31/07/2026
Z tygodnika „GLAS” (Banja Luka) – 8 października 1982 r.
PODRÓŻUJĄC PO POLSCE
Przedpołudnie w „Prnjavorze”
● Dlaczego jedna z najpiękniejszych restauracji w polskim Bolesławcu nosi nazwę naszego Prnjavoru?
Nie musieliśmy długo tłumaczyć naszym polskim gospodarzom, dlaczego chcemy odwiedzić Bolesławiec. Doskonale wiedzieli, że powodem jest fakt, iż właśnie tutaj mieszkają dziesiątki, a być może nawet setki rodzin Polaków, którzy bezpośrednio po II wojnie światowej wyjechali z Jugosławii. Wielu z nich urodziło się na ziemi jugosłowiańskiej, a znaczna część mieszkańców Bolesławca przybyła tu z okolicznych miejscowości Prnjavoru i Srbca.
W Bolesławcu gościliśmy u niezwykle serdecznego gospodarza – naszego rodaka polskiego pochodzenia, Józefa Sabadasza, żołnierza Polskiego „Czerwonego Batalionu” oraz Piątej Kozarskiej Brygady, odznaczonego jugosłowiańskimi odznaczeniami wojennymi. Sabadasz często odwiedza Jugosławię, przyjeżdżając do rodzinnej Gumjery, gdzie spotyka się ze swoim dawnym sąsiadem, a dziś bliskim przyjacielem Rankiem Ćetojeviciem.
Ledwie się przywitaliśmy, zapytał nas, czy przypadkiem nie znamy tamtych stron. Kiedy odpowiedzieliśmy, że właśnie stamtąd pochodzimy – z okolic Banja Luki – jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech, oczy nabrały blasku, a głos wyraźnie zadrżał.
– A więc jesteśmy krajanami! W takim razie chodźmy do „Prnjavoru” na kawę! – zaprosił nas Sabadasz.
Byliśmy zaskoczeni, dopóki nie wyjaśnił:
– Wiecie, „Prnjavor” to nasza restauracja, tutaj, w samym centrum miasta. Jest najpiękniejsza w całym Bolesławcu, a nazwaliśmy ją tak po to, aby każdego dnia przypominała nam o naszym jugosłowiańskim Prnjavorze, z którego pochodzi większość osiadłych tutaj rodzin.
Józef Sabadasz
Rozmawialiśmy długo o wojennych latach. Opowiadał o swojej służbie w „Czerwonym Batalionie” i Piątej Kozarskiej Brygadzie, wspominał przyjaciół pozostałych w Jugosławii oraz niezatarte wspomnienia z dzieciństwa. Mówił również o swojej ciotce Józefinie Bahić, mieszkającej w Sarajewie.
– Choć jestem Polakiem, Jugosławię zawsze uważałem za swoją ojczyznę. Do dziś żałuję, że zaraz po wojnie musieliśmy tak nagle opuścić ten kraj i wyjechać do Polski – mówi Sabadasz.
Przy stole siedzieli także jego brat Władysław, Jan Kubesz i Michał Piwowarski – wszyscy dawni jugosłowiańscy partyzanci, urodzeni w polskich rodzinach zamieszkujących wsie wokół Prnjavoru.
Gdyby czas nie płynął tak nieubłaganie, jak zwykle płynie podczas podobnych spotkań, i gdyby w Polsce nie obowiązywał wówczas stan wojenny, zapewne wypilibyśmy jeszcze niejedną kieliszek prawdziwej śliwowicy i wspólnie zaśpiewali którąś z naszych dawnych pieśni. Niestety, nawet najpiękniejsza rozmowa kiedyś dobiega końca.
– W tej naszej restauracji „Prnjavor” spotykamy się bardzo często – opowiada Sabadasz. – Rozmawiamy wyłącznie po serbsko-chorwacku, bo wszyscy jesteśmy ludźmi, którzy przyjechali tutaj z Jugosławii albo jesteśmy dziećmi tamtych emigrantów. Co więcej – wielu z nas mówi po serbsko-chorwacku nawet lepiej niż po polsku.
Po chwili dodaje z uśmiechem:
– A ja już niedługo znowu pojadę do tego prawdziwego, naszego Prnjavoru. Odwiedzę Gumjerę, a potem Sarajewo...
Początkowo trudno było nam w to uwierzyć, jednak wymieniliśmy adresy. Niedługo później spotkaliśmy się ponownie – tym razem w Banja Luce. Sabadasz przyjechał odwiedzić Ranka Ćetojevicia, wielu dawnych przyjaciół i sąsiadów, a także swoją ciotkę w Sarajewie. Zamierzał pozostać w Jugosławii przez dwa miesiące.
– Mówię wam, nie potrafię wytrzymać nawet roku, żeby tu nie przyjechać. Coś mnie nieustannie ciągnie do tych stron. Znam tutaj każdy kamień, każdą ścieżkę. Gdyby nie moje ośmioro dzieci – wszystkie już wychowałem i pomogłem im stanąć na własnych nogach – dawno wróciłbym tutaj na stałe. Teraz nie mogę, ale dopóki zdrowie mi pozwoli, będę przyjeżdżał regularnie – mówi Sabadasz.
Po chwili dodaje:
– Wszystko tutaj zmienia się w zadziwiającym tempie. Mam wrażenie, że nowe budynki, osiedla, a nawet całe ulice wyrastają dosłownie z dnia na dzień. To najlepiej świadczy o tym, jak żyjecie i jak pracujecie. Ogromnie cieszy mnie ten wspólny rozwój. Kiedy wracam do naszego „Prnjavoru” w Bolesławcu i opowiadam o tym naszym Polakom, wielu z nich po prostu nie może w to uwierzyć.
Życzyliśmy mu udanego pobytu w dawnej ojczyźnie oraz szczęśliwego powrotu do Polski, bogatszego o nowe wspomnienia i kolejne wzruszające spotkania z przyjaciółmi oraz sąsiadami z rodzinnych stron.
Ranko Preradović