17/05/2026
Zapewne wszyscy łodzianie wiedzą co mieściło się w budynku u zbiegu dzisiejszych ulic Legionów i Gdańskiej. W budynku obecnego Muzeum było carskie więzienie, w którym więziono przeciwników caratu jak również zwykłych kryminalistów. Jak było za czasów słynnego naczelnika Modzelewskiego, możemy przeczytać we wspomnieniach Eugeniusza Ajnenkiela:
Do legendarnych postaci łódzkich o bardzo złej pamięci należy b. naczelnik więzienia łódzkiego, Modzelewski, człowiek potwornie otyły o nie mniej potwornych skłonnościach sadystycznych), przez więźniów „Grubym“ zwany. U władz cieszył się on dobrą opinią, wśród sfer robotniczych nazywano go „gołębiarzem“, co przed wojną równoznaczne było z łobuzem. Ojcem złodziejów nazywa Modzelewskiego jeden z robociarzy, mówiąc o nim: „człowiek młody, w drugim roku służby policyjnej dosłużył się stopnia naczelnika więzienia, jeszcze przed rewolucją“. Nawiasem mówiąc był on Polakiem z pochodzenia. Dobrą opinię u władzy uzyskał dzięki tropieniu złodziejów. A tropił ich w ten sposób, że pił i jadł ze złodziejami (za ich naturalnie pieniądze), zdobywał różne od nich informacje, a gdy złodziej w odpowiednim czasie mu się nie okupił, to go aresztował. Okradał przy tym złodziejów do tego stopnia, że co kilka miesięcy puszczał do rozegrania, w czapkową loterię, całe kolekcje zrabowanych złodziejom zegarków, łańcuszków, broszek, pierścionków itp. Namiętnością Modzelewskiego były karty i gołębie. Hodowlę ich uprawiał z zamiłowaniem. Otyłość jego utrudniała mu ruch konieczny przy tym „sporcie“ wobec tego do t. zw. „ganiania“ gołębi używał więźniów, skazanych na krótki areszt, chłopców zwerbowanych za parę groszy do tej czynności albo gołębiarzy, będących z mim w stosunkach wymiennych co do ciekawszych okazów.
Dla rozrywki, kiedy nie gonił gołębi lub nie grał w karty, posyłał wydziałowego dozorcę więziennego po celach z wezwaniem chorych do doktora. Ci więźniowie, którzy wiedzieli jaki doktór i jakie lekarstwo czeka na nich, na wezwanie nie szli, lecz byli nowicjusze, którzy, nie znając praktyk pana naczelnika, poszli, czując się chorymi. „Leczenie“ odbywało się w następujący sposób: wprowadzano chorego do kancelarii, gdzie zamiast lekarza był obecny naczelnik Modzelewski, trzymający w ręku drążek grubości kija (zwany przez niego „mauzerem“, była to ironia pod adresem partyjników). Wchodzącego więźnia witał silnym biciem, mówiąc: „wypędzam ci chorobę". Wracali do cel okaleczeni, zbici, zmordowani. Szczególnie straszny bywał po przegranej w karty lub z powodu nieudanych wycieczek miłosnych, co choć rzadko, ale też się zdarzało Z nahajem w ręku, w otoczeniu straży więziennej łub kozaków, lustrował wówczas cele, w których siedzieli więźniowie polityczni, szczególnie przez niego znienawidzeni. Wybierał ich kolejno do kancelarii, przymusem rozbierał do naga i swoją nahają - zakończoną główką ołowianą - katował. Tak pobił towarzyszy: Pawła Fabisza, Józefa Oświecińskiego, Juliana Maszkiewicza i Goldberga. Był on do tego stopnia sadystą, iż nawet kobiet nie oszczędzał. Wymyślał też inną formę zabawy dla siebie: polecał wzywać poszczególnego więźnia rzekomo na sąd, a gdy sprowadzono go do kancelarii to albo sam bił, albo z jego rozkazu bili dozorcy. Taką „zabawę“ upamiętnili więźniowie piosenką. Powstała ona w ten sposób, iż więźniowie w jednej z cel, do znanej piosenki więziennej, dorabiali wiersze związane z łódzkim więzieniem i tak złożyła się całość:
Więzienne mury z kamienia.
Ileż młodzieży tam jęczy —
Czekają sądu jak zbawienia.
Duszę tęsknota dręczy.
A naczelnika więzienia
Twórcy wymyślnej katuszy,
Jęk ofiar tego dręczenia
Twardego serca nie wzruszy
Ze śmiechem opróżnia butelki —
Gdy więzienie ofiary pożera.
„Gruby“ — naczelnik łotr to wielki
Kiedyż go, kiedy, weźmie cholera?
Dozorcy kluczami brzęczą,
Na sąd wołając bojowców
„Gruby“ z twarzą zwierzęcą
Krzyczy: „e... dać mu bykowców!
Czekaj draniu, Łobuzie!
Poznasz ty jeszcze mnie - beka!
-Kiedy wolność ja ujrzę
Z „bronkiem" na ciebie zaczekam.
Bek – bojowiec
Bronek- brauning