21/10/2025
🌍 Kronika podróży Motobalkans 25�🛵
Dzień 3 jazdy – 11 czerwca�
📍 Trasa: Sarajewo → Šćepan Polje (Czarnogóra) – część trzecia, finalna.
😎
Już czas było opuścić piękny Mostar. Z inicjatywy Pawła mieliśmy jeszcze jeden punkt do zaliczenia – z Mostaru to było naprawdę blisko: parę razy w górkę, parę razy z górki i już byliśmy na miejscu… Sanktuarium w Medziugorie.
Miejsce niepotwierdzonych, ale też niezanegowanych objawień Matki Boskiej na górze Križevac. Watykan nie uznał tej bośniackiej wioski za miejsce objawień – i choć papież odwiedził Bośnię i Hercegowinę oraz Chorwację, w Medziugorie nie był.
Mimo wszystko miejsce to emanowało nieziemskim spokojem. Zaparkowaliśmy na pobliskim parkingu, ludzi było raczej niewielu. Przed kościołem stała estrada, przy której nieliczni wierni odmawiali różaniec. Posiedzieliśmy chwilę w ciszy, potem udaliśmy się do kościoła. Po drodze minęliśmy budynek z wieloma drzwiami – to były konfesjonały, gdzie każdy mógł się wyspowiadać. Nad drzwiami tabliczki z językami, w których odbywa się spowiedź – niestety, nie znalazłem tam polskiego ani litewskiego.
Weszliśmy do kościoła, gdzie trwała msza święta, pobyliśmy chwilę w ciszy, w modlitwie – każdy w swojej intencji. Jedna z moich to oczywiście ta o bezpieczną podróż. Myślę, że każdy z nas miał podobną. Po chwili wyszliśmy z kościoła i rozejrzeliśmy się po okolicy. Z drugiej strony świątyni, wzdłuż bocznej ściany, siedziało na krzesełkach kilkunastu księży, spowiadających wiernych – do każdego stała niemała kolejka.
Zostaliśmy jeszcze chwilę w ciszy, po czym ruszyliśmy dalej. Do Zorana był jeszcze niemały kawałek drogi, a zbliżał się już wieczór. Myślę, że wizyta w Medziugorie zbalansowała nas duchowo – po całym dniu aktywnej jazdy i emocjach związanych z heroicznymi czynami Artura to była prawdziwa ulga.
Mimo że autentyczność medziugorskich objawień nie została potwierdzona, czuło się, że miejsce to – dzięki licznym pielgrzymkom i modlitwom – jest bardzo pozytywnie naładowane.
A najlepsze podsumowanie wizyty należało do Alberta. Kiedy już wyruszyliśmy, każdy jechał jeszcze pogrążony w swoich myślach, aż nagle na interkomie zabrzmiało jego genialne zdanie:
„No nie dziwię się, mało co tam jeszcze można zobaczyć przy takich temperaturach jakie tu panują!”
Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem! Ten mały żarcik doskonale rozładował zadumaną atmosferę – znów byliśmy sobą, grupą chłopaków, którzy nawet najpoważniejsze tematy potrafią zamienić w głupie żarty.
Dalej droga była bardzo malownicza. Mijaliśmy spokojne wioseczki, ruch był niewielki, a zmieniający się krajobraz odsłaniał coraz to nowe górskie grzbiety. Klimat – sielski i spokojny. Ludzi prawie nie było widać, tylko od czasu do czasu pojawiały się na wpół zburzone zabudowania ze śladami po ostrzałach, przypominające burzliwą historię tego miejsca.
To, co szokowało, to coraz częściej pojawiające się trójkolorowe flagi – niby serbskie, ale do złudzenia przypominały rosyjskie. Coraz częściej też widzieliśmy litery Z narysowane sprejem na odwrocie znaków drogowych. Szczerze mówiąc, ten widok wzbudzał niepokój i niezrozumienie – jak to możliwe? Gdy w naszych krajach wszystko jest jednoznacznie w barwach ukraińskich, tutaj… nie było ich wcale.
