27/05/2026
Wracam z roboty — zmęczony jak pies, jakbym co najmniej cały dzień wagony z węglem rozładowywał. Ledwo doczołgałem się do kanapy, rzuciłem cielsko i wyciągnąłem kopyta. Żona, złota kobieta, od razu przyniosła mi szklankę zimnej wody z cytryną. Już miałem łapać upragniony oddech, gdy nagle podchodzi syn i bez słowa podaje mi jakiś świstek.
Patrzę, a to świadectwo szkolne:
Angielski — 3
Biologia — 3
Matematyka — 2
Fizyka — 3
Chemia — 2
Historia — 2
Muzyka — 3
Geografia — 3
Jak zobaczyłem te oceny, to aż mi stanęło przed oczami! Podskoczyłem na tej kanapie, jakbym usiadł na rozgrzanej blasze, i jak nie rzucę basem na całe mieszkanie:
— A to co za kino, przepraszam bardzo?! Ty w ogóle odklejasz czasem wzrok od tego telefonu i komputera?! I ty masz jeszcze czelność pokazywać mi COŚ TAKIEGO?! Wstyd i kompromitacja na całej linii!
Żona patrzy na mnie z jakimś dziwnym, tajemniczym uśmieszkiem i mówi spokojnie:
— Kochanie, wyluzuj trochę, usiądź i posłuchaj najpierw…
— A ty się w ogóle nie wtrącaj! Rozpieściłaś młodego, słowa mu powiedzieć nie można! Zero odpowiedzialności w tej głowie, sam wiatr i przeciąg! W naszej rodzinie nikt nigdy tak podle się nie uczył, zapamiętaj to sobie raz na zawsze!
Syn stoi, mruga nerwowo oczami, po czym mówi ledwo słyszalnym, cichutkim głosem:
— Tato… ty wybacz, oczywiście. Ja po prostu robiłem porządki w tej starej meblościance u babci… To jest twoje świadectwo z siódmej klasy. Pamiątka z 1980 roku.