Klub Motocyklowy POGOŃ WILNO

Klub Motocyklowy POGOŃ WILNO Jesteśmy paczką kumpli, których łączy wspólne zamiłowanie do motocykli i podróży motocyklowych. Jaki mamy cel? Klub Motocyklowy POGOŃ WILNO – tylko przed siebie!

Jako Klub Motocyklowy POGOŃ WILNO mamy tylko jeden cel – czerpać jak najwięcej przyjemności z jazdy motorem! Wszystko, czego chcemy, to mieć poczucie wolności i radości podczas jazdy. Chcemy doświadczać przygód, gnać prosto przed siebie, podziwiać piękno otaczającego nas świata i świetnie się bawić w swoim towarzystwie. Ale najważniejsze – chcemy sprawdzić, co jest hen tam, za zakrętem.

23/04/2026

Kviečiame į motociklų sezono pradžios šventę!
Balandžio 25 d. kviečiame visus motociklininkus, pradedančius naująjį sezoną, į 11:00 val. šv. Mišias Vilniaus Šv. apaštalų Petro ir Povilo bažnyčioje.
Po šv. Mišių vyks motociklų pašventinimas – patikėkime savo keliones Dievo globai ir pradėkime sezoną su palaiminimu
Laukiame visų – tiek patyrusių motociklininkų, tiek pradedančiųjų!

Zaproszamy na rozpoczęcie sezonu motocyklowego!
25 kwietnia zapraszamy wszystkich motocyklistów rozpoczynających nowy sezon na Mszę Świętą o godz. 11:00 w kościele św. Apostołów Piotra i Pawła w Wilnie.
Po Mszy Świętej odbędzie się poświęcenie motocykli – powierzmy nasze podróże Bożej opiece i rozpocznijmy sezon z Jego błogosławieństwem
Zapraszamy wszystkich – zarówno doświadczonych motocyklistów, jak i początkujących!

Szczęśliwie wróciliśmy. Jutro został tylko lot do Wilna 🤗
17/04/2026

Szczęśliwie wróciliśmy. Jutro został tylko lot do Wilna 🤗

🌍 Kronika podróży Motobalkans 25�🛵 Dzień 3 jazdy – 11 czerwca�📍 Trasa: Sarajewo → Šćepan Polje (Czarnogóra) – część trze...
21/10/2025

🌍 Kronika podróży Motobalkans 25�🛵
Dzień 3 jazdy – 11 czerwca�
📍 Trasa: Sarajewo → Šćepan Polje (Czarnogóra) – część trzecia, finalna.
😎
Już czas było opuścić piękny Mostar. Z inicjatywy Pawła mieliśmy jeszcze jeden punkt do zaliczenia – z Mostaru to było naprawdę blisko: parę razy w górkę, parę razy z górki i już byliśmy na miejscu… Sanktuarium w Medziugorie.
Miejsce niepotwierdzonych, ale też niezanegowanych objawień Matki Boskiej na górze Križevac. Watykan nie uznał tej bośniackiej wioski za miejsce objawień – i choć papież odwiedził Bośnię i Hercegowinę oraz Chorwację, w Medziugorie nie był.
Mimo wszystko miejsce to emanowało nieziemskim spokojem. Zaparkowaliśmy na pobliskim parkingu, ludzi było raczej niewielu. Przed kościołem stała estrada, przy której nieliczni wierni odmawiali różaniec. Posiedzieliśmy chwilę w ciszy, potem udaliśmy się do kościoła. Po drodze minęliśmy budynek z wieloma drzwiami – to były konfesjonały, gdzie każdy mógł się wyspowiadać. Nad drzwiami tabliczki z językami, w których odbywa się spowiedź – niestety, nie znalazłem tam polskiego ani litewskiego.

