15/12/2025
Takie MIŁE, nie?
Nie jestem żadnym „starym wyjadaczem” spadochroniarstwa.
Byłem raczej miernym skoczkiem — za komuny zrobiłem dwucyfrową liczbę skoków: całe 10. Oczywiście na koszt państwa.
ST7, Wilga, czasem An-2. Sprzęt ciężki, realia surowe, a lądowania… no cóż: edukacyjne.
Ostatnimi laty bywałem za to po drugiej stronie drzwi — jako pilot turbopropa przy zrzutach. I z tej perspektywy widzę jedno: skoki zmieniły się nie do poznania.
Nowy sprzęt, inne metody szkolenia, tunel, kultura bezpieczeństwa, inna świadomość ryzyka, formacje, odpowiedzialność organizatorów. To jest inny świat niż moje „dziesięć skromnych skoków” z PRL-u.
I odzywa się we mnie ta blogowa nuta:
z przeszłości warto zachować paragraf o rzetelności i pokorze,
a wykreślić paragraf o biurokracji, uznaniowości i traktowaniu ludzi jak petentów.
Resztę można spokojnie zostawić w archiwum.
Bo skoki — jak całe lotnictwo — idą naprzód. I bardzo dobrze.
A jak to w lotnictwie bywa: najbardziej pamięta się swoich instruktorów.
U mnie to był Szef Ryszard Ożarowski i Kazimierz Winnicki.
R.Ożarowski miał tę rzadką cechę, że potrafił człowieka zaciekawić myśleniem: mimochodem rzucał, że do pewnych wniosków można dojść drogą dedukcji i indukcji — i to mnie naprawdę motywowało, żeby później sprawdzić, co to w ogóle znaczy, zamiast tylko „robić swoje”.
A zamiast klasycznego poganiania przy obozowym obiedzie, miał swoje eleganckie powiedzonko:
„Proszę przyspieszyć proces konsumpcji.”
K.Winnicki z kolei, na obozie spadochronowym, tak podniósł moją sprawność fizyczną, że przez chwilę myślałem, iż mógłbym aspirować co najmniej do 6. BPD… gdyby tylko ktoś chciał to wtedy wpisać do papierów 😉.
Do dziś wspominam ich z ogromnym szacunkiem...
Bo niezależnie od epoki, sprzętu i regulacji — to instruktor jest fundamentem bezpieczeństwa i jakości szkolenia.
Nie ma co idealizować PRL, ani demonizować współczesności.
Trzeba brać to, co wartościowe, omijać to, co kiedyś blokowało, i po prostu iść do przodu.
🪂✈️ Do przodu, nie do tyłu.