28/07/2025
Mija nieco ponad tydzień od powrotu z naszego wyjazdu do sąsiednich Czech gdzie pojawiliśmy się na 27 edycji
Dla wielu z nas było to pierwsze zawitanie na Curii Vitkov której to zabudowania, skala projektu jak i zaangażowanie tworzących to miejsce ludzi zrobiły na nas ogromne wrażenie.
Piękne krajobrazy (w końcu niecodziennie widzi się góry po wyjściu z namiotu) a także towarzystwo naszych przyjaciół z Bractwo Zamku Grodno i Rota św. Barbary sprawiły że długo zapamiętamy te dni.
Po rozbiciu się w piątek przystąpiliśmy do szykowania się do pierwszego wieczoru. Kto nie słyszał dźwięku cytry w karczmie - niech żałuję, więcej o muzyce przeczytacie w relacji Michała z Gawędy przy cytrze - nie będziemy się powtarzać 🙂
Pierwszy wieczór zakończyliśmy niemal o świcie, toteż sobotni poranek nadszedł powoli, ospale. Słońce też nie pomagało. Czas zleciał nam na dalszej integracji, przygotowaniach do turniejów i samej bitwy – choć ku naszemu zdziwieniu turnieje zaplanowane były na niedzielę.
Sama bitwa była dla wielu z nas doświadczeniem nowym i niezapomnianym. Nauczyła nas że nawet niepozorny pagórek z dziurawym płotem potrafi okazać się wyzwaniem gdy próbujesz się na nie wspinać nie dostając z włóczni łuku czy oszczepu. Zdobywanie i obrona wałów oraz następujące po oblężeniu bitwy dostarczyły nam niemało frajdy.
Po bitwie przyszła pora na przygotowania do uczty – pierwszej takiej od powstania pocztowej kuchni bowiem złożonej z dwóch dań i deseru. Zupa cebulowa, danie główne w postaci kaszy z sosem z pora z polędwiczkami wieprzowymi marynowanymi w ziołach od trzech dni, a na deser jabłka z kruszonką i miodem.
Wieczór zleciał mam na śpiewach i odpoczynku, lecz tym razem zakończyliśmy dzień wcześniej, by godnie stanąć do niedzielnych zmagań.
W turnieju ciężkozbrojnych nasz pan Rycerz Szymon z Kołobrzegu pokazał swój kunszt, zyskując uznanie gospodarzy i po wielu starciach sięgając po zwycięstwo. Tak jak na templariadzie nagrodą było krzesło tak teraz może nie tylko usiąść ale też i napić się czeskiego miodu. Szkoda że nie mieliśmy jeszcze jednego wieczoru by świętować.
Do turnieju lekkiego pierwotnie stanąć mieli Mateusz i Kacper, lecz ten drugi zrezygnował by pełnić rolę giermka dla Szymona w turnieju ciężkozbrojnym.
Mateusz choć nie zwyciężył to walczył dzielnie i z determinacją. Może jeszcze większą odwagą wykazała się jego oblubienica, która nie zemdlała, widząc, co działo się w szrankach.
Jeśli ktoś nie był jeszcze na Dobyvani to wytłumaczymy - u Czechów lekki to taki bohurt z kijami tylko że bez garnków. Zapisując się myśleliśmy że będzie deczko inaczej.
Po turnieju odbyła się jeszcze druga bitwa, a zaraz po niej rozpoczęliśmy zwijanie obozu i przygotowania do drogi powrotnej.
Żegnaliśmy się z Czechami z żalem, ale i z uśmiechem – bogatsi o wspomnienia, z nowymi doświadczeniami i pomysłami do realizacji na przyszły rok.