Weszliśmy do kościoła, gdzie trwała msza święta, pobyliśmy chwilę w ciszy, w modlitwie – każdy w swojej intencji. Jedna z moich to oczywiście ta o bezpieczną podróż. Myślę, że każdy z nas miał podobną. Po chwili wyszliśmy z kościoła i rozejrzeliśmy się po okolicy. Z drugiej strony świątyni, wzdłuż bocznej ściany, siedziało na krzesełkach kilkunastu księży, spowiadających wiernych – do każdego stała niemała kolejka.
Zostaliśmy jeszcze chwilę w ciszy, po czym ruszyliśmy dalej. Do Zorana był jeszcze niemały kawałek drogi, a zbliżał się już wieczór. Myślę, że wizyta w Medziugorie zbalansowała nas duchowo – po całym dniu aktywnej jazdy i emocjach związanych z heroicznymi czynami Artura to była prawdziwa ulga.
Mimo że autentyczność medziugorskich objawień nie została potwierdzona, czuło się, że miejsce to – dzięki licznym pielgrzymkom i modlitwom – jest bardzo pozytywnie naładowane.

A najlepsze podsumowanie wizyty należało do Alberta. Kiedy już wyruszyliśmy, każdy jechał jeszcze pogrążony w swoich myślach, aż nagle na interkomie zabrzmiało jego genialne zdanie:
„No nie dziwię się, mało co tam jeszcze można zobaczyć przy takich temperaturach jakie tu panują!”
Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem! Ten mały żarcik doskonale rozładował zadumaną atmosferę – znów byliśmy sobą, grupą chłopaków, którzy nawet najpoważniejsze tematy potrafią zamienić w głupie żarty.

Dalej droga była bardzo malownicza. Mijaliśmy spokojne wioseczki, ruch był niewielki, a zmieniający się krajobraz odsłaniał coraz to nowe górskie grzbiety. Klimat – sielski i spokojny. Ludzi prawie nie było widać, tylko od czasu do czasu pojawiały się na wpół zburzone zabudowania ze śladami po ostrzałach, przypominające burzliwą historię tego miejsca.
To, co szokowało, to coraz częściej pojawiające się trójkolorowe flagi – niby serbskie, ale do złudzenia przypominały rosyjskie. Coraz częściej też widzieliśmy litery Z narysowane sprejem na odwrocie znaków drogowych. Szczerze mówiąc, ten widok wzbudzał niepokój i niezrozumienie – jak to możliwe? Gdy w naszych krajach wszystko jest jednoznacznie w barwach ukraińskich, tutaj… nie było ich wcale.

Minęliśmy też ciekawy odcinek w rejonie budowy, gdzie trzeba było lawirować między ciężarówkami i sprzętem budowlanym, jadąc po tylko pozornie oznaczonej drodze – każdy kierowca wybierał własną ścieżkę. To mocno różniło się od naszych standardów, gdzie przejazdy są zawsze jasno wyznaczone i zabezpieczone.

Po chwili zatrzymaliśmy się na jeden z ostatnich postojów tego dnia – na przydrożnym placyku z przepięknym widokiem na bezkresną dolinę rozlaną między górami. Wyglądała majestatycznie, jakby miliardy ton powietrza zostały wrzucone w otoczone górami przestrzenie. Idealne miejsce, by nagrać zachód słońca z lotu ptaka!

Podczas postoju towarzyszył nam bezpański pies, który od razu stał się naszym kumplem. Razem z pieskim posililiśmy się resztkami jedzenia które mieliśmy – jak to się mówi: „czym chata bogata” – i ruszyliśmy dalej. Jeszcze z 3 godziny jazdy, mrok zapada, będzie trudna jazda.

Ale jazda po zmroku nie była trudna – była MEGA trudna!�Szczególnie dla mnie, bo miałem przyciemniany wizjer w kasku, a zapomniałem z domu zabrać przezroczystego. Do tego lampa w moim motocyklu nie była zbyt mocna – zwykła halogenowa, a nie jakiś tam wypasiony LED. Trudno, trzeba było jechać – w końcu u Zorana czekała na nas kolacja, a Artur zapowiadał, że obsługa nie pójdzie spać, dopóki nie dotrzemy.

W miarę zapadania nocy nawierzchnia drogi coraz bardziej się pogarszała. Najpierw jechaliśmy całkiem przyzwoitą drogą międzymiastową, ale w miasteczku Gacko, gdzie zatankowaliśmy i uzupełniliśmy zapasy, skręciliśmy w góry – i tu zaczęło się prawdziwe wyzwanie. Droga wąska, kręta, nawierzchnia słaba… Typowa górska trasa.

