10/04/2026
Najdrożsi Czytelnicy,
z najwyższym rozbawieniem, ale i niejakim westchnieniem, przychodzi mi odnotować kolejną odsłonę lokalnej opery mydlanej, w której główną rolę, jak zwykle, gra „afera”, a scenografią jest rzeczywistość starannie przebrana w kostium emocji.
Tym razem na afisz trafia opowieść o „świetlicy Pod Kasztanami za 6 milionów zamkniętej dla mieszkańców”. Brzmi to, przyznaję, jak tytuł dramatycznego romansu: „Zakazany klucz i zaginiona wspólnota” - niczym historia rozgrywająca się w cieniu starych kasztanów, gdzie każdy spadający owoc rzekomo skrywa sekret, a szelest liści urasta do rangi sensacji.
Problem jednak w tym, że pod tymi kasztanami jest znacznie więcej zwyczajnego życia niż tajemnic, a cała legenda przypomina raczej opowieść wymyśloną podczas zbyt długiego przesiadywania na ławce niż rzeczywistość. W tej sztuce rekwizyt „zamknięcia” jest bowiem mniej więcej tak realny, jak jednorożec na sesji rady gminy.
Gdyby mierzyć jakość informacji poziomem emocji, mielibyśmy do czynienia z arcydziełem. Niestety, gdy przyłożyć do niej miarę faktów, pozostaje jedynie teatralna dekoracja z papier-mâché - efektowna z daleka, lecz rozpadająca się przy pierwszym dotknięciu.
A jeśli tak właśnie wygląda „informowanie mieszkańców” przez inicjatorów referendum, pozwolą Państwo, że nazwę rzecz po imieniu: nie jest to troska, lecz manipulacja i to w wersji tak świadomej, jak starannie wyreżyserowany bal maskowy, na którym każdy gest jest przemyślany, każdy szept ma swoje zadanie, a prawda, jak zwykle, stoi gdzieś pod ścianą, bez zaproszenia.
✦ Akt I: Duch pustostanu, który nigdy nie dostał zaproszenia
Zaczyna się bowiem od twierdzenia, że świetlica w Kalonce jest „zamknięta”.
Ach, jakaż to piękna wizja! Budynek niczym gotycki dwór owiany mgłą podejrzeń, cisza jak w bibliotece po godzinach, klamki skrzypiące z rozpaczy… tylko że rzeczywistość, jak to ona ma w zwyczaju, wchodzi bez pukania i psuje cały nastrój.
Bo „zamknięty pustostan” okazuje się miejscem, w którym życie ma się całkiem dobrze, tylko nie przeczytało jeszcze plotkarskiej wersji wydarzeń. Nie jest więc ruiną, nie jest pustą sceną po spektaklu, nie jest nawet metaforycznym statkiem widmem.
A w części pod zarządem Urzędu Gminy wygląda to, o zgrozo dla miłośników dramatów, tak:
– filia poradni psychologiczno-pedagogicznej z Koluszek działa w jednym pomieszczeniu, zajmując się sprawami całkiem realnymi, jak emocje, rozwój i dzieci, które zdecydowanie nie grają statystów w tej opowieści,
– drugie pomieszczenie przeznaczone jest dla lokalnej społeczności, czyli tej samej, która rzekomo „nie ma dostępu”, choć dostęp istnieje, tylko wymaga czegoś tak szokującego jak… podpisanie umowy i przyjęcie odpowiedzialności.
Tak, drodzy Czytelnicy. Umowy. Papieru. Tego niepozornego przedmiotu, który w świecie administracji działa jak klucz, ale nie magiczny, tylko prawny.
✦ Akt II: Zasady, czyli największy wróg wygodnych narracji
Budynek powstał przy współudziale środków rządowych, które niczym surowy, lecz nienagannie uprzejmy mistrz etykiety nie pozwalają na dowolność rodem z niepilnowanego pikniku, weseliska bez gospodarza, balu, na który każdy wchodzi tylnymi drzwiami, ani POPRAWIN, GDZIE RACHUNEK MAGICZNIE „SAM SIĘ ROZLICZA”.
