08/04/2026
Droga, która miała być zwykłą drogą.
Wszystko zaczyna się od informacji, która brzmi dobrze i nie budzi większych wątpliwości. Takiej, którą łatwo przyjąć bez zadawania zbędnych pytań. Pojawia się w lokalnych mediach, w rozmowach między ludźmi, czasem w urzędowym komunikacie.
Budujemy drogę !
Dla mieszkańców to wiadomość długo wyczekiwana. Stara jezdnia jest połatana, niewygodna, miejscami niebezpieczna. Każdy, kto codziennie z niej korzysta, wie, że zmiana jest potrzebna.
W takiej sytuacji naturalną reakcją jest ulga i zadowolenie. W głowie pojawia się prosty, niemal automatyczny wniosek: będzie lepiej. Lepsza nawierzchnia, nowy chodnik, no i władza lokalna coś jednak dla nas robi. Ten sposób myślenia nie jest ani naiwny, ani błędny, jest po prostu ludzki.
Na początku historii z aleją postanowiłem po prostu tam pojechać. Najpierw sam, później z osobami z naszego stowarzyszenia.
Bez ustalonego planu, bez kamer, bez nagłaśniania sprawy. Chciałem zobaczyć tę drogę i porozmawiać z ludźmi, którzy mieszkają przy niej lub w najbliższej okolicy. Zatrzymywałem się, zagadywałem, słuchałem. To były krótkie rozmowy, ale bardzo dużo mówiące. Kiedy człowiek daje sobie czas i przestrzeń, żeby wysłuchać drugiej osoby, bez pośpiechu, bez narzucania własnej narracji, zaczynają się dziać rzeczy proste, a jednocześnie niezwykle ważne. Pojawia się dialog i zrozumienie. Nie pełna zgoda, nie jednomyślność, ale coś znacznie bardziej oczekiwanego: świadomość, że po drugiej stronie są konkretne potrzeby, obawy i doświadczenia.
Z tej kilkugodzinnej przejażdżki i rozmów wyłaniał się bardzo spójny obraz.
Otóż wiele osób reagowało zdziwieniem, kiedy słyszało o skali planowanej wycinki. U niektórych pojawiało się niedowierzanie i pytania, czy naprawdę aż tyle drzew wytną? W tych reakcjach nie było sprzeciwu wobec remontu drogi. Była raczej próba zrozumienia, dlaczego ma się ona odbyć właśnie w taki sposób. Niestety, obok tego zdziwienia bardzo często pojawiało się coś jeszcze.
Rezygnacja.
Wypowiadana bez emocji, jak coś oczywistego: „oni i tak zrobią, co uważają”, „nikt się nas nie pyta”, „zawsze tak było, jest i będzie”. W tych słowach było więcej niż tylko opinia o tej jednej inwestycji. Było zapewne doświadczenie innych sytuacji, w których decyzje zapadały gdzieś indziej, a mieszkańcy dowiadywali się o nich po fakcie.
Były też głosy, które mówiły wprost, że wystarczyłoby naprawić nawierzchnię, że drzewa nie przeszkadzają, że są częścią tego miejsca. Ktoś we wsi, nie chciał drzew przy płocie swojej posesji, bo liście z nich lecą i trzeba je potem grabić…
Ze spotkanych wtedy osób nikt nie słyszał o poważnych wypadkach na tej trasie, inni po prostu nie widzieli związku między obecnością drzew a zagrożeniem - „no wie pan, jak ktoś zapier…. to chyba wie jak może skończyć”.
Te rozmowy nie dawały jednego, prostego wniosku, ale pokazywały coś znacznie ważniejszego. Pokazywały, że mieszkańcy nie dostali pełnej informacji. Bo gdyby dostali, ich reakcje nie byłyby ani tak zdziwione, ani tak pełne rezygnacji w rozmowach ze mną.
Problem zaczyna się więc w momencie, w którym ta pierwsza informacja o „dobrej inwestycji” okazuje się tylko częścią prawdy.
Bardzo często dowiadujemy się najpierw o tym, co zyskamy, a dopiero później (i zazwyczaj nie od razu) o tym, co zostanie utracone. W tym przypadku druga część historii była znacznie mniej wygodna - przebudowa drogi oznaczała wycinkę setek drzew, tworzących historyczną aleję o długości kilkunastu kilometrów. Drzew, które rosły tu od ponad stu, a nawet dwustu lat, obrazu tak oczywistego, że stał się niemal przezroczystym tłem codzienności.
Drodzy, spróbujcie wyobrazić sobie tę drogę bez nich. Patrząc na prawdziwe zdjęcie naszej alei z rowerzystą i na wizualizację tego co mogło się stać (z wycinką po obu stronach). Widać nagle nie tylko brak cienia i zieleni, ale też pustkę, która odbiera temu miejscu sens istnienia.
Genius loci ! - „niepowtarzalny, specyficzny klimat, atmosfera lub charakter danej przestrzeni, unikalne połączenie historii, kultury, krajobrazu i emocji, które sprawia, że dane miejsce jest wyjątkowe i zapada w pamięć.”
Ta droga jest takim miejscem. To krajobraz, historia i dom wielu żywych stworzeń, które z taką łatwością chciano zniszczyć. A jednak dzięki Wam, ludziom, którzy nie uznali alei za przezroczystą, możemy dziś patrzeć na nią w całej okazałości i przypomnieć sobie, jak bardzo zieleń może zmieniać nasze postrzeganie przestrzeni.
