20/10/2026
Kociaki z okolic dworca w Kamieniu Pomorskim.
Dwa razy publikowałam post. Dwa razy prosiłam nie o pieniądze, nie o cud, lecz o kawałek miejsca, dom tymczasowy i szansę na życie.
Nie zgłosił się nikt. 🙁
Dziś tych kociaków już nie ma.
Na początku było pięć. Paulina zabrała jednego z uszkodzoną łapką. Zostały cztery, kilka dni później już tylko dwa.
Dziś jeden przegrał z panleukopenią. Ostatniego nie widać od dwóch dni.
Mogę się tylko domyślać, jaki los je spotkał.
Jeden miał szczęście i żyje.
Drugi miał trochę "szczęścia" i umarł w ciepłe, pod kroplówką.
A reszta? Gdzieś tam jest...
Jeszcze kilka dni temu te maluchy biegały i się bawiły.
Tyle wystarczyło, żeby ich świat się skończył.
I wiecie co? Mam żal. Ogromny żal.
Do człowieka, który wyrzucił pod tym blokiem ciężarną kotkę i zostawił kolejne istnienia, za które nikt nie chciał wziąć odpowiedzialności.
Do nieudolnej administracji publicznej, która ma temat w d...pie.
Do internetowych doradców, którzy zawsze wiedzą, co powinnam zrobić i jak pomagać, ale milkną, gdy proszę o miejsce dla jednego małego kota. Nie pomogą ratować, za to zawsze znajdą czas na wiadro jadu.
Dziś rachunek za próbę ratowania tego malucha wyniósł 430 zł.
Mogłam od razu powiedzieć: uśpijcie go.
Zaoszczędziłabym kilkaset złotych na zbiórce. Ale ani weterynarz, ani Paulina nie chcieli się poddać. Do końca szukaliśmy dla niego miejsca i kogoś, kto powie: przywieźcie go, spróbujemy.
Nie znaleźliśmy. Nie przeżył. Nie udało się.
Nie mogę przestać myśleć, że gdyby ktoś odpowiedział na pierwszy post i dał im szansę kilka dni wcześniej, ta historia mogłaby wyglądać inaczej.
Było pięć kociąt. Został jeden.
Problem rozwiązany?
Nie trzeba już szukać domów tymczasowych, organizować pomocy ani martwić się o kolejne maluchy. Kiedy znikają, problem znika razem z nimi.
Tylko że one mogły żyć.
Potrzebowały ciepłego miejsca, opieki i szansy. Nie musiały umierać na ulicy, znikać jedno po drugim ani walczyć z chorobą bez bezpiecznego schronienia.
Może nie uratowalibyśmy wszystkich. Tego nie wiem, nigdy już się nie dowiem. Ale mogliśmy spróbować.
I właśnie to boli najbardziej: prosiliśmy o pomoc, zanim było za późno. Te kociaki nie były anonimową statystyką, lecz żywymi, czującymi istotami. Każda mogła dostać swoją szansę.
Nie dostały jej na czas.
I żeby było jasne: nie mam na myśli prywatnych osób, które same ratują zwierzęta, często ponad własne siły i możliwości.
Mam na myśli organizacje i instytucje zobowiązane do zajmowania się bezdomnymi zwierzętami. Te, które powinny działać, zanim zaczniemy liczyć kolejne ofiary.
Bezdomność zwierząt nie znika wtedy, kiedy zwierzę umiera.
Znika tylko ono.
A my zostajemy z rachunkiem, pustym miejscem i pytaniem, na które nikt już nie odpowie.
Ile z nich można było uratować, gdyby ktoś po prostu pomógł na czas?