Bo choć niektórzy zdają się marzyć o rzeczywistości, w której można wejść, rozsiąść się, przestawić stoły, potańczyć na parkiecie i wyjść, zostawiając po sobie jedynie echo własnych oczekiwań - rzeczywistość, jak to ma w zwyczaju, jest znacznie mniej romantyczna, a bardziej… odpowiedzialna.
Tu nie ma miejsca na improwizację rodem z wiejskiej biesiady, gdzie każdy jest jednocześnie gościem, organizatorem i krytykiem kuchni. To raczej przyjęcie z listą gości, zasadami i gospodarzem, który - ku rozczarowaniu niektórych - istnieje naprawdę i pilnuje, by po wszystkim nie zostały tylko przewrócone krzesła i urażone ambicje.
Są zasady. Konkretne, zapisane, egzekwowalne.
Takie, które nie znikają tylko dlatego, że komuś są niewygodne – niczym regulamin, którego nie da się zagłuszyć głośniejszą muzyką.
Nie „widzimisię”.
Nie „układy”.
Nie „bo ktoś tak chce”.
Przepisy – uparte jak rachunek po weselu i równie niechętne negocjacjom po fakcie.
Wiem, brzmi to znacznie mniej ekscytująco niż teoria spisku snuta przy stole po trzeciej kawie. Niestety, rzeczywistość rzadko bywa widowiskowa - za to bardzo konsekwentnie nie spełnia oczekiwań tych, którzy chcieliby uczynić z niej scenę do własnego spektaklu bez znajomości scenariusza.
Budynek powstał przy współudziale środków rządowych, które - niczym surowy, lecz sprawiedliwy mistrz etykiety - nie pozwalają na dowolność rodem z niepilnowanego pikniku.
Są zasady. Konkretne, zapisane, egzekwowalne.
Nie „widzimisię”. Nie „układy”. Nie „bo ktoś tak chce”.
Przepisy.
Wiem, brzmi to mniej ekscytująco niż spisek, ale niestety, rzeczywistość rzadko bywa widowiskowa.
✦ Akt III: Klucz, który nie chce być magiczny
W jednej części budynku dzieje się rzecz prosta, lecz fatalnie psująca narrację o spisku.
Jest pomieszczenie dla mieszkańców obydwu sołectw Kalonki i Kopanki.
Ale i tu fabuła robi dramatyczny zwrot akcji godny telenoweli, żeby z niego korzystać, trzeba… podpisać umowę.
Tak, wiem. Szok. Tragedia. Dramat porównywalny z tym, że herbata stygnie, jeśli się jej nie wypije.
I oto pojawia się podział ról:
👉 Przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich mówi: „Biorę odpowiedzialność, podpisuję, działam” i zostaje czarodziejką, która otwiera drzwi - staje się, mówiąc językiem tej historii, gospodynią balu, która nie tylko zaprasza gości, ale i pilnuje, by nikt nie tańczył na stole.
👉 Sołtys Kopanki wespół zespół z małżonką mówią: „Chcę klucz, ale bez tej całej papierologii i odpowiedzialności” i… cóż… próbuje wejść do gry bez akceptacji zasad gry. I tu, drodzy Czytelnicy, nawet najbardziej pobłażliwa Dama ze Wzniesień musi delikatnie odchrząknąć.
Bo to trochę jak chcieć prowadzić powóz, ale bez trzymania lejców. Albo jak chcieć być kapitanem statku, ale tylko w dni bez fal.
✦ Akt IV: Wielka teoria „układów”, czyli magia, która wyjaśnia wszystko (i nic)
Oczywiście, jak w każdej dobrej prowincjonalnej epopei, musi pojawić się też czarny charakter: „układ”.
Ach, ten mityczny stwór! Pojawia się zawsze wtedy, gdy rzeczywistość jest zbyt nudna, by ją zaakceptować.
„Układy!”, wołają niektórzy, jakby właśnie odkryli tajny spisek masonerii, iluminatów i sąsiada z działki obok.
Ach, jakże wygodne słowo! Wyjaśnia wszystko, nie wyjaśniając niczego.
Bo przecież znacznie łatwiej jest zasugerować powiązania, niż przyznać, że problem sprowadza się do… braku podpisu.
To, kim ktoś jest prywatnie - córką, synem, kuzynem czy kimkolwiek innym - ma tu znaczenie dokładnie takie, jak kolor zasłon w pustym pokoju.