Próbowaliśmy różnych technik – ktoś jechał pierwszy, ktoś za kimś, ja jechałem ostatni, bo łatwiej było czytać drogę po światłach kolegów. Cały czas na długich, a i tak widziałem tylko to, co tuż przed nosem. Każdy, kto jeździ motocyklem, wie, jak ważne jest widzieć, co się dzieje kilkadziesiąt metrów dalej.
Próbowałem otwierać wizjer, ale wtedy wiatr, kurz, kamienie spod kół i owady leciały prosto w oczy – jeszcze bardziej niebezpiecznie. Długo jechaliśmy wzdłuż rzeki Drina, żeby dotrzeć do miasteczka Brod, przejechać most i wracać już drugim brzegiem tej samej rzeki.

Czas ciągnął się w nieskończoność. Wszyscy byli zmęczeni. Droga stawała się coraz węższa, noc coraz czarniejsza, a miejscowi kierowcy śmigali z niewiarygodną prędkością – oni znali te drogi, my nie. Jechaliśmy w żółwim tempie, bo dziury, bo zakręty, bo remonty…

I wreszcie – jest! Latarnia, budka graniczna, sprawdzenie dokumentów wyjeżdżamy z Bośni, przejeżdżamy chyba najbardziej klimatyczny mały drewniany most nad rzeką Tara który faktycznie jest samą granicą i już jesteśmy w Czarnogórze. Pieczątki w paszportach, z napisem „Šćepan Polje”
Dojechaliśmy do agroturystyki Zorana, zaparkowaliśmy motocykle i na znak triumfu otworzyliśmy puszkę lokalnego piwa, które rozlało się pianą i było ciepłe, ale smakowało zwycięstwem! Uroczyście wypiliśmy – tak, kolejna przygoda za nami! Pokonaliśmy mrok, trudności, drogę i samych siebie. Tego dnia przejechaliśmy 377 km i spędziliśmy ponad 7 godzin w siodle.
Na koniec jeszcze krótka rozmowa z Milanem, który czekał na nas aż do północy, kolacja – i spać.�Jutro dzień wolny – rafting, chill i zero motocykli.

Czy tak było? O tym – w następnej części!

🌍 Kronika podróży Motobalkans 25�🛵 Dzień 3 jazdy – 11 czerwca�📍 Trasa: Sarajewo → Šćepan Polje (Czarnogóra) – część drug...
23/09/2025

🌍 Kronika podróży Motobalkans 25�🛵 Dzień 3 jazdy – 11 czerwca�📍 Trasa: Sarajewo → Šćepan Polje (Czarnogóra) – część druga

Ten dzień chciał nigdy się nie kończyć…

Zamiast mieć krótką trasę do Zorana, postanowiliśmy pojechać nieco inną i nieco dłuższą drogą, zobaczyć miasto Mostar, może coś jeszcze. Ułożony plan wyglądał bardzo spoko, wiedzieliśmy, że będzie dużo jazdy, ale nikt nie spodziewał się, że aż takiej i tak ciekawej.

Droga z Sarajewa była ładna, górzysta, dużo zakrętów, dużo zieleni, świeciło słoneczko, robiło się coraz cieplej. Jechaliśmy na spokojnie, mijaliśmy coraz mniejsze miasteczka. W miejscowości Konjic jedna z nawigacji poprowadziła nas w stronę boczną od głównej drogi, zaczęliśmy wspinać się do góry, pojawiły się fajne górskie winkle, przed nami otwierała się nieprawdopodobna górska panorama. Była piękna jazda, Mostar faktycznie leżał za górą – wydawało się, że to już „ręką podać” – ale to było tylko złudzenie…

Nawigacja pokazała skręt w prawo, tak jakbyśmy mieli przejechać obok małego jeziorka. Skręcamy. Droga staje się coraz węższa, porośnięta lasem. Nagle na drodze pojawił się człowiek siedzący na krześle pod parasolem, przy nim znak, że dalej jechać nie wolno. Zatrzymaliśmy się, pokazaliśmy, że chcemy jechać dalej. Człowiek skasował z nas po kilka euro i puścił. Trochę zdziwieni… no ale co tam, jedziemy!