Gdy w moich rozmowach fakty o skali wycinki wychodzą na jaw, wśród mieszkańców pojawia się napięcie, którego wcześniej nie było. Z jednej strony pozostaje potrzeba poprawy jakości życia - drogi bez dziur, większego bezpieczeństwa. Z drugiej pojawia się świadomość, że cena tej zmiany może być bardzo wysoka. To klasyczna sytuacja, w której człowiek próbuje pogodzić dwie sprzeczne racje, a ponieważ nie ma pełnej wiedzy o możliwych rozwiązaniach, najczęściej sięga po najprostsze wyjaśnienie.
Tak rodzi się przekonanie, że to drzewa są problemem. I ci, którzy wstrzymują ich wycinkę.
Jeżeli ktoś przez długi czas słyszy tylko jedną wersję wydarzeń, że inwestycja w takiej skali jest potrzebna, że poprawi bezpieczeństwo, że musi spełniać określone normy, bardzo łatwo przyjmuje za oczywiste, że wszystko, co stoi na drodze tej inwestycji, jest przeszkodą. W tym przypadku przeszkodą stały się drzewa tworzące aleję. Nie były już wartościowym krajobrazem, ale elementem, który „utrudnia” realizację projektu.
I tu dochodzimy do miejsca, w którym odpowiedzialność przestaje być rozproszona, a zaczyna mieć bardzo konkretny adres.
Bo to nie mieszkańcy stworzyli tę sytuację. Mieszkańcy zostali w niej postawieni. Zabrakło bowiem na samym początku tego, co w inwestycjach publicznych powinno być fundamentem: pełnej i uczciwej informacji !
Trudno oprzeć się wrażeniu, że zakres planowanej inwestycji - w tym skala wycinki - nie został jasno i wyraźnie zakomunikowany w momencie, gdy decyzje dopiero się kształtowały. Zamiast tego niektórzy mieszkańcy (ilu?) poznali papierowy projekt, gdy ten był już na zaawansowanym etapie, przewidującym wycinkę kilkuset drzew.
Jeszcze poważniejszym problemem był brak rzeczywistej refleksji nad wariantami. Z dokumentów i przebiegu całej sprawy wyłania się obraz działania, w którym wybrano rozwiązanie najprostsze z możliwych: dostosowanie drogi do obowiązujących standardów poprzez usunięcie wszystkiego, co się w tych standardach nie mieści. Drzewa znalazły się w tej kategorii niejako automatycznie.
Tymczasem doświadczenia innych samorządów pokazują, że takie podejście nie jest jedynym możliwym. W różnych częściach Polski podejmowano próby modernizacji dróg w sposób, który uwzględniał istniejące aleje, stosując rozwiązania niestandardowe, wymagające większego zaangażowania w cały proces projektowy. Ograniczenia prędkości, zmiany geometrii drogi, dodatkowe zabezpieczenia w formie odpowiednich znaków czy prowadzenie infrastruktury pieszej poza linią drzew to tylko niektóre z możliwości, które były i są stosowane tam, gdzie uznano, że warto zachować coś więcej niż tylko funkcję komunikacyjną drogi.
W tej konkretnej sytuacji takie podejście nie zostało poważnie rozważone na etapie, na którym było to jeszcze możliwe bez niepotrzebnych zgrzytów.
Zamiast dialogu pojawiły się formalności i procedury, a zamiast wspólnego szukania rozwiązań, narzucone ramy projektowe, które należało zaakceptować.
W efekcie mieszkańcy zostali postawieni przed wyborem, który w rzeczywistości był wyborem pozornym: albo droga, albo drzewa.
Dopiero później, kiedy sprawa stała się publiczna, a do dyskusji włączyły się organizacje społeczne i eksperci, zaczęło wybrzmiewać to, co powinno być powiedziane znacznie wcześniej - że taki wybór nie musi być konieczny.
Decyzja o wpisie alei do rejestru zabytków zatrzymuje proces, który mógł doprowadzić do nieodwracalnych zmian w krajobrazie tego miejsca. Nie rozwiązuje jednak problemu, z którym mieszkańcy mierzyli się od początku: potrzeby poprawy stanu drogi. Dlatego patrzenie na tę decyzję w kategoriach wygranej lub przegranej jest nie tylko uproszczeniem, ale też odwróceniem uwagi od tego, co najważniejsze. Jest to zatrzymanie procesu, który z oczywistych dla nas względów wymagał zatrzymania. Jest to moment, w którym udało się uchronić coś, czego nie dałoby się odtworzyć przez kolejnych 200 lat.
Dziś najważniejsze jest to, aby wrócić do punktu, w którym wszystko powinno się zacząć. Do uczciwej, merytorycznej rozmowy o faktach. Do przedstawienia mieszkańcom pełnego obrazu sytuacji, w którym obok potrzeby modernizacji drogi pojawia się również wiedza o możliwościach jej przeprowadzenia w sposób całkowicie zachowujący zabytkową aleję. Do wspólnego szukania rozwiązań, które nie będą oparte na uproszczeniach, lecz na realnych przykładach i doświadczeniach innych, bardziej doświadczonych w tej dziedzinie samorządów. Nie zamykajmy się na wiedzę i sprawdzone rozwiązania chroniące dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze naszego regionu i całego Pomorza.
List z uzasadnieniem decyzji Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, dotyczący wpisania alei do rejestru, powinien trafić do każdego mieszkańca gmin Kołczygłowy i Trzebielino - być może po jego przeczytaniu uświadomią sobie, z jak wyjątkowym miejscem mają okazję codziennie obcować.