Liczy się jedno:
czy podpisał umowę i wziął odpowiedzialność.
Podpisała. Wzięła.
Reszta to dekoracja.
✦ Akt V: Druga część budynku, czyli życie, które psuje dobrą historię
A teraz część, która najbardziej bezczelnie psuje tę misternie utkaną narrację o „zamknięciu”, czyli życie. Tak, zwyczajne, uparte, hałaśliwe życie, które jak na złość autorom dramatycznych wersji wydarzeń nie ma najmniejszego zamiaru zachowywać się jak statysta w tragedii.
Bo gdyby budynek był martwy, byłby cichy. Stałby jak zapomniana dekoracja po spektaklu, zbierając kurz i plotki. Tymczasem zachowuje się jak organizm społeczny kompletnie niedoinformowany o własnym „zamknięciu”- pulsuje, oddycha, działa… i najwyraźniej ignoruje scenariusz, który ktoś próbował mu napisać.
Mamy tam bowiem:
– rytmikę dla dzieci, które ku zdumieniu niektórych nie stoją pod drzwiami z walizkami, tylko tańczą, jakby świat był normalny,
– chóry Dysonans i Voxellence, które najwyraźniej nie otrzymały oficjalnego pisma o swoim „wykluczeniu” i śpiewają z uporem godnym lepszej sprawy,
– kino retro, które z wdziękiem udaje, że czas się zatrzymał, choć jedynie narracja próbuje cofnąć rzeczywistość,
– gimnastykę „zdrowy kręgosłup”, która jak na ironię przypomina, że nie tylko ciało, ale i opinie publiczne powinny czasem mieć kręgosłup,
– zajęcia taneczne od hip-hopu po fit dance, gdzie chaos jest przynajmniej zsynchronizowany z muzyką, w przeciwieństwie do niektórych opowieści,
– malarstwo i rysunek, gdzie farby mają więcej swobody niż interpretacje faktów, a kolory nie udają, że są czymś innym, niż są,
– kółko teatralne, które przy odrobinie złej woli mogłoby wystawić spektakl pt. „Jak zrobić aferę z otwartych drzwi”,
– kursy komputerowe, gdzie „kliknij” rzeczywiście coś otwiera, w przeciwieństwie do niektórych narracji, które otwierają jedynie kolejne poziomy absurdu,
– zbiórki harcerskie, czyli chaos tak zdyscyplinowany, że aż zawstydzający dla tych, którzy próbują uporządkować rzeczywistość przy pomocy emocjonalnych haseł,
– zajęcia plastyczne i brydża, gdzie jedni tworzą, a inni prowadzą ciche, eleganckie wojny na logikę, znacznie bardziej uczciwe niż niektóre publiczne dyskusje.
A wszystko to razem tworzy obraz miejsca tak „zamkniętego”, jak otwarte drzwi w środku lata. Niby ktoś mówi, że nie można wejść, ale jakoś ludzie wchodzą, wychodzą, działają i żyją, nie pytając o zgodę narracji.
Jeśli więc to jest „zamknięcie”, to mamy do czynienia z najdziwniejszym przypadkiem w historii - zamknięciem, które tętni życiem, organizuje zajęcia, przyciąga ludzi i… uparcie nie chce być zamknięciem.
W takim razie, pozwolą Państwo, że wyrażę bardzo osobiste życzenie: poproszę więcej takich „zamknięć”. Najlepiej hurtowo. W całej gminie. A może i w całym kraju! Byłoby to zjawisko tyleż niezwykłe, co niezwykle pożyteczne.
✦ Akt VI: O eleganckim spisku rzeczywistości, w którym pochylnia, schodołaz i łazienka odmówiły współpracy
Pojawia się również klasyczny, wręcz obowiązkowy w takich opowieściach wątek: „brak dostępności dla osób z niepełnosprawnościami”.
To zarzut z tej kategorii, który niczym dobrze znany refren wraca zawsze wtedy, gdy brakuje już bardziej uchwytnych argumentów. Trochę jak twierdzenie, że w pałacu nie ma drzwi, stojąc w nich z dłonią opartą o klamkę i zastanawiając się, czy przypadkiem nie są one iluzją.
A jednak rzeczywistość, jak to ma w zwyczaju, nie przejmuje się zbyt mocno narracyjną kreatywnością.