Minęliśmy też ciekawy odcinek w rejonie budowy, gdzie trzeba było lawirować między ciężarówkami i sprzętem budowlanym, jadąc po tylko pozornie oznaczonej drodze – każdy kierowca wybierał własną ścieżkę. To mocno różniło się od naszych standardów, gdzie przejazdy są zawsze jasno wyznaczone i zabezpieczone.
Po chwili zatrzymaliśmy się na jeden z ostatnich postojów tego dnia – na przydrożnym placyku z przepięknym widokiem na bezkresną dolinę rozlaną między górami. Wyglądała majestatycznie, jakby miliardy ton powietrza zostały wrzucone w otoczone górami przestrzenie. Idealne miejsce, by nagrać zachód słońca z lotu ptaka!
Podczas postoju towarzyszył nam bezpański pies, który od razu stał się naszym kumplem. Razem z pieskim posililiśmy się resztkami jedzenia które mieliśmy – jak to się mówi: „czym chata bogata” – i ruszyliśmy dalej. Jeszcze z 3 godziny jazdy, mrok zapada, będzie trudna jazda.
Ale jazda po zmroku nie była trudna – była MEGA trudna!�Szczególnie dla mnie, bo miałem przyciemniany wizjer w kasku, a zapomniałem z domu zabrać przezroczystego. Do tego lampa w moim motocyklu nie była zbyt mocna – zwykła halogenowa, a nie jakiś tam wypasiony LED. Trudno, trzeba było jechać – w końcu u Zorana czekała na nas kolacja, a Artur zapowiadał, że obsługa nie pójdzie spać, dopóki nie dotrzemy.
W miarę zapadania nocy nawierzchnia drogi coraz bardziej się pogarszała. Najpierw jechaliśmy całkiem przyzwoitą drogą międzymiastową, ale w miasteczku Gacko, gdzie zatankowaliśmy i uzupełniliśmy zapasy, skręciliśmy w góry – i tu zaczęło się prawdziwe wyzwanie. Droga wąska, kręta, nawierzchnia słaba… Typowa górska trasa.
Próbowaliśmy różnych technik – ktoś jechał pierwszy, ktoś za kimś, ja jechałem ostatni, bo łatwiej było czytać drogę po światłach kolegów. Cały czas na długich, a i tak widziałem tylko to, co tuż przed nosem. Każdy, kto jeździ motocyklem, wie, jak ważne jest widzieć, co się dzieje kilkadziesiąt metrów dalej.
Próbowałem otwierać wizjer, ale wtedy wiatr, kurz, kamienie spod kół i owady leciały prosto w oczy – jeszcze bardziej niebezpiecznie. Długo jechaliśmy wzdłuż rzeki Drina, żeby dotrzeć do miasteczka Brod, przejechać most i wracać już drugim brzegiem tej samej rzeki.
Czas ciągnął się w nieskończoność. Wszyscy byli zmęczeni. Droga stawała się coraz węższa, noc coraz czarniejsza, a miejscowi kierowcy śmigali z niewiarygodną prędkością – oni znali te drogi, my nie. Jechaliśmy w żółwim tempie, bo dziury, bo zakręty, bo remonty…
I wreszcie – jest! Latarnia, budka graniczna, sprawdzenie dokumentów wyjeżdżamy z Bośni, przejeżdżamy chyba najbardziej klimatyczny mały drewniany most nad rzeką Tara który faktycznie jest samą granicą i już jesteśmy w Czarnogórze. Pieczątki w paszportach, z napisem „Šćepan Polje”
Dojechaliśmy do agroturystyki Zorana, zaparkowaliśmy motocykle i na znak triumfu otworzyliśmy puszkę lokalnego piwa, które rozlało się pianą i było ciepłe, ale smakowało zwycięstwem! Uroczyście wypiliśmy – tak, kolejna przygoda za nami! Pokonaliśmy mrok, trudności, drogę i samych siebie. Tego dnia przejechaliśmy 377 km i spędziliśmy ponad 7 godzin w siodle.
Na koniec jeszcze krótka rozmowa z Milanem, który czekał na nas aż do północy, kolacja – i spać.�Jutro dzień wolny – rafting, chill i zero motocykli.
Czy tak było? O tym – w następnej części!