Dróżka była już bardziej jak dojazdowa ścieżka – tak jak na nasze wileńskie „dacze”: płoty, jakieś zabudowania, gęsty las. Ścieżka wyprowadza nas poza płot, zjeżdżamy z asfaltu, nagle droga staje się bardzo kamienista i mocno w górę. Pierwszy Artur, za nim Tomek, ja za Tomkiem. Obroty silników wzrosły, kamienie lecą spod kół. Nagle mój motocykl gaśnie, zatrzymuję się. W interkomie ktoś mówi, że nie warto łamać motorów na takiej drodze, bo nie wiadomo, czy ona zaraz się nie skończy. Ja mówię, że rezygnuję, dalej nie pojadę. Paweł i Albert czekają na dole. Zawracam, wracam do chłopaków. Za kilka minut wraca Tomek – ledwo udało się zawrócić, bo z jednej strony wysoka skarpa, z drugiej góra, wszystko porośnięte krzakami, a szerokość drogi mniejsza niż długość motocykla…

Decydujemy, że nie jedziemy dalej, że poszukamy innej drogi albo wrócimy na główną i objedziemy górę dookoła. Ale Artur już nic z tego nie słyszał – może dlatego, że połączenie interkomowe się zerwało, ale chyba bardziej dlatego, że trafił w swój żywioł.

Instynkt offroadowca zagłuszył wszystkie inne zmysły i jak prawdziwy drapieżnik nie czuł już nic oprócz przedsmaku tej przygody. Jego motocykl KTM, wręcz stworzony na takie wyprawy, tylko podgrzewał mu krew w żyłach. To była jazda bardzo wymagająca technicznie, ekstremalna, na szczyt samej góry – wszystko to, co Artur uwielbia najbardziej. Więc gnał! Do przodu! Nie zważając na niebezpieczeństwo wywrotki, przebicia opony czy innej usterki motocykla i na to że za plecami już nie ma towarzyszy podróży.

Wszystkie nasze próby skontaktowania się z nim i przemówienia mu do rozsądku poszły na marne. Otrzymaliśmy tylko jedną wiadomość: „Jadę w górę, nie wracam, spotkamy się w Mostarze.”

Powiem szczerze – nie byłem gotowy na taki zwrot akcji.�– Ale jak to? Przecież jedziemy grupą, to teraz każdy będzie jechał jak chce?! Co z tego wtedy będzie?!�– A jeśli jemu coś się stanie tam na górze? Jak złapie kapcia, wywróci KTM, jak my potem ściągniemy go stamtąd, jak przyjdziemy z pomocą?!
Co to za nieodpowiedzialne podejście?! Jak jakiś dzieciak, który dostał nowy rower i od razu pędzi nim na złamanie karku… Ale to był Artur. I wszyscy wiedzą, że tak ma!

Cóż, po krótkim zbadaniu terenu nic nam więcej nie zostało, jak tylko wracać tą samą drogą, którą przyjechaliśmy… czyli 16 km z powrotem górską trasą.

Dotarliśmy do Polje Bijela i wjechaliśmy na „normalną” drogę do Mostaru. Chociaż prowadziła malowniczymi kanionami, była mocno obładowana samochodami. Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się na lody i kawę w knajpie nad jeziorem Jablanicko. Jak bardzo potrzebne było nam to orzeźwienie i odpoczynek – temperatura na zewnątrz zbliżała się do 30°C.
Natomiast Artur w tym czasie pędził swoim KTM-em po dzikiej bośniackiej górskiej ścieżce w totalnej samotności.

Droga do Mostaru dała nam nieźle w kość. Owszem, widoki były cudowne – czasami aż zapierały dech w piersiach – ale temperatura robiła się coraz wyższa, więc jazda stawała się coraz trudniejsza. Miałem wrażenie, że cały żar i skwar odbijający się od asfaltu kumulował się właśnie na naszej drodze. Tylko od czasu do czasu, jadąc bliżej wody, dało się poczuć lekki chłodek w powietrzu.

Wjechaliśmy do Mostaru – upał, skwar, my już zmęczeni. Trochę pokręciliśmy się po mieście, zanim znaleźliśmy naszego mistrza offroadu. Ale Artur już zarezerwował miejsca dla naszych motorków i dla nas w fajnej knajpce z wygodnymi sofkami… O Boże! Jak dobrze było usiąść, napić się orzeźwiających napojów i ochłonąć!

