08/06/2026
24 maja, w Ameryce, w okolicach Bostonu odeszła Ola Dichter, (Elżbieta Toporowska) - Żoliborzanka. Czuła, dobra, piękna dusza.
Kilka tygodni później obchodziłaby swoje 90-te urodziny u boku męża, Wilhelma Dichtera, z którym spędzili wspólnie niemal całe życie. Poznali się jeszcze w szkole, po wojnie, córka warszawskiego nauczyciela akademickiego i syn żydowskiego inżyniera z Borysławia. Odtąd byli nierozłączni. Pokochali się wcześnie, razem budowali przyszłość w powojennej Polsce, pracowali, on z doktoratem z Politechniki, ona po filologii. Urodzili się dwaj ich synowie. Marzec 68 brutalnie przerwał ich los.
"Gdzie ty, Gajusie, tam i ja, Gaja” - powtórzyła wtedy. Wyjechali z biletem w jedną stronę. Nie wahała się.
W Ameryce, w nowym krajobrazie i języku odbudowali swój dom. Przyszła na świat ich córka. Wilhelm zaczął zarabiać jako informatyk. Z czasem postanowił zapisać swoje doświadczenia. Powstawały kolejno: “Koń Pana Boga” (1996), “Szkoła bezbożników” (1999) i “Lekcja angielskiego” (2010). Żydowski los podczas okupacji, w komunistycznej Polsce i na emigracji. Dzieliła go z nim Ola.
W dzieciństwie widziała śmierć. Zabijania, łapanki, egzekucje. Za najważniejszy dzień swojego życia uważa 19 kwietnia 1943, kiedy ojciec pokazał jej, siedmiolatce, płonące getto. Wytłumaczył, kim są zamknięci za murem ludzie. I że walczą o godność. Nakazał pamiętanie. Trzymała się go do końca.
Należała do tych nielicznych ludzi, które uprawiały dobro. Na przekór złu i arogancji tego świata. Rozmowy z nią były jak plaster na rany.
Kochana, nadal będę Ci wysyłała zdjęcia z porannych spacerów w Parku Ujazdowskim, gdzie chodziłaś z wózkiem w latach 50-tych, z Łazienek, za którymi tak tęskniłaś, z warszawskich ulic i podwórek, które tak często przemierzałaś we wspomnieniach. Nasza rozmowa nie jest skończona.
Zasnęła spokojnie otoczona wielką rodziną, z której była tak dumna. Teraz oni poniosą jej dziedzictwo.