23/09/2026
Powiem to dzisiaj wprost, bez owijania. Mam wyrzuty sumienia. I wiem, że nie powinnam. Bo codziennie dzwonią do mnie ludzie z kotami. Cztery, pięć telefonów. Czasami więcej.
„Znaleźliśmy chorego kota”.
„Kot został potrącony”.
„Kocięta są w lesie”.
„Co mamy zrobić?”
Przez lata odpowiedź była prosta: dzwońcie do Domu Belli. Tylko że Domu Belli już nie ma w takiej formie jak wcześniej. Fundacja jest w trakcie zamykania, a ja zostałam z ogromnym zmęczeniem, problemami i zobowiązaniami finansowymi, które muszę jeszcze uregulować.
I nie mogę już brać kolejnych kotów.
Nie dlatego, że przestałam je kochać.
Tylko dlatego, że nie mam za co ich utrzymać. Bo każdy kolejny kot to nie tylko „weźmy go”.
To karma.
Żwirek.
Weterynarz.
Leki.
Prąd.
Sprzątanie.
Transport.
Czas.
Codzienna opieka.
I przy kilkunastu kotach robi się z tego naprawdę ogromny koszt.
A dzisiaj znowu telefon.
Panie znalazły w lesie chorego kota. Nie w Białej Podlaskiej, tylko na terenie gminy Biała Podlaska. W Husince. Nie przeszły obok. Zabrały kota, zajęły się nim, pojechały do weterynarza. Zrobiły dokładnie to, co powinien zrobić przyzwoity człowiek.
I co teraz? Co mają zrobić z tym kotem? Bo ja nie mogę powiedzieć: „przywieźcie go do mnie”.
Nie mogę, bo nie mam pieniędzy na kolejnego kota. I tutaj dochodzimy do sedna.
W naszym mieście i okolicach brakuje realnego, systemowego rozwiązania problemu bezdomnych kotów. Nie wystarczy powiedzieć ludziom: „nie bierzcie zwierząt z ulicy”. Bo oni je biorą.Bo widzą chorego kota. Bo widzą kocięta. Bo widzą zwierzę, które umiera. I wtedy człowiek reaguje. A później zostaje sam z problemem.
Moi znajomi – „kociarze” – nadal próbują coś robić. Ludzie prywatnie dokładają swoje pieniądze, karmią, leczą, sterylizują, szukają domów.
Tylko ile można? Nie możemy cały czas łatać dziury własnymi pieniędzmi, czasem, mieszkaniami i własnym zdrowiem.
Co ma zrobić mieszkaniec Białej Podlaskiej albo gminy Biała Podlaska, który znajduje chorego, bezdomnego kota i chce mu pomóc?
Gdzie ma zadzwonić?
Kto ma zabezpieczyć zwierzę?
Kto ma sfinansować leczenie?
Kto ma zapewnić miejsce, kiedy osoba, która znalazła kota, nie może go zatrzymać?
Bo ja naprawdę nie chcę już odbierać telefonu i mówić:
„Przepraszam, nie mogę”.
Nie potrzebuję teraz pocieszenia.
Potrzebuję konkretnej odpowiedzi: co mamy robić z kotem znalezionym na ulicy, kiedy osoba, która go znalazła, nie jest w stanie go utrzymać?
Bo problem nie pojawił się tylko dlatego, że Dom Belli przestał działać.
Koty nadal są.
Ludzie nadal je znajdują.
I ktoś musi w końcu powiedzieć, co dalej. Tylko kto? Macie jakieś pomysły co z tym fantem zrobić?
P. S. Na zdjęciu Borowik znaleziony dzisiaj w Husince, który szuka schronienia.