W samym Mostarze nie byliśmy długo. Zwiedziliśmy właściwie tylko centralną część – słynny most i uliczki z licznymi straganami. Ale to miejsce jest wyjątkowe i zdecydowanie polecamy je odwiedzić – klimat niesamowity. Jeszcze na chwilę ochłonęliśmy przy rzece, było tak gorąco, że Paweł wszedł do wody w butach. Ja przed samym wyjazdem zamoczyłem w wodzie koszulkę i nałożyłem na nią kurtkę motocyklową – trochę to pomogło ochłodzić ciało podczas jazdy, a przed nami był jeszcze niemały kawałek drogi…

👉 Co się wydarzyło dalej? Już niedługo w następnej kronice.

Kronika podróży Motobalkans 25Dzień 3 jazdy – 11 czerwca�Trasa: Sarajewo → Šćepan Polje (Czarnogóra)Wieczorem, gdy tylko...
22/08/2025

Kronika podróży Motobalkans 25
Dzień 3 jazdy – 11 czerwca�Trasa: Sarajewo → Šćepan Polje (Czarnogóra)

Wieczorem, gdy tylko dotarliśmy do hotelu i zaparkowaliśmy motocykle, zauważyłem chłopaka idącego w naszą stronę. Myślałem, że – jak wielu – jest po prostu podekscytowany widokiem motocykli i chce się przywitać. Tymczasem chłopak piękną angielszczyzną poprosił o pomoc: jego mama miała problem z wyjazdem z parkingu.
Podszedłem z Albertem, trochę ostrożnie, żeby sprawdzić, o co chodzi. Rzeczywiście – pani kompletnie nie radziła sobie z manewrowaniem. Choć miejsce było zupełnie standardowe, kręciła tam i z powrotem, ocierając przy tym o inne auto. Zdziwiło nas to bardzo. W końcu pomogliśmy jej wyjechać z tej „pułapki”. Powiedzieliśmy, że uszkodziła własny samochód i ten stojący obok, i że powinna to zgłosić. Pani podziękowała i odjechała, obiecując, że zaparkuje gdzie indziej i zgłosi uszkodzenie auta później. Cóż – nasze wyobrażenie o kierowcach w tym kraju mocno się zmieniło, zwłaszcza że obok hotelu stał jeszcze samochód zaparkowany… dosłownie na słupku parkingowym. Ewidentnie panują tu inne zwyczaje.

W hotelu też nie było łatwo. Na recepcji tłum ludzi, chaos, telefony dzwonią, wszyscy czegoś chcą. Po długim czekaniu dostaliśmy klucze, ale jeden z pokoi nie otwierał się. Kilka razy musieliśmy wracać po pomoc – niby dawali klucz, niby ktoś próbował, a drzwi wciąż się zacinały. Zmęczeni po podróży marzyliśmy tylko o odpoczynku. Na szczęście Tomek, dzięki swojej „stanowczości“ z inteligentnym wyrazem twarzy oraz pokaźnych gabarytach ciała „poradził sobie“ bez klucza – może trochę brutalnie, ale skutecznie.

W pokoju dla trzech osób brakowało pościeli. Trzy razy przychodziły panie z obsługi, ale żadna nie rozumiała ani słowa po angielsku, a po lokalnemu też ciężko było się dogadać. W końcu zorganizowaliśmy to sami, bo nie miałem już siły biegać w tę i z powrotem na recepcję. Chłopaki poszli na basen w budynku SPA obok. Po chwili zadzwonili, żebym przyniósł ręczniki, bo na miejscu ich nie było. Wchodzę – ogromna hala, pełno dzieci, a w recepcji siedzi zmęczona pani… paląca papierosa na stanowisku pracy. Nad nią wisiał wielki znak: „Na basen wnoszenie broni palnej zabronione”. Poczułem się jak w alternatywnej rzeczywistości. Ale zaraz przyszła refleksja: to my jesteśmy przyzwyczajeni do swoich standardów. Świat jest ciekawy właśnie dlatego, że wszędzie wygląda inaczej.

Wieczór spędziliśmy spokojnie, siedząc na balkonie hotelu i obserwując lądujące na pobliskim lotnisku samoloty. Było naprawdę przyjemnie.