Bo drzwi są. I to nie tylko symboliczne.
Jest pochylnia - prosta, konkretna, cierpliwie spełniająca swoją funkcję, jak dobrze wychowany lokaj, który nikomu nie robi scen, tylko po prostu działa.
Jest schodołaz – urządzenie tak mało „sensacyjne”, że aż psuje dramatyzm opowieści, bo zamiast problemu oferuje rozwiązanie.
Są także łazienki przystosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnościami – czyli ten rodzaj detalu, który w niewygodny sposób przypomina, że ktoś jednak pomyślał o rzeczywistości, zanim powstała narracja o jej braku.
Krótko mówiąc: budynek w tej kwestii zachowuje się bardziej uprzejmie, dostępnie i logicznie niż niejeden rozmówca na sesji rady gminy, który z uporem godnym lepszej sprawy ignoruje fakty, ale za to z wielką swadą interpretuje cudze intencje.
Ale oczywiście - i tu tkwi cały urok tej opowieści - jeśli ktoś bardzo chce zobaczyć problem, to nawet najbardziej oczywiste rozwiązanie zaczyna wyglądać podejrzanie. Pochylnia staje się „pozorna”, schodołaz „niewystarczający”, a łazienka „okolicznościowa”. W takim świecie nie liczy się już to, co jest, tylko to, co można by było uznać, gdyby bardzo się chciało nie uznać niczego.
✦ Finał: wielkie odkrycie, które okazuje się… zwykłe
Zatem, drodzy Czytelnicy, oto morał tej lokalnej opery, tej misternie budowanej opowieści, w której emocje grają pierwsze skrzypce, a fakty cierpliwie czekają w garderobie, nienawykłe do tak długiego braku zaproszenia.
❌ Nie ma zamkniętej świetlicy
❌ Nie ma pustostanu
❌ Nie ma tajemniczego zamku z zakazem wstępu
✔ Jest budynek, który działa -nie w legendzie, lecz w rzeczywistości, która, jak się okazuje, ma zaskakujący zwyczaj funkcjonowania niezależnie od narracji
✔ Jest system zasad -być może nieefektowny, może mało „viralowy”, ale za to uporządkowany, legalny i uparcie konsekwentny, jak dobrze wychowany lokaj, który nie daje się wciągnąć w dramat
✔ Jest dostęp - dla tych, którzy akceptują prosty, lecz najwyraźniej rewolucyjny w swojej oczywistości warunek: odpowiedzialność.
I jest też coś jeszcze - znacznie bardziej interesujące niż sama historia.
Próba zamiany bardzo prostego faktu, że ktoś chciał korzystać z publicznej przestrzeni bez podpisania umowy, w pełnowymiarowy spektakl polityczny, z chórem oburzenia, orkiestrą półprawd i dekoracjami zbudowanymi z emocjonalnych skrótów myślowych.
To rodzaj teatru, w którym scenariusz pisze się najpierw, a dopiero potem szuka rzeczywistości, która mogłaby go udźwignąć. Niestety, rzeczywistość ma dość nieuprzejmy zwyczaj odmawiania ról, które do niej nie pasują.
Można krytykować. Oczywiście.
Można pytać. Jak najbardziej - to wręcz obowiązek każdego zdrowego życia publicznego.
Ale jeśli krytyka opiera się na niedopowiedzeniach, selektywnie dobranych fragmentach i emocjonalnych hasłach, które bardziej przypominają sztandary niż argumenty, to przestaje być troską o mieszkańców.
Staje się czymś innym.
Pozwólcie, że nazwę to bez zbędnych ornamentów - z tą odrobiną szczerości, którą w salonach zwykle się tylko sugeruje:
To wprowadzanie ludzi w błąd.
I to nie przypadkowe, nie nieświadome, lecz podane w wersji tak starannie skomponowanej, jakby każda nuta tej opowieści miała wybrzmieć dokładnie tam, gdzie trzeba, niezależnie od tego, czy ma cokolwiek wspólnego z prawdą.
A takie rzeczy, moi drodzy, należy nazywać po imieniu.
Bez kaszlu. Bez mrugnięcia okiem. I bez udawania, że to tylko „inna perspektywa”.
Z nieustającą ciekawością i lekkim uniesieniem brwi,
Dama ze Wzniesień