież, przyjmując imię biednego misjonarza z Asyżu, chętnie powrócił do idei „biednego Kościoła”, zaskarbiając sobie przychylność wielu antyklerykałów. Chętnie epatował rezygnacją z luksusu i wspierał osobiście ubogich. To może nie było złe - choć papież nie jest proboszczem w biednej wiejskiej parafii, a głową Kościoła i nie to jest jego zadaniem. Szczególnie, że Franciszek - wbrew swojej pozie - konserwatystami raczej dość otwarcie gardził i ich obrażał. Z kolei ciepłymi słowami papieża obdarzali Fidel Castro, czy socjalistyczny dyktator Wenezueli, Nicolas Maduro. Jeśli zaś papieżowi przyklaskują na co dzień antyklerykalne, antykatolickie, lewicowe media, to chyba nie jest to zbyt mocno katolicki papież…

Na samym początku przyjął w Watykanie będącego na cenzurowanym twórcę ideologii - ks. Gustavo Gutierreza. Z kolei Leonardo Boff - choć porzucił już habit - był promowany w wydarzeniach watykańskich. Boff jest zresztą zaciekłym wrogiem kardynała Ratzingera. Uznaje się go za jednego z najważniejszych mentorów Franciszka. Zmarły papież bardzo chętnie wspierał starych i nowych „teologów wyzwolenia”. Choć sam nie był - zdaje się - chrześcijańsko-marksistowski, to wyraźnie czuł sympatię do tego ruchu. Tym samym sprzeniewierzył się prawie czterem dziesiątkom lat wysiłków dwóch poprzednich papieży.

Dodając do tego jego bardzo osobliwy stosunek do wojny na Ukrainie, gdzie miesiącami nie umiał wskazać agresora, sympatię do Rosji, milczenie podczas dewastacji kościołów w Polsce, Kanadzie, czy Francji, a także rażącą nieznajomość historii i polityki Europy - wszystko to sprawia, że nie odczuwam takiego żalu, jaki bym chciał. Niech spoczywa w pokoju, ale to wszystko co mogę powiedzieć. Wierzę, że następny papież będzie już prawdziwym następcą mojego ulubionego świętego - świętego Piotra.

Jeśli cenisz sobie moją pracę, chcesz, żebym pisał często i długo, przybliżał takie karty historii, nawet bolesne, to zapraszam do wspierania mnie poprzez Patronite, albo BuyCoffee pod adresem „wojnawkolorze”. Zachęcam też do śledzenia i czytania innych wpisów.

Adres

Czeladz
41-250

Telefon

+48511460606

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Klub Konfederacji Czeladź umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Ta Organizacja

Wyślij wiadomość do Klub Konfederacji Czeladź:

Udostępnij