Sarajewo
Rano, po śniadaniu, wyjechaliśmy do centrum. Ulice były zatłoczone, ale udało się znaleźć miejsce do zaparkowania motocykli. Ruszyliśmy zwiedzać starówkę. Klimatyczne uliczki, stragany z kawą i lokalnymi przysmakami, sklepiki ze starociami, kawiarenki, tłum ludzi – kobiety w tradycyjnych muzułmańskich strojach, turyści z aparatami… Całość tworzyła piękny obraz miasta.

W pewnym momencie Tomek wypatrzył zakład fryzjerski. Trochę się wahał, ale w końcu zdecydował na strzyżenie. My poszliśmy dalej – obejrzeliśmy imponujący meczet, a potem trafiliśmy do małej kawiarenki. Nie było wolnych miejsc, więc gospodarz wstał i oddał nam swoje. Poczęstował nas klasyczną bośniacką kawą, parzoną w małych tygielkach i podaną ze słodyczami. Była przepyszna! Gdy piliśmy, dołączył do nas świeżo ostrzyżony Tomek – fryzura pierwsza klasa, a cena wcale nie wysoka jak na centrum miasta.

Kierunek: Zoran
Po wizycie w Sarajewie ruszyliśmy w dalszą drogę. Cel – Zoran. Kim jest Zoran? Dla nas postacią niemal mistyczną. Każdy o nim słyszał, ale nikt do końca nie wiedział, kim jest i dlaczego właśnie do niego jedziemy. Jasne było tylko jedno: u Zorana będzie dobrze, a na pewno czeka nas rafting – tak obiecywał Artur.
Zoran mieszka w Šćepan Polje, małym miasteczku w Czarnogórze, tuż przy granicy z Bośnią. Teoretycznie droga z Sarajewa to około 100 km, ale dla nas… zapowiadał się długi i ciekawy dzień.
O tym jednak – w kolejnej części kroniki.

Kronika podróży Motobalkans 25Dzień 2 jazdy – 10 czerwcaTrasa: Budapeszt – SarajewoFaktycznie, droga do Budapesztu też b...
17/07/2025

Kronika podróży Motobalkans 25
Dzień 2 jazdy – 10 czerwca
Trasa: Budapeszt – Sarajewo

Faktycznie, droga do Budapesztu też była ciekawa — jechaliśmy przez małe wioski i boczne drogi. To właśnie tam widać, jak mieszkają lokalni mieszkańcy. Niestety, te trasy są w kiepskim stanie — jazda bywała naprawdę trudna. Widać było, że niektóre wioski i miasteczka są zaniedbane, a ludzie żyją dość skromnie.

Gdy jednak wjechaliśmy do Budapesztu w wieczornym szczycie, od razu dało się poczuć, że to stolica. Duży ruch, samochody, transport publiczny, korki. Dotarliśmy do pięknego hotelu, który wcześniej zarezerwował Artur. Mieliśmy parking podziemny i bardzo wygodne pokoje — warunki były fantastyczne, a cena całkiem przyjemna.

Po szybkim odświeżeniu się i rozpakowaniu rzeczy przyszedł czas na zwiedzanie i kolację. Zamówiliśmy taksówkę i pojechaliśmy do centrum. Na szczęście Artur znów przejął inicjatywę, bo byliśmy głodni i rozglądaliśmy się za jakąś knajpą. Wtedy Artur rzucił:

– Chodźcie za mną, ja tu wszystko wiem!

Poszliśmy więc za nim i dotarliśmy do zamku, w którym mieściła się klimatyczna restauracja z ogromnym tarasem widokowym. Kelnerzy od razu zaproponowali nam stół w najlepszym miejscu. Restauracja wyglądała na jedną z najlepszych w mieście, więc spodziewaliśmy się bardzo wysokich cen. Ku naszemu zaskoczeniu, ceny były bardzo przyzwoite. Zamówiliśmy miejscowe Tokaji, które bardzo nam smakowało. Do tego – dla regeneracji – po kufelku piwa, a jedzenie było przepyszne.

Spędziliśmy piękny wieczór w Budapeszcie. Podczas kolacji zaszło słońce, a potem poszliśmy na spacer murami zamku, skąd roztaczał się niesamowity widok na starówkę i Dunaj: łódki i stateczki z lampkami, pięknie podświetlone budynki, a nad tym wszystkim – blask księżyca. Całość tworzyła niezapomniany klimat. Na ulicach było pełno ludzi — zarówno turystów, jak i mieszkańców. Miasto żyło pełną parą, mimo że była już dość późna godzina. Zdecydowanie polecamy wieczorny Budapeszt!

Drugi dzień jazdy upłynął pod znakiem autostrad. Po śniadaniu opuściliśmy nasz przytulny hotel i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przejechaliśmy jeszcze kawałek miasta, potem zatankowaliśmy motocykle i kupiliśmy winiety na płatne drogi. Tak — niestety, na Węgrzech także motocykliści muszą płacić za korzystanie z autostrad.

Węgry przelecieliśmy szybko, prostymi i dobrze utrzymanymi drogami. Następnie wjechaliśmy do Chorwacji, gdzie również bez większych postojów obraliśmy najprostszą trasę do Bośni i Hercegowiny. Przekroczenie granicy przypomniało nam, że strefa Schengen i Unia Europejska to nie cały świat — wciąż istnieją kontrolowane granice. Na szczęście kontrola była symboliczna: wystarczyło pokazać paszport i dowód rejestracyjny. Dodatkową radość sprawiła nam możliwość otrzymania pieczątki do paszportu — drobna rzecz, a cieszy.

Pierwsze zaskoczenie w Bośni czekało na nas już po 500 metrach jazdy. Na wielkim szyldzie zobaczyliśmy napis:
ДОБРОДОШЛИ У РЕПУБЛИКУ СРПСКУ / WELCOME TO REPUBLIC OF SRPSKA.

– Cooo! Co to jest? Ej, chłopaki, my przecież wjechaliśmy do Bośni, prawda?!

Na chwilę zgłupiałem i zupełnie nie wiedziałem, gdzie jesteśmy. Miałem wrażenie, że zgubiłem się w przestrzeni… To Serbia czy Bośnia? Może pomyliliśmy trasę? Ale przecież na granicy była flaga Bośni i Hercegowiny!

Minęło już trochę czasu od naszej wyprawy, a ja nadal nie do końca rozumiem, o co tam chodziło. Wiadomo jednak, że to efekt trudnej i skomplikowanej historii regionu.

Bośnia przywitała nas dobrymi drogami, wijącymi się wzdłuż gór (co bardzo lubimy), ciepłym powietrzem (co już mniej) i… ogromnym korkiem. A to już niestety sytuacja niebezpieczna. Korek ciągnął się przez kilka kilometrów wzdłuż wąskiej drogi, która miejscami prowadziła także przez tunele. Stanie w miejscu nie wchodziło w grę — upieklibyśmy się w słońcu albo udusili w tunelu od spalin. Musieliśmy działać. Przebijanie się przez ten korek było trudne i stresujące, ale udało się — wyszliśmy z tego cali.

Dalsza droga do Sarajewa zaoferowała nam kilka pięknych widoków, zwłaszcza na odcinkach malowniczej autostrady. Zrobiliśmy mały postój, by nagrać ujęcia z drona. Sceneria była magiczna — zachodzące słońce, urokliwa wioska nad rzeką i lokalni mieszkańcy idący do meczetu na modlitwę. Prawdziwy obrazek z pocztówki.

Wieczorem dotarliśmy do Sarajewa. Słońce było już nisko, ale temperatura wciąż wysoka. Tomkowi dał się we znaki jego motocykl — KTM, który przy chłodzeniu silnika wypuszcza gorące powietrze wprost na nogi kierowcy. Miał więc dodatkowe ogrzewanie.

Tym razem hotel zarezerwowany przez Artura znajdował się tuż przy lotnisku. Ogromny budynek, do którego zdawało się zjechać pół miasta — a w jednej z sal trwała młodzieżowa impreza, coś w stylu balu maturalnego albo „ostatniego dzwonka”. Jak to często bywa w dużych hotelach, panował tam totalny chaos organizacyjny.

Ale o tym — w kolejnym odcinku naszej kroniki…

Address

Vilnius

Website

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when Klub Motocyklowy POGOŃ WILNO posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Share